Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mąkinia Wawrzyniec. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mąkinia Wawrzyniec. Pokaż wszystkie posty

sobota, 19 listopada 2016

Aram Shelton's Fast Citizens [Aram Shelton / Keefe Jackson / Josh Berman / Fred Lonberg-Holm / Frank Rosaly / Anton Hatwich] "Two Cities" Delmark 2009, DE590

Aram Shelton's Fast Citizens [Aram Shelton / Keefe Jackson / Josh Berman / Fred Lonberg-Holm / Frank Rosaly / Anton Hatwich] "Two Cities" Delmark 2009, DE590
Fast Citizens to sekstet złożony z muzyków związanych z chicagowską sceną jazzową. I chociaż nie wszyscy na stale tam mieszkają (Aram Shelton na co dzień mieszka i pracuje w Kalifornii), to właśnie z muzyką z Wietrznego Miasta są kojarzeni i tam powstaje większość ich projektów. Fast Citizens to kolektyw, który nie ma stałego szefa - w kolejnych odsłonach liderują mu poszczególni muzycy sekstetu. Na pierwszej płycie był to saksofonista Keefe Jackson, na następnej ma to być - podobno - Fred Lonberg-Holm, na opisywanej - saksofonista i klarnecista Aram Shelton. Wszyscy muzycy kolektywu należą do pokolenia, które moglibyśmy określić, jako postvandermarkowskie, chociaż odnośnie do Freda Lonberg-Holma może to być drobnym naciągnięciem (w Chicago mieszka i pracuje od 1998 roku). 

Faktem jest jednak, że wszyscy prócz niego debiutowali po uznaniu, jakie zdobył sobie Ken Vandermark, korzystali z ożywienia, jakie zapoczątkował na chicagowskiej scenie, grali z nim i odwołują się do podobnych jak on wzorców - czerpią z jazzowej tradycji, asymilując jednak dla jazzu liczne wpływy muzyki rockowej (część z nich - Shelton, Jakcson, Lonberg-Holm grała zresztą w rockowych grupach), jak i europejskiej awangardy. Muzyka zaprezentowana na drugiej płycie kolektywu nie w całości wyszła spod pióra nominalnego lidera - Arama Sheltona. Dwie spośród dziewięciu kompozycji są autorstwa Keefe Jacksona, a po jednej dołożyli wiolonczelista Fred Lonberg-Holm oraz basista (znany z Dave Rempis Percussion Quartet) Anton Hatwich. Shelton jednak zinterpretował i zorkiestrował całość łącząc w jedno wiele różnorakich stylistyk - od czegoś, co moglibyśmy określić "hard swingiem" (tradycja wczesnych jazzowych comb wzbogacona elementami hardbopu i korzystająca z owoców freejazzowej rewolucji), przez jazzową balladę, po czyste free oraz elementy muzyki współczesnej najsilniej akcentowane w partiach komponowanych. Widoczne są tu również wpływy muzyki rockowej, widoczne zwłaszcza, gdy ster narracji przejmuje Lonberg-Holm - do tego, że jego instrument może brzmieć jak przesterowana, elektryczna gitara zdążył już on nas przyzwyczaić w kwintecie Kena Vandermarka. Mimo takiego bogactwa wzorców i odwołań płyta ta nie ma w najmniejszym stopniu eklektycznego charakteru - Shelton nadaje jej spójny charakter, płynnie i bez śladu "dźwiękowych szwów" łącząc wszystko to w jedną całość. 

To muzyka, która powinna być nazywa współczesnym mainstreamem, gdyby tylko koryfeusze jazzu zachcieli zauważyć, że free jazz od początku lat sześćdziesiątych ubiegłego stulecia jest nieodłącznym elementem tradycji gatunku. Jest przy tym otwarta, nie jest skończoną formą - duże jej partie są w pełni improwizowane (także te grane w sekstecie). To muzyka dojrzała i młodzieńczo rozwichrzona - tak jej liderujący kolektywowi na płycie Shelton, muzyk obdarzony wizją i już doświadczony, a wciąż jeszcze bardzo młody (rocznik 1976), będący zgodnie ze słowami przywoływanego już wcześniej Vandermarka "przyszłością jazzu". Znakomita, niebanalna płyta.
autor: Wawrzyniec Mąkinia

Aram Shelton: alto saxophone, clarinet
Keefe Jackson: tenor saxophone, bass clarinet
Josh Berman: cornet
Fred Lonberg-Holm: cello
Anton Hatwich: bass
Frank Rosaly: drums

1. Two Cities
2. Big News
3. Western Promenade
4. VRC#9
5. In Cycles
6. I am Here, You are There
7. the Twenty Seven
8. Wontkins
9. Easy

płyta do nabycia na multikulti.com

poniedziałek, 10 października 2016

Fred Anderson / Kidd Jordan / Harrison Bankhead / Jeff Parker / Chad Taylor "21st Century Chase. 80th Birthday Bash, Live at The Velvet Lounge" Delmark 2009, DE589

Fred Anderson / Kidd Jordan / Harrison Bankhead / Jeff Parker / Chad Taylor "21st Century Chase. 80th Birthday Bash, Live at The Velvet Lounge" Delmark 2009, DE589
Fred Anderson od zawsze był przypadkiem odrębnym. Chociaż pod koniec lat sześćdziesiątych związał się AACM-em (wtedy to powstały pierwsze nagrania dla chicagowskiego Delmarku, w których brał udział - nagrana w 1966 roku płyta Josepha Jarmana "Song For" oraz 1968 "As If It Were The Seasons"), ale szybko przestał być kojarzony z tą sceną. W jego muzyce nigdy nie było słychać tak licznych w AACM-ie odwołań do obrzędowej tradycji - to raczej zapraszani przez niego do udziału w nagraniach muzyce przynosili ją ze sobą (taki charakter nadaje niektórym płytą obecność i gra Hamada Drake'a). Po pierwszych płytach długo milczał (chociaż cały czas grywał w chicagowskich klubach) - dopiero druga połowa lat siedemdziesiątych przynosi autorskie nagrania Freda Andersona - najpierw dla chicagowskiej Nessy ("The Missink Link"), "Dark Days" (wznowiony później wraz z koncertem z Werony w Atavisticu) oraz dwa europejskie nagrania jego dwóch kwintetów: nagrana wraz z Billem Brimfieldem i trójką niemieckich muzyków płyta "Neighbours", będąca najbardziej abstrakcyjnym spośród nagrań Freda Andersona i najsilniej odwołującym się do europejskiej awangardy; a także zarejestrowana na festiwalu w Moers płyta z Brimfieldem i Georgem Lewisem w składzie.

Prawie całe lata osiemdziesiąte Fred Anderson milczał, by wraz z początkiem kolejnej dekady nastąpił trwający po dziś dzień renesans jego twórczości, zapoczątkowany nagraniami dla Asian Improv Tatsu Aokiego oraz sesją z DKV Trio Kena Vandermarka dla Okkadisk. Przez lata Anderson stał się w Chicago postacią nie do zastąpienia dla muzyki i muzyków. Był jedynym muzykiem o tak niepodważalnym i uznawanym przez wszystkich autorytecie, łamiącym wciąż jeszcze istniejące w Wietrznym Mieście rasowe i ekonomiczne podziały, organizującym koncerty. Klub Velvet Lounge, który otworzył i prowadził mimo bardzo dużych ekonomicznych problemów był miejscem gdzie grali wszyscy, gdzie mogli się spotkać i nawiązać znajomość, otwartym dla wszystkich kreatywnych jazzowych muzyków. Był wolnym człowiekiem i niezależnym artystą.

Styl, jaki przez lata wypracował Anderson to niemal czyste free grane długą, giętką frazą. Nawet kompozycje jego nie mają w pełni wykrystalizowanej formy i tytułów - zdarzało się, że na różnych płytach utwory oparte na tych samych tematach noszą odmienne tytuły i raz opisane są jako kompozycje Freda Andersona, innym zaś razem jako kolektywna improwizacja. Ton saksofonu Mistrza mocny i mięsisty, niezmieniający się przez lata, nadawał im niezwykle sugestywny wyraz. W jego muzyce nie ma dźwięków nieistotnych i zbędnych - od pierwszej nuty wszystko tu jest ważne i nie do zastąpienia. Równocześnie jednak cały czas muzyka i brzmienie Freda Andersona odwoływało się do jazzowej tradycji, łączyło w jedną całość hardbop i free jazz udowadniając, że cały czas mówimy ciągłości muzycznej tradycji i - w gruncie rzeczy - stylistycznej jedności ubogaconej przez te dwa odmienne nurty.
 
