Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Corbett vs. Dempsey. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Corbett vs. Dempsey. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 23 lipca 2015

Thurston Moore "Sonic Street Chicago" Corbett vs. Dempsey 2014, CVSDCD015


Thurston Moore "Sonic Street Chicago" Corbett vs. Dempsey 2014, CVSDCD015
Niektórzy piszą, że to iście epicka wyprawa w muzyczne światy gitarowych poszukiwań Thurstona Moore'a. Nie jestem pewien, czy ze względu na skromność użytych środków można o tej realizacji tak napisać. Ale jedno mnie z autorem tego określenia łączy - jestem równie mocno jak on zafascynowany tym nagraniem.

Nie do końca jestem fanem takich instrumentalnych realizacji. Raz, że to improwizacja odarta właściwie z jakichkolwiek odniesień do jazzu, a wywiedziona w prostej linii z muzyki rockowej. To gatunek w którym ani nie czuję się bardzo kompetentnym, ani specjalnie osłuchanym. Owszem uwielbiam dokonania Gustafssona czy Vandermarka, ale jazz jest immanentną częścią ich muzyki, najważniejszą i najmocniej odciskającą piętno na ich twórczości, nawet, gdy mocniej podkreślają rockowe akcenty. Po drugie instrumentarium - gitara nie jest instrumentem, który jakoś szczególnie porusza moje emocje. A gdy dodać do tego jeszcze, że jestem wolny od uwielbienia dla Sonic Youth i jej lidera, to płyta ta raczej nie powinna trafić w moje gusta.

Thurston Moore
Materiał ten został zarejestrowany w ciągu jednej sesji w listopadzie 2013 roku. Albo raczej na jednym koncercie, jako jeden track (60 minut!), w tym kształcie w jakim słyszymy go na płycie. Bez żadnych poprawek i jakiejkolwiek ingerencji w muzyczną tkankę utworu. Thurston Moore grał na żywo do filmu amerykańskiego awangardowego twórcy Jamesa Naresa. Moore był ustawiony tyłem do ekranu i nie widział, co na ekranie się pojawia. Sam także nie znam tego obrazu, więc nie potrafię ocenić na ile dźwięki są z nim spójne, a na ile nie. Jednak muzyka Moore'a broni się sama.

Nie używa on specjalnie wiele sprzętu - jeden instrument, wzmacniacz, kilka efektów. Wszystko. Reszta to kunszt i muzyczna wyobraźnia a tej lider Sonic Youth ma chyba aż w nadmiarze. Od cichutkich, kruchych pasaży, przez warknięcia i zgrzyty po prawdziwą ścianę dźwięku - tak buduje swoją muzykę, zawsze, co warte podkreślenia, pozostając bardzo blisko czysto rockowej stylistyki. Nie mówię tu rzecz jasna o rockowej prostocie, bo muzyka Moore'a tak formalnie, jak i estetycznie jest skomplikowana. A gdy na przykład tworzy ścianę dźwięku gra czysto rockowe frazy, dalekie od estetyki noise'u. Nigdzie się nie spieszy - swoją opowieść rozwija i konstruuje świadomie, znakomicie wyczuwając powoli sączący się czas. Operuje formą i nastrojem, kolorem z unikatowym wprost wyczuciem, świadom tak atutów, jak i ograniczeń używanych środków. Ale to właśnie dzięki temu wyczuciu słuchacz nie ma wrażenia przycinania wyobraźni twórcy do skromności instrumentarium, a wprost przeciwnie - zaskakiwany jest przez tą godzinę właściwie nieustannie. I chociaż to muzyka, która wymaga uważności i skupienia, to bardzo szybko opanuje nasz mózg i sprawi, że zatracimy się w niej bez reszty. Znakomite nagranie, które szybko powinno przejść do legendy!
autor: Marek Zając

Thurston Moore: electric guitar

1. Sonic Street Chicago 1:00:07

płyta do nabycia na multikulti.com

środa, 22 lipca 2015

Joe McPhee "Variations on a Blue Line / 'Round Midnight" Corbett vs. Dempsey 2012, CVSDCD007