Taka też jest płyta "21st Century Chase", która nagrana została dla wytwórni Delmark. Odwołuje się do tradycji "saksofonowych bitew" znanej jeszcze z Kansas City lat dwudziestych trzydziestych, kiedy to pojedynki trwające nawet po kilkadziesiąt minut toczyli między sobą Coleman Hawkins i Lester Young grający w składzie orkiestry Counta Babiego. Pierwsze jednak nagranie w takiej formule miało miejsce w 1947 roku - wtedy to Dexter Gordon i Wardell Gray nagrali płytę "The Chase" właśnie w takiej formule. Tym razem, po ponad sześćdziesięciu latach powraca do niej dwóch niezwykłych starych Mistrzów muzyki, obaj ponad osiemdziesięcioletni - Fred Anderson i Edward 'Kidd' Jordan. Wierni sobie i przez lata bezkompromisowi prezentują tutaj to, co w ich muzyce najlepsze - inwencję i bezkompromisowość, techniczną maestrię i unikatowe brzmienie, kreatywność i osadzenie w jazzowej tradycji. To pojedynek w prawdziwym tego słowa znaczeniu - salwa dźwięków przeciwstawiona jest innej salwie, szalona improwizacja - odmiennej stylistycznie i brzmieniowo gonitwie. Jednakże zawężenie tego tylko do próby oczarowania słuchacza, udowodnienia, który z muzyków jest technicznie bieglejszym, jest bardzo spłyconym opisem nagrania. Bokserska wymiana ciosów i zwarcie - chociaż obecne - nie jest najistotniejsze na płycie. "Pojedynek" - to tylko opis, mający przybliżyć słuchaczom elementy założenia i formy, a nie "treść" nagrania. Bowiem z tego, co jest między Jordanem i Andersonem, rodzi się niezwykła muzyczna jakość. To jak grają - czy to wspólnie czy solo - oddziaływuje na partnerów i kwintet tworzy muzykę sięgającą niebios, totalną i przyjazną równocześnie, zadziwiającą inwencją i nowoczesną, ale i mieszczącą w sobie niemal cały bezmiar jazzowej tradycji. Pojedynek wygrywa więc muzyka, to ona - nie zaś jej twórcy - zdaje się być tym, co najistotniejsze na tej płycie. Wraz z nią wygrywamy my wszyscy mogący cieszyć się tym niezwykłym nagraniem. To muzyka dzika, wolna i bezkompromisowa (jak jej bohaterowie), ale równocześnie - przez osadzenie w tradycji - przystępna i komunikatywna. 'Kidd' Jordan ma nieco odmienne, chropawe brzmienie saksofonu, co czyni ich pojedynki oraz wspólne improwizacje bardzo łatwymi do śledzenia nawet dla niezbyt osłuchanego w tej muzyce ucha. Tym większy więc żal i ból rodzi świadomość, że takich pojedynków i wzruszeń już więcej nie będzie. Koncert ten zarejestrowany w Chicago ponad rok temu przy okazji wielkiej fety, jaką było osiemdziesięciolecie Freda Andersona, był chyba ostatnim spotkaniem dwóch gigantów improwizacji i nestorów tenorowego saksofonu. Fred Anderson opuścił nas 24 czerwca tego roku, a wraz z Jego śmiercią zakończyła się także pewna muzyczna epoka.
autor: Wawrzyniec Mąkinia

Fred Anderson: tenor saxophone
Kidd Jordan: tenor saxophone
Jeff Parker: guitar
Harrison Bankhead: bass
Chad Taylor: drums

1. 21st Century Chase, part 1 36:13
2. 21st Century Chase, part 2 14:30
3. Ode to Alvin Fielder 16:00

płyta dostępna na multikulti.com

czwartek, 7 stycznia 2016

Joe McPhee / Jamie Saft / Joe Morris / Charles Downs "Ticonderoga", Clean Feed 2015, CF345

Joe McPhee / Jamie Saft / Joe Morris / Charles Downs "Ticonderoga", Clean Feed 2015, CF345
Podobno idea tego kwartetu narodziła się podczas rozmowy Jamie Safta z Joe Morrisem o ich wzajemnej fascynacji albumem Johna Coltrane'a "Live At The Village Vanguard Again", który słynny saksofonista nagrał wraz ze swoją żoną - Alice, Jimmy'm Garisonem, Rashiedem Alim, Pharoah Sandersem i Emanuelem Rahim w 1966 roku. Od razu też byli zgodni - Morris powinien tu odstawić gitarę i skupić się na kontrabasie, a Saft zapomnieć o elektronice i syntezatorach, i zasiąść za klawiaturą akustycznego fortepianu. Ta rozmowa miała ponoć miejsce dawno temu, w 1992 roku. Ale to właśnie wtedy ziarno zostało zasiane.

Joe McPhee
Nic w życiu – jak mówią – nie jest sprawą przypadku. Gdy po latach Joe Morris spotkał się kiedyś z Joe McPhee i wspomniał mu o dawnej rozmowie z Saftem, McPhee powiedział na to: "Byłem na tym koncercie! Siedziałem w pierwszym rzędzie na przeciwko Coltrane'a. Słyszałem to, ten koncert, gdy materiał został nagrany!", wtedy, w maju 1966 roku, w nowojorskim klubie Village Vanguard, Saksofonista Joe McPhee w dodatku to prawdziwa legenda amerykańskiego free jazzu i chociaż rzadko mówi się o nim, jako postcoltranowskim muzyku, to brzmienie, jak i duchowe korzenie jego muzyki, sytuują go w grupie spadkobierców twórczości słynnego muzyka.

Perkusistę Charlesa Downsa, jako ostatniego członka kwartetu wymyślili już wspólnie. Downs jest legendą sceny loftowej Nowego Jorku, perkusistą niegdyś równie znanym i cenionym jak Rashid Bakr, i chociaż w ostatnich latach porzucił nieco sceniczną i (zwłaszcza) nagraniową aktywność, pozostaje wciąż muzykiem i instrumentalistą najwyższej próby.

Jamie Saft
O tym jak cudownym magiem perkusji jest Downs przekonuje już początek płyty - gdy z pojedynczych stuków wyłania się chaos (pozorny, w pełni kontrolowany przez Downsa), a z niego - uporządkowana struktura. Całość muzyki ma zresztą taki cudowny, nieprzewidywalny charakter - coś - temat, melodia - wyłania się chaosu, przechodzi metamorfozę przeistaczając się w huragan, aż dochodzi do jakiegoś katharsis i muzyka łamie, powoli wygasa. Bardzo jak u Coltrane'a, trochę jak u Colemana, ale nie ma tu stałego podążania od jednego epicentrum do drugiego. Wszystko w tym kwartecie do siebie pasuje – McPhee, który gra tu tylko na saksofonach (tenorze i sopranie) zdaje się unosić nad ziemią, Downs i Morris znakomicie ze sobą współpracują, ale największym zaskoczeniem jest dla mnie Saft - to, co wyczynia na fortepianie nie jest podobne do gry Alice Coltrane czy choćby McCoya Tynera (z innego składu Coltrane'a), ale jest jego własne. Odmienne, a przy tym głęboko osadzone w muzyce Wielkiego Saksofonisty. Jeżeli czegoś się w tej płycie obawiałem, to właśnie postawy Safta, nie miałem pojęcia jak się odnajdzie w takiej muzyce. I z takimi partnerami. Tutaj jest on pewnym punktem kwartetu, motorem harmonii i - obok McPhee - frontmanem tego zespołu.

Muzyka zespołu w jeszcze jednym odnosi się do Coltrane'a - ma głęboki, uduchowiony charakter. Nie ma w tym jednak żadnej ostentacji ani pozy. Dla Joe McPhee choćby jest to raczej treść życia, coś, o czym od lat mówi on poprzez muzykę czy - choćby - poezję.

Joe Morris
Nie wiadomo natomiast, kto wymyślił nazwę nowego zespołu - Ticonderoga. To słowo z języka Indian Mohawk i oznacza ono "skrzyżowanie dwóch dróg wodnych" (jest to także przy okazji miejsce w stanie Nowy York). O co w tym chodzi? To dosyć łatwe do odgadnięcia, gdy już włączy się płytę - o połączenie w jedno rozmaitych nurtów free jazzu i muzyki improwizowanej lat sześćdziesiątych: Ornette'a Colemana, Aylera i właśnie, najmocniej tu akcentowanego, Coltrane'a.

Jak głosi na swojej stronie wydawca - produkt końcowy uderza niczym pięścią. Uderza, fakt. Radzę sprawdzić samemu. Bo w moim odczuciu to najważniejsza płyta mijającego roku.
autor: Wawrzyniec Mąkinia

Joe McPhee: tenor saxophone, soprano saxophone 
Jamie Saft: piano
Joe Morris: double bass
Charles Downs: drums

1. Beyond Days
2. Simplicity of Man
3. Leaves of Certain
4. A Backward King

płyta do nabycia na multikulti.com

środa, 29 lipca 2015

Mike Westbrook "Westbrook - Rossini" HatHut 2008, OGY661

Mike Westbrook "Westbrook - Rossini" HatART 2008, OGY661
To płyta, wcale nienowa, która z miejsca powinna zostać okrzyknięta wydarzeniem. Wznowienie genialnego nagrania Mike Westbrooka nie powinno bowiem - w moim odczuciu - przejść niezauważone. Chociaż od nagrania tego materiału minęło z górą 20 lat, płyta wciąż zaskakuje i inspiruje, chociaż naśladowcy pomysłów Westbrooka - np. Uri Caine - nie dorastają mu do pięt. Pomysł na sięgnięcie po muzykę Rossiniego narodził na początku lat osiemdziesiątych - Westbrook rozpoczął wtedy pracę nad przetworzeniem fragmentów opery "Wilhelm Tell" Rossiniego na festiwal teatralny w Lozannie (w 1984 r.). Później stopniowo poszerzał tę koncepcję (chociaż szkieletem wciąż pozostaje uwertura do tej opery), aż - w roku 1986 - przybrała ona formę, z którą możemy obcować na płycie (prócz tego na płycie znajdują się utwory z oper "Sroka złodziejka", "Cyrulik sewilski" oraz "Otello"). 

Westbrook podchodzi do muzyki Rossiniego z potężną dawką tak właściwego jej humoru - momentami "a la" Frank Zappa - ale też humor ten nie jest celem samym w sobie. Z kompozycji Rossiniego nie zostaje więc tylko pastisz, ale jest to muzyka, która oczarowuje pięknem, uwodzi liryzmem, porywa energią ale i wybiega w przyszłości. 'Avant garde' oznacza wszak 'straż przednią', wybiegnięcie przed tłum innych twórców, i śmiało możemy używać tego pojęcia w stosunku do aranżacyjnych i interpretacyjnych pomysłów zebranych na tej płycie. Niemała zasługa w tym współpracowników Westbrook'a - świetnie wypadają przede wszystkim saksofoniści Lindsay Cooper i Peter Whyman, bardzo silnie osadzają muzykę w czysto jazzowym kontekście. Zgoła inne zadanie przypisuje lider tubiście Andy'emu Grappy'ie (ale i sobie - bowiem sam także chwyta za ten instrument) - najczęściej 'napędza' ona muzykę zespołu - chociaż duet z puzonistą Paulem Niemanem w 'William Tell Overture IV' czy też solo w uwerturze do 'Cyrulika sewilskiego' są naprawdę zjawiskowe. Niezła jest także Kate Westbrook - tutaj także pełniąca rolę wokalistki. Zwłaszcza, gdy odchodzi on tradycyjnej formy, gdy nie śpiewa a zgrzyta czy charczy - nadaje to muzyce nowego, momentami mrocznego charakteru.

Gdy jest to możliwe, lider pozostawia muzykom miejsce na improwizacje, kompozycje Rossini'ego w niewielkim stopniu ich krępują - jest tu miejsce na dzikie, rozpędzone solówki i sonorystyczne zgrzyty przeplatane ciszą. Mimo tego, wszyscy i wszystko podporządkowane jest tutaj wizji Westbrook,a który narzuca zespołowi rygorystyczną dyscyplinę, przez co muzyka zyskuje niezwykły, kolektywny charakter. Interpretacja propowana przez Westbrooka zdaje się rozszerzać muzykę, ale w niczym nie burzy jej piękna i harmonii, a połączone ze sobą na płycie utwory - z różnych wszak oper Rossiniego - stanowić się zdają jedną, spójną, nierozerwalną całość. Niezwykła dla mnie i porywająca płyta!!!
autor: Wawrzyniec Mąkinia

Lindsay Cooper: sopranino saxophone
Peter Whyman: alto saxophone
Kate Westbrook: piccolo, tenor horn & voice
Paul Nieman: trombone
Andy Grappy: tuba
Mike Westbrook: piano & tuba
Peter Fairclough: drums

1. William Tell Overture II [solo: P. Nieman]
2. William Tell Overture III [solos: P. Whyman, L. Cooper]
3. The Thieving Magpie Overture
4. L'amoroso E Sincero Lindoro from The Barber Of Seville [solos: M. Westbrook, P. Whyman; vocals: K. Westbrook]
5. William Tell Overture IV [solo: Paul Nieman]
6. The Barber Of Seville Overture [solos: L. Cooper, P. Nieman, P. Whyman, A. Grappy]
7. Thievish Magpie [solos: P. Fairclough, P. Whyman]
8. William Tell Overture I [solo: Andy Grappy]
9. Si Cinge Il Pro'guerriero from William Tell [solos: P. Nieman, P. Whyman]
10. Isaura from Otello [solo: L. Cooper; vocals: K.Westbrook]
11. Tutto Cangia from William Tell [vocals: K. Westbrook; backing vocals: L. Cooper, P. Fairclough, P. Nieman, A. Grappy]
12. William Tell Overture V [solos: P. Whyman, L. Cooper]



płyta do nabycia na multikulti.com

poniedziałek, 6 lipca 2015

Mihály Dresch Quartet "Argyélus" BMC Records 2007, BMCCD131

Mihály Dresch Quartet "Argyélus" BMC Records 2007, BMCCD131
Wciąż przyspieszające tempo codziennego życia rzutuje także na jakość naszego spotkania z kulturą muzyczną - widzę to po sobie. Dostępność płyt, łatwość ściągnięcia czy odsłuchania wielkiej ilości muzyki w internecie sprawia, że ilość przepływającej przez nas muzyki wzrasta niepomiernie. Wciąż jednak powstają płyty, w których trzeba się rozsmakować, zatrzymać,  odsunąć na chwilkę kolejne - nowe i najnowsze nagrania ukochanych free jazzowych luminarzy - Petera Brötzmanna i Evana Parkera. Takie są z rzadka publikowane płyty węgierskiego saksofonisty i flecisty Mihály Drescha.

Brötzmann i Parker są muzykami, którzy mają niezwykłą świadomość korzeni jazzowej muzyki. Nikt nie chce im tego odmówić. Mihály Dresch podąża jednak w innym kierunku - jest on artystą kontemplującym kulturę swojego kraju, przesiąkniętym nią na wskroś, bardzo głęboko w niej zanurzonym. Nikt nie robi też niemieckiemu muzykowi zarzutu, iż w jego przypadku jest inaczej - nie wiem bowiem czy sięganie przez kogokolwiek i nagrywanie muzyki improwizowanej - nawet na 'brötzmannowską' modłę - odwołującej się do niemieckich tradycji 'october festów' dałoby równie ciekawy efekt jak muzyka z płyt Drescha.



Mihály Dresch
Węgier - podobnie jak na swoich poprzednich płytach - odwołuje się tradycyjnej muzyki Transylwanii i okolic w przeróżny sposób: instrumentarium (harmonicznym instrumentem użytym w tym nagraniu - wcześniej także pojawiał się na jego płytach - są cymbały a sam lider często gra na ludowych, drewnianych fletach), techniki wokalne jakich Dresch używa wprost przeniesione są z ludowej muzyki (charakterystyczny gardłowy, acz delikatny, zaśpiew), wykorzystanie ludowych tematów (za podstawę utworów 'Argyélus' i 'Ciganyos' posłużyły tematy ludowe, a  i pieśń 'Széki katonabucsúztató' autorstwa Laszlo Lajthy jest częścią węgierskiej tradycji muzycznej). Także gdy lider gra własne kompozycje, ba, gdy sięga po słynny ellingtonowski temat 'In a sentimental mood' to również jest w niej coś nieodmiennie przywodzącego na myśl naddunajską krainę. Również wykorzystanie sekcji – lidera pozostawia jej niewiele swobody – także przywodzi na myśl ludowe tradycje. Podział na instrumenty solowe (saksofon / flet, skrzypce, czasem cymbały) i sekcje jest tu nader wyraźne. Nie męczy to jednak i nie nuży bo basista Mátyás Szandai i perkusista István Balo potrafią znacznie, znacznie więcej niż tylko przytupywać do tańca na wioskowych zabawach. A że nie bardzo mogą pokazać własną inwencję grając solo – cóż, taka jest formuła tej muzyki, smakuje znakomicie i bez tego. Właściwie tylko frazowanie Mihály Drescha jest stricte jazzowe, nie pozostawia wątpliwości co do stylistycznej proweniencji artysty, mającego w dorobku przecież nagrania z György Szabadosem, Tiborem Szemzö i Archie Sheppem. Z całego tego ludowego sztafażu i jazzowego frazowania wykuwa się jednak nowa forma, odmienna zarówno od jazzowego mainstreamu jak i cepeliowskiej pseudo-ludowości. Niewiele mająca wspólnego z awangardą, a i nie dająca się jednoznacznie przypisać jazzowej tradycji. Staranna i piękna w melodycznych liniach kolejnych utworów, nie bardzo surowa, ale i pozbawiona, nawet w balladach, lukrowanej czułostkowości. Obcujemy bowiem z artystą który wypracował swój własny, indywidualny styl - nie tylko gdy mówimy o brzmieniu instrumentu, ale i o muzycznej formule w której się porusza.

Jest jeszcze jedna rzecz niezwykle charakterystyczna dla muzyki Mihály Drescha - nie tylko z tej ostatnie płyty. Z każdej nuty wyziera tu smutek i melancholia. Bo kultura tradycyjna przemija, to z czym możemy dziś się spotkać, to są tylko jej okruchy. I nigdy nie wróci. Ale jest i krzepiący morał - możemy do niej sięgać i ją przetwarzać wciąż na nowo. W nowoczesnej formie, pozostając jednak w zgodzie z jej duchem i wyrażając przy tym siebie. Przecież jest ona naszym dziedzictwem.
autor: Wawrzyniec Mąkinia

Mihály Dresch: tenor saxophone, soprano saxophone, recorder, vocal
Miklós Lukács: cimbalom
Mátyás Szandai: double bass
István Baló: drums
Ferenc Kovács: violin (only on track 3, 5, 6)

1. Fragment
2. Soldier’s farewell from Szék village
3. Heritage
4. Homeward bound
5. Árgyélus
6. Tziganesque (for Archie)
7. In a sentimental mood

płyta do nabycia na multikulti.com

wtorek, 7 kwietnia 2015

Sonore [Peter Brötzmann / Mats Gustafsson / Ken Vandermark] "Call Before You Dig. Loft / Koln", Okka Disk 2009, OD12083


Sonore [Peter Brötzmann / Mats Gustafsson / Ken Vandermark] "Call Before You Dig. Loft / Koln", Okka Disk 2009, OD12083
Najnowszy album super-tria Sonore to ponad dwie godziny muzyki mieniącej się najprzeróżniejszymi odcieniami - od dzikiego, znanego z wcześniejszych produkcji lidera Petera Brötzmanna, i partnerujących mu Matsa Gustafssona i Kena Vandermarka, wrzasku, zgiełku i furii, po chwilami nostalgiczne wręcz zamyślenie i elementy muzycznej melancholii. Brötzmann nigdy jednak nie pozwala sobie i partnerom przekroczyć granicy, poza którą możemy muzykę nazwać piękną czy pełną harmonii - w klasycznym rozumieniu tych słów.

Sesja nagraniowa została zrealizowana pod koniec europejskiej trasy tria ( w trakcie niej muzycy grali również w naszym kraj: w Słupsku, Krakowie i Poznaniu). "Call Before You Dig" to album dwupłytowy, nagrany w dniach 12-13 grudnia 2008 roku w kolońskim klubie Loft. Przy czym pierwsza płyta to nagranie koncertowe, na drugiej natomiast koncertowa salka potraktowana została jak klasyczne nagraniowe studio - materiał zarejestrowano bez udziału publiczności. Takie zestawienie daje obraz odmienności dwóch sytuacji - koncertu i studia; pokazuje, w jaki sposób publiczność - sama jej obecność, gdyż dla nas jej reakcja pozostaje prawie niesłyszalna (starannie usunięto tutaj - na ile to było możliwe - wszelkie oklaski i inne dźwięki niepochodzące od muzyków) - odmienia muzykę trójki improwizatorów. Koncertowe improwizacje są długie, często (np. "Charged By The Ponds"czy "Mailbox For An Attic") trwają po kilkanaście minut, muzycy rozwijają kolejne wyimprowizowane motywy (Peter wprowadza w "Sake-Horn" także temat komponowany) powoli, często nawzajem sobie je dekonstruując - tak by muzyka wciąż pozostawała pełną napięcia. Nawet gdy grają tematy, o których możemy powiedzieć, że są balladowe (Vandermark na basowym klarnecie w "Mountains Of Love" czy Brötzmann w "Shake-Horn"), napięcie nie opada, ale niczym chwilę przed burzą, pozostaje niemal namacalnie obecne.