Joe McPhee "Variations on a Blue Line / 'Round Midnight" Corbett vs. Dempsey 2012, CVSDCD007
Album "Variations on a Blue Line/'Round Midnight" zarejestrowany w październiku 1977, podczas koncertu we francuskim Rouen. Był to koncert podwójny - obok Joe McPhee zagrali tam jeszcze w duecie Peter Brötzmann oraz Han Bennink. Nie wiem nic o tym, czy Joe McPhee znał wcześniej Brötzmanna. Nic mi nie wiadomo także, czy podczas tego koncertu zagrali coś razem, czy było to ich pierwsze spotkanie na scenie czy choćby i poza nią. Słuchając tego nagrania, nie mogę jednak oprzeć się wrażeniu, że McPhee wtedy właśnie - lub krótko wcześniej - Brötzmanna słyszał. I że jego gra zrobiła na nim wielkie wrażenie.

Joe McPhee
Lata 1976-77 były szczególnie ważne dla twórczości Joe McPhee - to wtedy zarejestrowanych zostało wiele jego solowych albumów, z których tylko bodajże "Tenor" doczekał się później kompaktowej edycji (nakładem oficyny Corbett vs. Dempsey obok opisywanego "Variations on a Blue Line/'Round Midnight" ukazał się również "Glasses", ale choćby "Graphics" czy "Rotation" wciąż czekają na wznowienie w tej formie). I na żadnej ze znanych mi płyt Joe McPhee nie pozostaje tak wyraźnie pod wpływem niemieckiego demiurga free jazzu (czyli nie gra tak mocno, brudno i zdecydowanie) jak właśnie tutaj. Nie znaczy to jednak, że gdzieś stara się Brötzmanna imitować - czy sięga po standard czy improwizuje zawsze pozostaje bytem osobnym - mocno osadzonym w tradycji amerykańskiego, czarnego free rewolucjonistą, w rytmice czasem odwołującym się do soulu.

Bardzo silnemu osadzeniu muzyki McPhee w jazzowej tradycji sprzyja tu repertuar. Pierwsze siedemnaście minut to bardzo długa improwizacja na tenorze ("Beanstalk") dedykowana Colemana Hawkinsowi. I nie ma w tej dedykacji przypadku, bo chociaż muzyka (i cała wywodząca się z niej tradycja) Hawkinsa tu właściwie nie pobrzmiewa - to jednak właśnie ten saksofonista jako pierwszy zarejestrował utwór z elementami improwizacji na saksofon solo. Drugie odwołanie do jazzowej tradycji to "'Round Midnight" Theloniousa Monka, które zamyka płytę. Tutaj McPhee gra na sopranie, a sam utwór to raczej - zgodnie z twórczą filozofią amerykańskiego saksofonisty - raczej wariacja na temat monkowskiej kompozycji. Prócz tego - zdecydowanie ostrzejsze niż na płycie "Tenor" - jest tutaj "Knox", a właściwie tytułowa "Variation on a Blue Line", bo właśnie ten temat stał się podstawą tego utworu. McPhee gra tu mocniej, porwanym, mocno przybrudzonym dźwiękiem i chyba najwyraźniej pobrzmiewa tu mocne echo "soundu" Petera Brötzmanna. Prócz tego całości dopełnia druga z sopranowych improwizacji muzyka - "Motian Studies".

Płyta ta jest niezwykłą, fascynującą podróżą. Muzyka zdaje się być jakby rozpięta - pomiędzy tradycją amerykańskiej "Great Black Music" (ale w jej mocnej , freejazzowej formule), czysto jazzową tradycją oraz tradycją europejskiej awangardy w formule, w jakiej doszła do głosu pod koniec lat sześćdziesiątych ubiegłego stulecia wraz z pojawieniem się na jazzowej scenie muzyków w typie Petera Brötzmanna - świadomych tradycji, ale dekompozycjonujących ją, używających jej w nowej, bezkompromisowej formule, często łączonej z innymi, pozajazzowymi stylistykami. McPhee nasyca jednak swoją muzykę niezwykłą, duchową głębią, potrafi jednym tonem przykuć uwagę słuchaczy i pchnąć ją, jak i emocje oraz wyobraźnie na zupełnie nieznane tory. Kolejna wspaniała, solowa płyta w dorobku Joe McPhee!
autor: Marcin Jachnik

Joe McPhee: tenor saxophone, soprano saxophone

1. Beanstalk 7:06
2. Motian Studies 7:39
3. Variations of a Blue Line 6:33
4. 'Round Midnight 5:05





płyta do nabycia na multikulti.com

czwartek, 2 lipca 2015

Joe McPhee "Sound on Sound" Corbett vs. Dempsey 2010, CVSDCD005

Joe McPhee "Sound on Sound" Corbett vs. Dempsey 2010, CVSDCD005
Podwójna, limitowana płyta ‘Sound on Sound’ jest kompilacją solowych, wcześniej niepublikowanych nagrań Joe McPhee, dokonanych w pierwszym okresie jego twórczości, w latach 1968-1973. Co ciekawe, gra on tutaj na przeróżnych instrumentach - oprócz saksofonu i trąbki są to organy, kalimba, zabawkowe pianino, flety i rozmaite perkusjonalia. Dodatkowo McPhee sięga po echoplex (analogowe urządzenie korzystające z taśmy magnetycznej umożliwiające repetycję dźwięków) oraz eksperymentując z tonem, barwą i głosem korzysta także z overdubów.

To bardzo ciekawa i fascynująca podróż do dźwiękowego świata młodego artysty (to chronologicznie najwcześniejsze opublikowane jego nagrania). Pierwsze utwory umieszczone na tej płycie pochodzą z roku 1968, kiedy to zaczynał on dopiero grę na saksofonie (wcześniej był wyłącznie trębaczem). W sensie muzycznych fascynacji był muzykiem ukształtowanym - po okresie zachłyśnięcia się muzyką Milesa Davisa i wczesnego Johna Coltrane'a, przez fascynację twórczością Erika Dolphy'ego, w końcu przyszedł czas na Alberta Aylera, późnego Johna Coltrane'a i Ornette'a Colemana. Łączył to wszystko z fascynacją nowymi zjawiskami na muzycznej scenie - rodzącym się właśnie wraz ze społecznymi przemianami wewnątrz społeczności Afroamerykanów funkiem oraz soulem.

młody Joe McPhee
Jak sam opowiada, po raz pierwszy w tymże roku (1968) pożyczył od znajomego na któreś jam session saksofon tenorowy. Po tym jamie proszono go nawet, by już więcej nie przynosił saksofonu, aby pozostał tylko przy trąbce. McPhee nie zraził się jednak i nie zaprzestał gry na tym instrumencie, z czasem sięgając jeszcze po sopran i alt. Pierwszych nagrań solo dokonał jeszcze w tym samym roku, jednak nigdy nie myślał o ich publikacji, ulegając dopiero niedawno namowom chicagowskiego artysty, animatora i wydawcy Johna Corbetta. Kompilując ten album McPhee i Corbett zdecydowali się na edycję dwupłytową, przy czym pierwszy, niesamowicie spokojny, balladowy i uduchowiony dysk ma tylko dwadzieścia pięć minut długości. Tutaj w muzyce McPhee brakuje jeszcze drapieżności (gdy gra on na saksofonie, bo nieco odmiennie ma się rzecz z "Recorder solo number one"). Jest natomiast obecna tak dla niego charakterystyczna liryka i głębia. Trudno tu nawet wyróżnić którykolwiek z czterech znajdujących się na krążku utworów, bo każdy z nich jest prawdziwą perełką.

Odmiennie ma się rzecz z dyskiem drugim, gdzie mnogość efektów i użytego instrumentarium sprawiają, że ma się wrażenie obcowania nie z innym artystą, ale czasami wręcz z innym muzycznym gatunkiem. Czasami można mówić raczej o próbach eksperymentów - tak formalnych, jak i brzmieniowych, niż o ukończonym muzycznym projekcie. Jednak mnogość zjawisk i niewielka długość eksperymentalnych form sprawiają, że całości słucha się z niezwykłą wprost uwagą. Wielka w tym zasługa Corbetta, który te krótkie formy potrafił ułożyć w spójną narracyjnie opowieść.