Studyjna płyta przynosi natomiast utwory zdecydowanie krótsze (tylko jeden spośród siedemnastu przekracza pięć minut) i siłą rzeczy są raczej szkicami - brak tu miejsca dla długich improwizacji solowych, a batalie zbiorowe są niezwykle esencjonalne. W "Hardline Drawling" (rozpoczętym niewiarygodną partią tarogato Brötzmanna) czy "Rat Bag" (gdzie niezwykle mocne tempo narzuca od pierwszych dźwięków rozwibrowany klarnet Vandermarka) triowe improwizacje są niezwykle intensywne, ale też wygasają nagle - w tym drugim utworze przechodzą w spokojną, pełną nostalgii balladę rozburzaną i ponownie "nakręcaną" chrapliwym brzmieniem instrumentu Mistrza z Wuppertalu. Na drugim albumie zdecydowanie większą rolę odgrywa w muzyce cisza - na przykład w "A Letter From The Past" czy "Blue Stone". Pierwszy też raz sięgają muzycy po komponowany temat kogoś spoza tria - "Iranic" Jimmy'ego Giuffre staje się jednak pretekstem do stoczenia jeszcze jednej potyczki zamkniętej kilkoma taktami tematu. Podobnie rzecz się ma z kompozycją Brötzmanna "Dark Clud Blues", chociaż tutaj właściwie nie dochodzi do zbiorowego paroksyzmu - cały utwór jest raczej stonowany. Płytę kończy mocny i niezwykły akcent - "Hard To Believe But Goud To Know", w którym Mats gra na bartonie, Ken - na klarnecie basowym, a Peter na basowym saksofonie. Intensywny, gorący, żarliwy "krzyk" instrumentalistów zostaje wyciszony mniej więcej minutę przed końcem i płyta kończy się kilkoma taktami niskich dźwięków zmierzających w stronę ciszy, by za chwilkę ją "przekroczyć", i zostawić nas z nią sam na sam. Jakby chcieli odejść niezauważeni.

Muzyka tutaj jest demokratyczna - każdy z muzyków ma wpływ na to jak ona się potoczy, w którą stronę pójdzie, współtworzy ją. Ale nie w pełni - najważniejszym jej składnikiem jest bowiem Peter Brötzmann. To on kieruje i rozdziela; decyduje, kiedy można wprowadzić komponowany temat (jak choćby w "Sake-Horn"), a kiedy rozbić strukturę, bo właśnie zaczyna się robić "pięknie". Porównując tą płytę z wcześniejszymi nagraniami zespołu jest ona w moim odczuciu bardziej komunikatywna (jeżeli w przypadku Sonore można w ogóle stosować taką hierarchię). Zmieniło się nieco nastawienie poszczególnych muzyków - Peter Brötzmann zdaje się mocniej akcentować elementy melodyczne, Mats Gustafsson słabiej zaznacza swoją muzyczną obecność, co zdecydowanie wpływa na kolektywny charakter muzyki tria. Tym samym Ken Vandermark - wcześniej ten, który wyznaczał granicę dzikiej improwizacji, próbował ją w jakiś sposób kiełznać i znaleźć język komunikacji z partnerami czy choćby płaszczyznę komunikacji, ma większą swobodę ruchu i może błysnąć - zwłaszcza, gdy chwyta za klarnet.

Mikołaj Trzaska mówił mi rok temu o Brötzmannie, że "gra on w tej chwili rzeczy niewiarygodne". I rzeczywiście, słuchając koncertów przed rokiem, zeszłym tygodniu czy podwójnego albumu teraz nie mogę oprzeć się wrażeniu tego, że jest to Jego "opus magnum". Wciąż pozostaje sobą, muzykiem bezkompromisowym, nie wchodzącym na żadne układy czy to z publicznością czy muzycznym biznesem, ale również z sobą samym. Wierzącym w słuchaczy i stawiającym im równie wysokie - jak samemu sobie - wymagania. A równocześnie czas zdaje się przydawać mu głębi, wygładzać nieco oblicze i czynić go jeszcze "piękniejszym" (choć równie dzikim i wolnym) niż w przeszłości.
autor: Wawrzyniec Mąkinia

Peter Brötzmann: alto saxophone, tenor saxophone, bass saxophone, tarogato, b-flat clarinet
Mats Gustafsson: tenor saxophone, baritone saxophone, b-flat clarinet, bass clarinet
Ken Vandermark: tenor saxophone, baritone saxophone, flutophone

CD 1 [concert 12/12/2008]:
1. The Cliff
2. Mountains of Love
3. Shake-Horn
4. Unreconized Reflections
5. Charged By The Pounds
6. Mailbox for an Attic
7. Call Before You Dig

CD 2 [studio 13/12/2009]
1. The Ravens Cry At Dawn
2. Better A Bird Than A Cow
3. Human Fact
4. Iranic / J.Giuffre
5. A Letter From A Past
6. The Bitter The Better
7. The Longer The Lieber
8. Birds Of The Underworld
9. Waiting For The Dancing Bear
10. A Dyed String
11. Hellpig
12. Zipper Backwards
13. Dark Cloud Blues
14. Bluestone
15. Hardline Drawing
16. Rat Bag
17. Hard To Believe But Good To Know


płyta do kupienia na multikulti.com

piątek, 25 lipca 2014

Joe Rigby / Calum MacCrimon / Scott Donald / Billy Fisher "For Harriet", improvising beings 2011, IB05

Joe Rigby / Calum MacCrimon / Scott Donald / Billy Fisher "For Harriet", improvising beings 2011, IB05
Słucham po raz kolejny tego nagrania i tak sobie myślę, jakiego pecha mają niektórzy muzycy. I my wszyscy razem z nimi. Mogą nagrywać genialne, naprawdę doskonałe albumy w niezłych, ale niszowych wytwórniach. I płyty te przechodzą bez echa mimo tego, że są rozsyłane do recenzentów na świecie. Takim przypadkiem jest właśnie Joe Rigby.

Jestem pewien, że nazwisko tego amerykańskiego saksofonisty nic nie powie nie tylko publiczności w Polsce, ale także jazzowym krytykom. Także tym rozmiłowanym we freejazzie. Bo w naszym - ale nie tylko - kraju jest on postacią anonimową. A to przecież artysta obecny na jazzowych scenach od późnych lat sześćdziesiątych ubiegłego stulecia. Urodził się w nowojorskim Harlemie w roku 1940. Rozpoczął swoją muzyczną edukację od nauki gry na fortepianie (w wieku lat sześciu), a będąc w szkole średniej rozpoczął naukę gry na flecie, krótko potem także na klarnetach. I naturalną już konsekwencją było to, że chwycił za saksofon. Bardzo szybko opanował nie tylko tenor i alt, ale do swojego arsenału dołączył jeszcze baryton, soprano i sopranino. Początkowo inspirował się mainstreamowym jazzem - dokonaniami Sonny Stitta, Johna Coltrane'a, Johnny'ego Griffina, Jackie McLeana. Zwrot ku muzyce free był możliwy dzięki przyjaźni z Milfordem Graves'em, którego poznał jeszcze w początkach swej nauki w szkole średniej. I właśnie w jego grupie debiutował jako profesjonalny muzyk. Grał także w zespołach Charlesa Tylera, Beavera Harrisa, Andrew Cyrille'a, Teda Cursona, Steve'a Reida, Teda Daniela, Sounds Diane McIntyre, Ras'a Mosze, a w bliższych nam czasach - w big bandzie Sabira Mateena, w zespołach Kena Filiano i Lou Grassi'ego. Prowadzi także własny zespół Dynasty.

Nigdy nie zrobił kariery i był to chyba jego świadomy wybór. Jego pasją i powołaniem było bowiem od początku nauczanie muzyki - i temu poświęcił się bez reszty zyskując nawet nagrodę Teacher of the Year. Od 2004 roku jest emerytowanym nauczycielem i to pozwoliło mu znów więcej czasu poświęcić własnej twórczości i realizacjom płytowy. Odkąd - w roku 2008 - przeniósł się do Filadelfii bardzo dużo (jak na niego) koncertuje z muzykami ze Stanów , jak i z Europy. I płyta ta jednym z tego przykładów.

Powstała podczas jednej z tras po Europie w listopadzie 2009 roku. Zaprosił do niej trzech znanych wcześniej sobie szkockich muzyków i w ciągu jednego dnia w studiu nagraniowym w Dundee zarejestrowali niesamowity zupełnie materiał, którym dzięki francuskiej wytwórni Improvised Beings możemy się teraz cieszyć.

Skład instrumentalny jest więcej niż nietypowy - obok saksofonów lidera obecne są tutaj bębny, perkusjonalia oraz Calum MacCrimmon. To nie instrument, lecz muzyk, którego nazwisko pewnie wryje się w pamięć wszystkim którzy sięgną po tę płytę. Gra on bowiem tutaj na dudach oraz flażolecie i właściwie to on - wraz z Joe Rigbym - decyduje o strukturze muzyki, jej wyrazie i niezwykłym brzmieniu. Modlitewny ton saksofonów znajduje bowiem w szkockim artyście partnera równego sobie, ale także będącego jakby zaprzeczeniem, lub raczej uzupełnieniem brzmienia lidera. Dudy MacCrimmona tworzą bowiem harmoniczny podkład dla przecudnych, głębokich, ruchliwych i zwrotnych partii saksofonów. Nadająca muzyce pozory ludowości gra Szkota i archaiczne brzmienie sprawiają, że kontrast z mocnym, zdecydowanym tonem instrumentów Rigby'ego jest ciekawy i zaskakujący. Lider gra podniosłe frazy, ale także imponuje głębią własnej muzyki. To jest ktoś, kto nie ślizga się po powierzchni - on dociera do sedna. i takie też jest jego brzmienie. Jakby rozpędzić ciężki pojazd do bardzo dużej prędkości i następnie cieszyć się taką szaloną, ale i zupełnie bezpieczną, chociaż i nieokiełznaną jazdą w nieznane. Które ukazuje się nam i zachwyca nas swym pięknem za każdym zakrętem drogi.

Jak dla mnie - najciekawszy album jaki w tym roku słyszałem. Na pewno.
autor: Wawrzyniec Mąkinia

Joe Rigby: tenor saxophone, sopranino saxophone, flute 
Calum MacCrimon: bagpipes, penny whistle
Scott Donald: drums
Billy Fisher: percussion

1. For Harriet, part 1
2. For Harriet, part 2
3. For Harriet, part 3

płyta do kupienia na multikulti.com

wtorek, 22 lipca 2014

Sonny Simmons / François Tusques "Near the Oasis", improvising beings 2011, IB10

Sonny Simmons / François Tusques "Near the Oasis", improvising beings 2011, IB10
"Near the Oasis" to album zarejestrowany podczas szesnastej edycji nowojorskiego Vision Fest. Dwóch nestorów gra jazzowe standardy. Nic nowego. Niby. Ale jest to przy okazji wykład o prostocie jazzu i bluesa. O prostych emocjach którymi można nasycić własną muzykę. I o tym, jak przejmująco prawdziwe mogą one być w odczuciu słuchaczy.

Nagranie rozpoczyna improwizacja w duecie. Simmons grając na rożku angielskim, dosyć rzadko w jazzie wykorzystywanym, stroikowym instrumencie, gra tu niezwykle oszczędnie. Ton instrumentu niekiedy przywodzi na myśl brzmienie folkowych instrumentów. Simmons gra tu - wydaje mi się - z bardzo dużym namysłem, jakby wydobycie każdego kolejnego dźwięku z instrumentu przychodziło mu z trudem, i jakby chciał zagrać tylko to, co istotne, najistotniejsze. Podobnie zbudowana jest gra Tusques. Gra on raczej oszczędnie, niewiele tu szybkich pasaży, nie wypełnia on przestrzeni kaskadą dźwięków. Raczej pozwala im wybrzmieć i nadaje każdej pojedynczej nucie duże znaczenie, i rangę.

Nieco zmienia się muzyka, gdy w 'Round Midnight Simmons chwyta za alt. Tu gra już z większą lekkością, ale namysł pozostaje ten sam. Jakby wraz ze słuchaczami odkrywał kolejne fragmenty świetnie znanych standardów. Jakby to czynił dla siebie, nie dla publiczności. I jakby sama muzyka była, i dla niego, czymś świeżym, radosnym, zaskakującym i nieprzewidywalnym. Francuski pianista towarzyszy w tej podróży pełnej sentymentu i melancholii Simmonsowi wiernie i cudownie przeciwstawia dźwięki fortepianu grze amerykańskiego muzyka. Znakomicie słychać to w cudownie brzmiącym, monkowskim Bolivar Blues, gdzie nuta zdaje się idealnie trafiać w nutę, jakby to nie dwa osobne podmioty grały, lecz jakby saksofon i piano prowadziła jedna ręka, i jeden duch.

Sama realizacja nagrania nie jest może doskonała, ale świetnie oddaje ducha małego klubiku, gdzie w dusznym pomieszczeniu ściśnięta publiczność może słuchać starych mistrzów jazzu. I cieszyć się zaskakującą stroną świetnie - wydawałoby się - znanej wszystkim muzyki. Pamiętam koncerty Sonny Simmons, wcześniejsze jego nagrania. I nie robiły one mnie takiego wrażenia jak ta cudowna w swej prostocie podróż po jazowych i bluesowych standardach.
autor: Wawrzyniec Mąkinia

Sonny Simmons: cor anglais, alto saxophone
François Tusques: piano

1. Near The Oasis /L'Alexandrin Africain
2. 'Round Midnight
3. Theme For Ernie
4. Bolivar Blues
5. Night In Tunisia


płyta do kupienia na multikulti.com

sobota, 12 kwietnia 2014

Made To Break [Ken Vandermark / Christof Kurzmann / Devin Hoff / Tim Daisy] "Cherchez la Femme" Trost 2014, TR127.


Made To Break [Ken Vandermark / Christof Kurzmann / Devin Hoff / Tim Daisy] "Cherchez la Femme" Trost 2014, TR127.
Trzecia płyta kwartetu nagrana została w tym samym składzie osobowym, co dwie pierwsze realizacje Made to Break. Vandermark rozwija tu i penetruje przy tym te same obszary, co na dwóch poprzednich albumach, ale w odróżnieniu od nich - jest to pierwsze nagranie zarejestrowane w sterylnej przestrzeni studia nagraniowego.

Niewiele się zmienia więc w odniesieniu do struktury kompozycji, ale zamknięta przestrzeń pozwala na bardzo precyzyjną realizację projektu z niezwykłą dbałością o detale. Dzięki temu znakomita jakość nagrania ukazuje muzykę kwartetu w zupełnie nowym świetle. To, co na płytach "Provoke" i "Lacerba" wydawało się improwizacją czy chociażby jej elementem, niczym w muzyce wcześniejszego projektu Kena - Vandermark 5 - tutaj okazuje się być organiczną, zaprojektowaną przez autora kompozycji strukturą. Nie znaczy to przy tym wcale, że dwie poprzednie realizacje są złe, nie. Ale dopiero na "Cherchez La Femme" możemy w pełni docenić zamysł twórcy kwartetu oraz wkład pracy zespołu, dzięki czemu muzyka brzmi w tak nierozerwalny, organiczny sposób.

Made to Break jawi mi się przy tym, jako kontynuacja idei rozwijanych wcześniej w V5. Oczywiście odmienny skład - obecność elektroniki i elektrycznego basu zamiast wiolonczeli i akustycznego instrumentu Kenta Kesslera - sytuują muzykę zespołu w zgoła odmiennych rejonach, ale w gruncie rzeczy - pomysły są takie same. Polemizowałbym też z tymi, którzy widzą tu odmienne podejście do muzycznej materii. Co bowiem oznacza "modułowa struktura"? Czyż moduły nie występowały w kompozycjach z okresu V5? Czyż nie tak zbudowana była choćby "Camera" jeszcze z okresie, gdy na puzonie grał tam Jeb Bishop? Czy nie tak powstawały rozbudowane, wielowątkowe kompozycje dla Resonance? To, że są elementy noise'u, współczesnej elektroniki; to, że brakuje elementów swingu nie oznacza jeszcze jakieś radykalnej zmiany. Zgoda, muzyka brzmi inaczej, ale mamy do czynienia z pewnym rozwojem pomysłów na wspólne granie, a nie z radykalną jego zmianą. To, że w warstwie brzmieniowej jest odmiennie - zgoda, ale spójrzmy pod powłokę, zerknijmy głębiej, a przekonamy się, że tak wiele tych projektów nie różni.

Energia, brutalna momentami w partiach saksofonu, pozostaje bez wątpienia od lat ta sama. I to zdecydowanie, od pierwszych nut, zbliża te projekty do siebie. Jednak Ken z upływem czasu zdaje się obejmować wzrokiem i zagarniać do swojej muzyki coraz to nowe obszary. Przetwarza je i włącza, jako inspiracje w obszar swojej twórczości. I to tak naprawdę jedyna różnica między Made to Break i dawnym kwintetem. Ale i świadectwo ciągłego, nieprzerwanego rozwoju. Chociaż on sam w głębi duszy (w jego grze słychać to chyba najpełniej) pozostaje wciąż taki sam.

A płyta - cóż, to znakomita mieszanka jazzu, noise'u, współczesnej elektroniki i muzyki komponowanej z elementami improwizacji, połączonych tak, że nie sposób już rozeznać gdzie kończy się jedno, a zaczyna drugie. Po prostu - znakomita!
autor: Wawrzyniec Mąkinia

Christof Kurzmann: electronics
Devin Hoff: bass
Ken Vandermark: reeds
Tim Daisy: drums

Made to Break [Tim Daisy, Christof Kurzmann, Devin Hoff, Ken Vandermark]; photo by Cesar Merino
1. Sans Serif - For Betty Davis and Sleater Kinney [14:04]
2. Capital Black - For Helen Frankenthalter and Joan Mitchell [18:20]
3. The Other Lottery - For Helen Levitt and Susan Meiselas [14:14]


Płyta do kupienia na multikulti.com także w wersji winylowej.

czwartek, 10 kwietnia 2014

Fake The Facts [Mats Gustafsson / Dieb13 / Martin Siewert] "Soundtrack", Trost 2014, TR129.


Fake The Facts [Mats Gustafsson / Dieb13 / Martin Siewert] "Soundtrack", Trost 2014, TR129.
 
To nie pierwsze nagranie tego tria - Mats Gustafsson, dieb13 oraz Martin Siewert mają już w dorobku jedną płytę wydaną w austriackiej oficynie Mego. Tamten materiał był pozszywany z występów na żywo oraz zapisu spotkania w studiu nagraniowym. Druga płyta w ich dorobku to już realizacja czysto studyjna.

Konceptualna, w pierwszym wrażeniu nawet eksperymentalna, muzyka tria bazuje w dużej mierze na postrzępionych, rozedrganych frazach saksofonu Matsa Gustafssona i równie porwanej albo sprzęganej gitary Martina Siewerta. Wszystko inne właściwie jest tylko dodatkiem albo służy przetworzeniu tych dwóch elementów. Sporo tu mikrotoniki, chociaż tropów, i inspiracji jest bardzo, bardzo wiele. Jan Jelinek i jego gęste niczym zupa elektroniczne preparacje, drony, free improv, noise...

Zaskakujące jest jednak to, że pomimo wszystkich tych zastrzeżeń i słów zawartych w opisie projektu - "konceptualny", "eksperymentalny", "porwany", "przetworzenie", i tak dalej, muzyka w moim osobistym odbiorze ma zdecydowanie medytacyjny i ilustracyjny charakter. Nie porywa skumulowaną energią, nie uwodzi pięknem i harmonią, nie tworzy zwartej, dynamicznie brutalnej ściany dźwięku. A jednak uwodzi, sięga gdzieś głębiej, odwołuje się do nie bardzo często używanych w dzisiejszym powierzchownym świecie obszarów naszej świadomości i wrażliwości. I daje poczucie oddechu, jest - w moim odczuciu - tchnieniem jakiejś otwartej, wolnej przestrzeni.

Cudowne granie wymagające jednak otwartości i skupienia.
autor: Wawrzyniec Mąkinia

dieb13: turntables, cigar box
Mats Gustafsson: soprano, slide and tenor saxophones, live electronics
Martin Siewert: guitars, ring stinger, electronics


1. Socks Full Of Sawdust 10:05
2. Polyphony Of A Metropolis 7:19
3. Crazy Mixed Up Pup 8:07
4. Dance Your Cares Away 5:07
5. The Great Fire Of London 8:22
6. Do Electric Moths Dream Of Light Bulbs 10:02

płyta do kupienia na multikulti.com

środa, 15 lutego 2012

Admiral Awesome feat. Fredrik Ljungkvist [Thomas Sejthen / Christian Windfeld / Jacob Danielsen / Fredrik Ljungkvist] "Kapow jazz!", Gateway Music 2011, AA012011


Admiral Awesome feat. Fredrik Ljungkvist [Thomas Sejthen / Christian Windfeld / Jacob Danielsen / Fredrik Ljungkvist] "Kapow jazz!", Gateway Music 2011, AA012011

W pierwszej chwili, gdy usłyszałem równiutko brzmiące, energetyczne unisona otwierającej płytę kompozycji "LSB Vals", pomyślałem - to jakieś nowe Vandermark 5! Okazało się, że jednak nie, chociaż inspirację dorobkiem twórczym chicagowskiego muzyka trudno tu ukryć. Vandermark zresztą oraz grający tu Frederik Ljungkvist mają dosyć podobną wizję własnej muzyki, obaj także współpracowali ze sobą wielokrotnie - czy to w ramach Territory Band czy też podczas wspólnych koncertów (a i nagrań) skandynawskiego Atomica i najsłynniejszego zespołu chicagowskiego saksofonisty. Gruntowną znajomość jazzowej tradycji oraz fascynację muzyką lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych ubiegłego wieku, łączą ze współczesnymi technikami kompozytorskimi, wzbogaconymi dorobkiem zgoła innych gatunków - rocka, klasycznej, dwudziestowiecznej awangardy, free improv czy amerykańskiego minimalizmu. Dorobek - zwłaszcza nagraniowy - Frederika Ljungvista - zdaje się być jednak silniej osadzony w jazzie - rzadziej udziela się w pełni improwizowanych projektach, nie flirtuje ze współczesną sceną noise'u czy soulu i funku.

Ljungkvist wszelako nie dominuje jednak tego projektu - jest współliderem kwartetu, a nie jego twórcą. Partnerem w tym jest duński saksofonista Jacob Danielsen. Znany choćby w zespołu Järv muzyk, tym razem daje się poznać jako ukształtowana muzyczna osobowość i znakomity kompozytor. W swoich utworach słabiej niż Ljungkvist akcentuje fascynacje sceną "młodego - niegdyś - Chicago", z jego motoryką i chwytliwymi, niemal rockowymi riffami, a mocniej obecna jest w nich jazzowa tradycja europejska (pobrzmiewają dalekie wprawdzie echa skandynawskiego jazzu spod znaku ECM-u, zupełnie nieobecne z grze Ljungkvista - ten jawi się raczej kontynuator szkoły Rosengrena i Gullina). Jest przez to wybornym kontrapunktem dla poczynań szwedzkiego instrumentalisty, chociaż grają obaj na tenorowych i barytonowych saksofonach. Znakomicie się przez to uzupełniają, a ich solówki mają odmienny zupełnie charakter. Korci aż, by ponownie przywołać podobieństwo do V5, gdzie podobnie Dave Rempis różni się od lidera projektu, ale też tak są konstruowane najlepsze zespoły - muzycy mają się uzupełniać, a nie pochodzić "z jednej sztancy".

W odróżnieniu od V5 czy - dlaczego nie - Atomica (chociaż tu brzmieniowych podobieństw zdecydowanie mniej), mamy tu do czynienia z kwartetem bez instrumentu harmonicznego. W V5 pierwotnie rolę tę mogła pełnić gitara Jeba Bishopa, a w ostatnim składzie nieco imitowała wiolonczela Lonberg-Holma, a w Atomicu - fortepian Havarda Wiika. Skład tu prezentowany znacznie łatwiej jest więc "rozpędzić", ale muzyka przybiera przez to bardziej uproszczoną formę. Harmonię budują współbrzmienia instrumentów dętych, a sekcją raczej pełni rolę stricte rytmiczną. Kompozycje Ljungkvista - nieco na wzór chicagowskich muzyków - wydają się bardziej pokomplikowane formalnie i - chyba - dają szersze możliwości interpretacji. Wyraźnie są one podzielone na bloki, które można zamieniać, łączyć, przestawiać. Kompozycje Danielsena zachowują prostszy, bardziej linearny, ale jednocześnie i otwarty, charakter. Nie ma tu wyraźnych segmentów, a narracja jest bardziej konsekwentnie prowadzona.

Muzyka zawarta na krążku została zarejestrowana podczas dwóch koncertów oraz krótkiego spotkania w studio (dwa utwory). Nie wiem czy jest to podobnie jak V5 "working band", natomiast muzyka - i wyraźnie to słychać - jest bardzo przepracowana. Zespół działa jak znakomicie naoliwiony mechanizm, co słychać od pierwszej nuty, zwłaszcza w kompozycjach Ljungvista, które wymagają znakomitego zgrania i wchodzenia "w tempo". Każdy z muzyków wie, jaką rolę ma pełnić i wywiązują się z tego bez zarzutu. Każdy z nich także potrafi świetnie budować napięcie w partiach solowych, jak i duetach które często wyłaniają się w toku kompozycji, a drapieżne czasami tony saksofonów przywodzą na myśl czysto freejazzowe formacje - chociaż ta muzyka zdecydowanie przynależy do głównego nurtu jazzu. Świadomego przemian, dorobku i bogactwa współczesności, jak i różnorodności odległej nawet tradycji.

Czy jednak ta muzyka jest kalką V5, a różnicę zawdzięczamy tylko zubożeniu składu? Nie, Admiral Awesome to zespół mówiący własnym językiem i grający własną, świeżą i pełną lekkości muzykę (czasami jednak czerpiący z podobnych źródeł co amerykański muzycy), świadomy korzeni jazzu oraz tego co się dzieje w jego obszarze w dniu dzisiejszym. A że formuła jest równie dobracowana i doskonała jak za najlepszych lat kwintetu Kena Vandermarka - dziś już historii i elementu jazzowej tradycji? Cóż, z tego to chyba trzeba się tylko cieszyć.
autor: Wawrzyniec Mąkinia


Thomas Sejthen: bass
Christian Windfeld: drums
Jacob Danielsen: tenor saxophone, baritone saxophone
Fredrik Ljungkvist: tenor saxophone, baritone saxophone, clarinet


1. LSB Vals
2. Onslow
3. Sent Paa Kvallen
4. Stockholm Wilderness
5. Borje
6. Different Directions
7. Fredriks Andra Horna
8. Toy
9. Piratsangen


Admiral Awesome feat. Fredrik Ljungquist
performs at Musikcaféen Aarhus, Denmark


płyta do kupienia na multikutli.com

poniedziałek, 3 października 2011

Side A [Ken Vandermark / Chad Taylor / Havard Wiik] "A New Margin", Clean Feed 2011, CF235

Side A [Ken Vandermark / Chad Taylor / Havard Wiik] "A New Margin", Clean Feed 2011, CF235.
Side A to zupełnie nowe trio z udziałem Kena Vandermarka. "Z udziałem", ponieważ w tym zespole nie jest on liderem - partnerzy (Havard Wiik oraz Chad Taylor) są sobie równi. Wszyscy odpowiadają za warstwę kompozycyjną materiału i współdecydują o brzmieniu muzyki tria.
Pierwsze to chyba płytowe spotkanie Vandermarka z Chadem Taylorem, muzykiem obecnym od dawna na chicagowskiej scenie. Jest on członkiem rozmaitych mutacji Chicago Underground Roba Mazurka, ale koncertował i nagrywał także w różnych składach z Fredem Andersonem czy Sticks and Stones Matany Roberts. Naturalnym więc jest skojarzenie Side A z triem Free Fall, w którym Vandermark gra razem z Havardem Wiikiem, osiadłym w Berlinie norweskim pianistą, współtworzącym m.in. skandynawski super-band Atomic. Muzyka Side A dryfuje jednak w zupełnie odmienne rejony, chociaż źródła, z których czerpie kolektyw są takie same. Z jednej strony jest to jazzowa tradycja, z drugiej - tradycja europejskiej współczesnej muzyki awangardowej (od dodekafonii Schönberga, Weberna i Berga począwszy), trwale obecna w grze Wiika. Proporcje jednak są dobrane zupełnie inaczej i pojawia się jeszcze jeden, we Free Fall nadzwyczaj delikatnie obecny czynnik - to tradycja sceny niezależnego rocka. Vandermark współpracował i po dziś współpracuje z wieloma muzykami na niej obecnymi - Bob Weston, Steve Albini, Dawid Grubbs, John Herndon, Jeff Parker, także Terrie Hessels i Andy Moor z The Ex - to muzycy znani bardzo licznym wielbicielom rocka. Także stali partnerzy Vandermarka: Dave Remis, Tim Daisy, Fred Lonberg-Holm i Nate McBride po dziś współtworzą wiele rockowych projektów. Nie inaczej jest z obecnym tu perkusistą Chadem Taylorem - oprócz odwołujących się do rocka projektów Mazurka grywa on także z formacją Iron & Wine. I właśnie ta tradycja jest podstawą porozumienia pomiędzy Taylorem i Vandermarkiem.
Chociaż muzyka ma bardzo kolektywny charakter, mylił się będzie ten, kto pomyśli, że Vandermark nie determinuje brzmienia grupy. Grając tu tylko na saksofonie tenorowym, jedynym stricte melodycznym instrumencie w trio, musi wysuwać się na plan pierwszy. Vandermark gra w dodatku niezwykle motorycznie - tutaj dodatkowo to jeszcze podkreśla - zapętlając bardzo często krótkie, rockowe riffy. Twierdzi przy tym w wywiadach, że linearne powtórzenie nie wywołują napięcia, więc konsekwentnie, za każdym razem, zmienia nieco strukturę frazy, zachowując jednak jej rytm i dynamikę. Havard Wiik zresztą także gra tutaj partie nadzwyczaj zdecydowane - nie ma tu wiele miejsca na tak dla niego charakteryczną, delikatną, "perełkową" pianistykę. I właśnie dzięki temu potrafi w tym mocno grającym składzie wyszarpać trochę miejsce dla siebie.
Jest w tej muzyce jednak także miejsce na namysł i niuans, delikatne poszukiwania, chociaż i tak na koniec noga słuchacza sama wystuka rockowej rytm. Piękna muzyka o zdecydowanym wyrazie i charakterze.
autor: Wawrzyniec Mąkinia


Ken Vandermark: tenor saxophone
Chad Taylor: drums
Havard Wiik: piano


1. Boxer
2. What Is Is
3. Trued Right
4. Fold
5. Arborization
6. Enclitics
7. The Kreuzberg Variations
8. Cometing
9. Permanent Sleeve (Walking Hand)
10. Giacometti
Side A [Ken Vandermark / Chad Taylor / Havard Wiik]


płyta do kupienia na multikutli.com

wtorek, 6 września 2011

Sunny Murray / Jacques Coursil / Jack Graham / Byard Lancaster / Alan Silva "Sunny Murray", ESP-Disk 2007

Sunny Murray / Jacques Coursil / Jack Graham / Byard Lancaster / Alan Silva "Sunny Murray", ESP-Disk 2007, ESP4037.

Ciągle docierają do nas niezwykłe nagrania wyłowione gdzieś w odmętach historii muzyki improwizowanej. Przez lata niedostępne, wznawiane są w kilku zaledwie wytwórniach. Jedną z nich jest słynne ESP-Disk - posiadające niemałe archiwum nagraniowe awangardy jazzowej lat sześćdziesiątych i początku siedemdziesiątych ubiegłego stulecia.
Musimy bowiem zdawać sobie sprawę, że początki free jazzu nie powstały tylko za przyczyną Ornette'a Colemana i doświadczeń jego kwartetu. Nagranie płyty "Free Jazz" w roku 1964 pewnie by nie doszło do skutku - doszło później lub też w zgoła innej formule - gdyby nie działalność muzyczna kilku znaczących postaci tego okresu: Cecila Taylora (aktywnego na muzycznej scenie od końca lat pięćdziesiątych), Theloniousa Monka (pierwsze nagrania pochodzą z początku lat czterdziestych), Johna Coltrane'a ale i Alberta Aylera.
Sunny Murray, którego płyta jest świetnym przykładem opartego na szkicowych kompozycjach free jazzu współpracował z wieloma z tych muzyków. Od końca lat pięćdziesiątych grał (przez 5 lat) w zespole Cecila Taylora, w roku 1963 współpracował z Johnem Coltranem, a z Aylerem występował przez trzy lata (z przerwą) od 1964 roku, nagrywając u jego boku najważniejsze albumy: "Spiritual Unity", "Prophecy", "Bells" czy "Spirits Rejoice". W tym też czasie, w lipcu 1966 roku zarejestrowany został materiał na niniejszy, pierwszy autorski album Murraya.
Murray zaprosił do swojego zespołu muzyków wtedy i teraz nie bardzo znanych, za to podobnie jak on traktujących szkicowo zarysowane kompozycje jako punkt wyjścia do dosyć wolnych muzycznych poszukiwań. Spośród nich jedynie Alan Silva oraz Byard Lancaster byli po tym nagraniu aktywnymi instrumentalistami. Trębacz Jacques Coursil zarejestrował jeszcze dwa autorskie albumy ("Black Suite" na którym grają m.in. Anthony Braxton i Burton Greene oraz "The Way Ahead") w 1969 roku w Paryżu, w Studio Saravah i zamilkł na blisko czterdzieści lat (w 2005 roku ukazał się w wytwórni Tzadik jago solowy album "Minimal Brass"). Natomiast o Jacku Grahamie nie wiadomo nic nie tylko mi, ale także wydawcom niniejszej płyty - we wkładce do tego albumu proszą oni o wszelkie informacje na jego temat nie podając nawet daty jego urodzenia.
inna okładka, ta sama muzyka - brak tylko wywiadów
Muzyka Murraya bogata jest jego scenicznym doświadczeniem, nie ma jednak w sobie tej agresji cechującej płyty Cecila Taylora czy Alberta Aylera. Żaden z jego partnerów nie jest tutaj ograniczony ani zamkniętą formą, ani też układem tematów czy bloków. Podporządkowuje się jedynie dwóm czynnikom - tempu oraz rytmowi, które lider narzuca - chociaż i na to mają oni wpływ w toku narracji poszczególnych utworów. Znakomicie brzmi tutaj saksofonowy duet Jack Graham / Byard Lancaster (z tym drugi zresztą Murray współpracował jeszcze przy nagraniu innego autorskiego albumu - "An Even Break" w 1969 roku w paryskim Studio Saravah). Świetnie słychać to w będącym chyba najstaranniej zakomponowanym utworem na tej płycie "Phase 1.2.3.4" autorstwa lidera. Murray, będący wybitnym innowatorem w grze i improwizacji na perkusji, imponuje tu techniką gry i kreatywnością nieraz, a jego otwierające ostatni na płycie (w części muzycznej) utwór "Giblet" zadziwia i zaskakuje nawet po blisko pięćdziesięciu latach.
Jak mogą się przekonać słuchacze - nie tylko tego albumu - archiwum ESP jest nie tylko muzyczne. Składają się na nie także rozmowy z muzykami wtedy nagrywającymi dla tej wytwórni, których fragmenty jako osobne tracki dodawane są na płytach do muzyki. Tak jest i w tym wypadku. Przeszkadza tylko nieco inny układ utworu, niż ten zapisany na odwrocie okładki.


autor: Wawrzyniec Mąkinia

Sunny Murray: drums, percussion
Jacques Coursil: trumpet
Jack Graham: alto saxophone
Byard Lancaster: alto saxophone
Alan Silva: bass


1. Early History / The New Music 23:23
2. Sunny Muray - 1 :45
3. Phase 1,2,3,4  9:32
4. Hilariously  10:11
5. Angels and Devils  11:22
6. Giblet  8:34
7. Recap Session (interview) 1:44
8. Musicians and Magic (interview) 8:49




płyta do kupienia na multikutli.com

piątek, 8 kwietnia 2011

Christoph Prégardien / Michael Gees "Franz Schubert: Die Schöne Müllerin" [Hybrid SACD], Challenge Classics, 2008

Christoph Prégardien / Michael Gees "Franz Schubert: Die Schöne Müllerin" [Hybrid SACD], Challenge Classics 2008, CC72292.

Christoph Prègardien uznawany jest dość powszechnie za jednego z najwybitniejszych tenorów lirycznych. Współpracuje z najwybitniejszymi zespołami i dyrygentami świat – Danielem Barenboimem, Johnem Elliot Gardinerem, Nikolausem Harnoncourtem, Phillippem Herreweghem, Hermanem Maxem, Tonem Koopmanem czy Diego Fasolisem, a repertuar jego obejmuje właściwie wszystko od Monteverdiego po współczesność. Przez długi okres czasu postrzegany był jako specjalista od bachowskich dzieł religijnych, który to nagrywał z największymi - Herreweghiem, Koopmanem, Gardiner czy Fasolisem, ale szybko udało mu się udowodnić swoją wielką wszechstronność. W ostatnich latach często sięga po pieśni - zwłaszcza romantyczne (najczęściej po Schuberta, chociaż w ubiegłym roku w duecie a Andreasem Staierem wykonywał także chopinowski repertuar).
Cykl "Die Schöne Müllerin" Franz Schubert skomponował, gdy miał 26 lat - pomiędzy majem a wrześniem 1823 roku (w tym samym czasie powstała zresztą jego opera "Fierrabras"), do wierszy Wilhelma Müllera (powstały przed 1820 rokiem). Złożyło się na niego dwadzieścia pieśni i Prègardien zarejestrował na prezentowanej płycie cały komplet. Jego miękki, liryczny głos znakomicie sprawdza się w dziewiętnastowiecznym, schubertowskim repertuarze. Niewiele tu bowiem ozdobników, a naturalność i miękkość melodyjnej frazy kompozytora znajduje idealne dopełnienie w pastelowym tembrze głosu niemieckiego tenora. Chociaż i w bardziej nasyconych dramatyzmem partiach ("Der Jäger" czy pierwsza część i finał "Eifesucht und Stolz") radzi sobie bez najmniejszego problemu. Akompaniuje mu tutaj stały partner Michael Gees i wydaje się to wybór najlepszy z możliwych. Gees, także kompozytor, nie jest równie znany i ceniony jako pianista, jak drugi ze stałych współpracowników Prègardiena - Andreas Staier, ale w przydzielonej mu roli sprawdza się, mam wrażenie, lepiej. Staier to tytan klawiatury, obdarzony wielką muzyczną wyobraźnią erudyta, ale i innowator. Czasami lubiący wybiegać przed szereg, szukający raczej kontrastu niż harmonii. Świetnie sprawdza się to w solowych recitalach czy nagraniach z orkiestrą, gorzej - w muzyce kameralnej czy też tam, gdzie jego rola sprowadzona zostaje do akompaniamentu. Tu biegłość Geesa, jego znakomite rzemiosło, sprawdza się lepiej. Najważniejszy jest bowiem głos.
Chociaż nie jestem wielkim admiratorem muzyki romantycznej to nagranie zauroczyło mnie od pierwszego przesłuchania. Pięknu muzyki Schuberta w interpretacji Prègardiena po prostu nie można się oprzeć. Tak jak nie oparli się mu i europejscy krytycy, którzy nagraniu temu przyznali m.in. tytuł Płyty Roku MIDEM 2009, a duet wykonawców otrzymał Nagrodę Wokalną MIDEM 2009.
autor: Wawrzyniec Mąkinia

Christoph Prégardien: tenor
Michael Gees: piano


1. Das Wandern
2. Wohin?
3. Halt!
4. Dansagung an den Bach
5. Am Feierabend
6. Der Neugierige
7. Ungeduld
8. Morgengruß
9. Des Müllers Blumen
10. Tränenregen
11. Mein!
12. Pause
13. Mit dem grünen Lautenbande
14. Der Jäger
15. Eifersucht und Stolz
16. Die liebe Farbe
17. Die böse Farbe
18. Trockne Blumen
19. Der Müller und der Bach
20. Des Baches Wiegenlied


Christoph Prégardien / Michael Gees
Die Schöne Müllerin - Das Wandern

płyta do kupienia na multikutli.com

piątek, 25 marca 2011

Peter Evans Quintet "Ghosts", More Is More Records, 2011

Peter Evans Quintet "Ghosts", More Is More Records 2011, MOREISMORE111.
Peter Evans to w moim odczuciu jeden z najwybitniejszych muzyków młodego pokolenia jazzowych improwizatorów. Klasycznie wykształcony muzyk, który w wieku lat dwudziestukilku wypracował własne, unikatowe brzmienie na kilku instrumentach (trąbka, trąbka kieszonkowa, cornet), ma muzyczną wyobraźnię jak rzadko który z jazzowych improwizatorów i niedoścignioną technikę gry, którą można uznać za wzorcową; prowadzi własne składy - kwartet, kwintet; koncertuje i nagrywa eksperymentując z zupełnie nowymi formami muzycznymi. Któż jeszcze przed trzydziestką osiągnął tak wiele? Cóż, znam tylko jednego muzyka - jest nim Wacław Zimpel. To są przypadki podobne i zupełnie wyjątkowe zarazem.
Ta refleksja nasunęła mi się, gdy zapoznawałem się z najnowszym nagraniem Petera Evansa dla wytwórni MoreIsMore jego nowego zespołu. Nie piszę kwintetu - właściwsze wydaje mi się określenie kwartet + jeden. Kwartet jest dosyć tradycyjny - trąbka-fortepian-kontrabas-perkusja. Grają witalną muzykę mocno osadzoną w jazzowej tradycji lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych ubiegłego wieku. Mocno, energetycznie, wzbogacając z pełną świadomością bebop o free jazz i czerpiąc z tradycji europejskiej, klasycznej awangardy. To wszystko jednak już było. Może nie tak mocno, zwarcie, konsekwentnie i z taką lekkością jak tutaj, ale to znamy. Kluczowy jest element dodatkowy. Sam Pluta zajmuje się elektroniką, ale to jeszcze nie decyduje o brzmieniu zespołu. Miksuje on jednak ich muzykę na żywo - przetwarza i moduluje brzmienie, zapętla frazy innych muzyków i powtarza je dodając do aktualnie wykonywanej muzyki to, co grali przed chwilką. Czasem słyszymy więc dwóch Peterów Evansów, czasem dwóch, niezwykle gęsto grających Jimów Blacków. Muzyka zyskuje nowy wymiar i fakturę, na jedną improwizację nakłada się inna, co całkowicie zmienia brzmienie zespołu i formę utworów. Nie wiem czy najwłaściwszym określeniem nie byłby tutaj "free-bebop wielokrotnie improwizowany". Przy tym nie jest to tylko postmodernizm, puszczenie oka, gra konwencją (czego naprawdę nie znoszę). Ta muzyka jest przez jej twórców autentycznie przeżyta i stworzona na serio, chociaż do nikogo z tu grających tak naprawdę nie należy. Jestem pod wielkim wrażeniem tego nagrania, łączącego znane elementy (postbebop + free + miks na żywo + współczesna elektronika) w jedną, spójną, zwartą całość.
Pamiętam felieton Jacka Podsiadły w Tygodniku Powszechnym sprzed kilku lat o Czesławie Miłoszu. Pisał o nestorze polskich poetów jako o człowieku obdarzonym cudownym zezem - obejmującym jednym spojrzeniem (czyli dogłębnie analizującym sądem) korzenie europejskiej, chrześcijańskiej kultury, lewicowe ruchy lat sześćdziesiątym i literackie życie Wilna lat trzydziestych ubiegłego wieku. Olbrzymie połacie wiedzy, doświadczenia, literatury, historii, kultury. Mimo młodego wieku takim muzykiem zdaje się być Peter Evans - w ciągu roku gra Koncerty Brandenburskie Jana Sebastiana Bacha na kieszonkowej trąbce, prowadzi własne zespoły odwołujące się do jazzowej tradycji, gra akustyczny noise z EFG trio czy też free improv solo. Jacek Podsiadło kończył swój felieton słowami: "ładnie Panu z tym zezem, Panie Czesławie". Peterowi Evansowi też ładnie, ach, jak bardzo.
autor: Wawrzyniec Mąkinia

Peter Evans: trumpets
Carlos Homs: piano
Tom Blancarte: bass
Jim Black: drums
Sam Pluta: live processing

1. ...One to Ninety Two
2. 323
3. Ghosts
4. The Big Crunch
5. Chorales
6. Articulation
7. Stardust



Sam Pluta (laptop) / Peter Evans (trumpet)
The Tank, New York


płyta do kupienia na multikutli.com

czwartek, 24 marca 2011

Swedish Azz [Mats Gustafsson / Per-Ake Holmlander / Kjell Nordeson / Dieb13 / Erik Carlsson], Azz Appeal, NotTwo, 2011

Swedish Azz [Mats Gustafsson / Per-Ake Holmlander / Kjell Nordeson / Dieb13 / Erik Carlsson], Azz Appeal, NotTwo 2011, MW8571.
Swedish Azz to kwintet prowadzonych przez dwóch muzyków - saksofonistę Matsa Gustafssona oraz tubistę Per-Ake Holmlandera. Połączyła ich fascynacja jazzową muzyką powstającą w ich Ojczyźnie w latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych ubiegłego wieku. Wpływał wtedy na nią wyraźnie amerykański "west coast jazz", ale szwedzcy twórcy (m.in. Lars Werner, Lars Gullin, Gunnar Svensson, Jan Johansson, Per Henrik Wallin, Bo Nilsson, Bernt Egerbladh) niezwykle chętnie sięgali po tematy muzyki ludowej opierając na nich jazzowe improwizacje, wplatając fragmenty lub trawestując. Efektem była muzyka o niezwykłym, ulotnym, północnym pięknie, niemająca jednak - broń Boże - wiele wspólnego ze współczesną skandynawską mainstreamową sceną jazzową z E.S.T. i Tordem Gustavsenem na czele. Teraz, w wykonaniu kwintetu szalonych improwizatorów, powstałe przed pięćdziesięciu laty kompozycje zyskują zupełnie nowe - często pokręcone i zwariowane, elektroakustyczne - oblicze, ale obaj liderzy ocalają ich unikatowe piękno. Tematy - bez wyjątku - zachwycają melodyką frazy, chociaż Mats i Per-Ake za każdym razem starają się poddać je bardzo starannej i bezkompromisowej dekonstrukcji. Za tę stronę brzmienia zespołu odpowiedzialni są dwaj główni wichrzyciele składu - Mats Gustafsson (na saksofonach, ale i magicznym, elektronicznym generatorze - pudełku) oraz dieb13 (Dieter Kovacic) na gramofonach i rozmaitych elektronicznych urządzeniach. Na każdą z tych kompozycji mają jakiś pomysł: czasem wplotą w nią kawałek oryginalnego nagrania odtwarzany z czarnego krążka, czasem liryczny duetu saksofonu z wibrafonem zamieni się z wolna i niedostrzegalnie w zdehumanizowany noise niemal w stylu Masami Akity. Niezwykle staranne są tu aranżacje o wyszukanej formie, bardzo starannie uciekające od muzycznego banału. Możemy mieć nawet wrażenie (chyba po raz pierwszy w zespołach prowadzonych przez Gustafssona) - o zdecydowanym prymacie kompozycji nad improwizacją. Mnie osobiście ten mariaż bezkompromisowej współczesnej elektroakustycznej dekonstrukcji ze szwedzkim west cost autentycznie zachwyca i wprost nie mogę się od koncertowego, nagranego w Krakowie, Azz Appeal oderwać.

PS.
Polecam też wszystkim staranne przestudiowanie liner notes na odwrocie okładki. To, że jest ono po szwedzku nie ma tym razem najmniejszego znaczenia ;-)
autor: Wawrzyniec Mąkinia


Swedish Azz:
Mats Gustafsson: alto, baritone, slide saxophones, live-electronic
Per-Ake Holmlander: tuba, cimbasso
Kjell Nordeson: vibes
Dieb13: grammophone, live-electronic
Erik Carlsson: drums


Side A:
1. Full opus 3 - Fanerier, nr 8 - Full opus 4 / PH Wallin [08:30]
2. Karl- Bertil Jonsson 14 ar / G Svensson [02:30]
3. Lidingö Airport / B Nilsson + Visa fran Utanmyra / trad-Jan Johansson [10:30]

Side B:
4. Hugin och Munin / G Riedel + Fedja / L Gullin [16:05]
5. Elysium / L Werner [06:08]



Swedish Azz + Karen w poznańskim Dragonie, 26 lutego 2010




płyta do kupienia na multikutli.com