Kto jednak spodziewa się free-jazzowej formuły - niech ominie tę płytę łukiem. Kto chciałby spojrzeć nieco za kulisy znanej dotąd twórczości McPhee, niech sięgnie po tę płytę koniecznie. Jest ona wspaniałym dokumentem nie tylko osobistego, muzycznego rozwoju - także pokazem nagraniowych technik wykorzystywanych w małych, tanich studiach dostępnych dla nieznanych wówczas szerzej awangardowych muzyków. A i lirycznego piękna tu nie brakuje.
autor: Marcin Jachnik

Joe McPhee: tenor saxophone, toy piano, toy percussion, recorder, soprano saxophone, Space Organ, flute, feedback, kalimba, echoplex, percussion


CD 1
: Joe McPhee solo 1968/69
1. Sound on Sound 5:54
2. Tenor saxophone solo number one 4:28
3. Tenor saxophone solo number two 4:58
4. Recorder solo number one 6:25

CD 2: Joe McPhee solo 1970/73
1. Cosmic Love 5:58
2. Kalimba 0:52
3. Percussion number one 2:23
4. Soprano / Echoplex number one 2:52
5. Percussion number two 2:50
6. Soprano / Echoplex number two 1:15
7. Soprano / Echoplex number three 3:14
8. Cosmic Love number two 5:49
9. Cosmic Love organ alone 6:13
10. Space Organ one 9:16
11. Space Organ two 6:05
12. Space Organ three 6:19
13. Mic Feedback one 1:22
14. Mic Feedback two 1:22
15. Nagoya Harp (inspired/informed by Harry Partch / Lukas Foss / John Snyder) 12:54
16. Sound on Sound 6:32




płyta do nabycia na multikulti.com

poniedziałek, 29 czerwca 2015

Peter Kowald / Kent Kessler / Fred Lonberg-Holm "Flats Fixed", Corbett vs. Dempsey 2015, CVSDCD016

Peter Kowald / Kent Kessler / Fred Lonberg-Holm "Flats Fixed", Corbett vs. Dempsey 2015, CVSDCD016
W roku 1998, w studiu WNUR Radio w Evanston, legendarny niemiecki basista, długoletni partner Petera Brotzmanna, Peter Kowald zarejestrował wraz z dwójką chicagowskich muzyków - kontrabasistą Kentem Kesslerem oraz wiolonczelistą Fredem Lonberg-Holmem materiał na triową płytę.

Od początku założeniem było, iż cały materiał ma być improwizacją na trzy instrumenty smyczkowe. Centrum tego nagrania jest sześć miniatur (każda około minuty długości), powstałe według pomysłu Petera Kowalda. Jak napisał w liner notes John Corbett - pierwotnie miały one być szkieletem i kontrapunktem dla mających bardziej konwersacyjny charakter, dłuższych improwizacji. Ponieważ jednak Peter Kowald nie zdążył juz ukończyć pracy nad tym materiałem (chociaż cała trójka muzyków była bardzo zadowolona z zarejestrowanej muzyki), zdecydowano się na odmienny układ płyty. Cztery dłuższe, triowe improwizacje wypełniły pierwszą jej część, potem znajduje się sześć miniatur, a w charakterze kody ostatnia, piąta, trwająca piętnaście minut improwizacja. Jest i postscriptum - to niedługie, duetowe improwizacje muzyków zarejestrowane podczas tej samej sesji (cztery duety Kowalda z Lonberg-Holmem i jeden Kowald-Kessler na dwa kontrabasy).

Co zaskakujące, poprzez takie zestawienie nagrań, wcale nie obcujemy z materiałem o przypadkowym czy też czysto dokumentalnym charakterze. To nagranie ma fantastyczną energię, która w krótkich, przemyślanych, minutowych zwarciach osiąga swoją kulminację i stopniowo wycisz się poprzez trio i duety. Muzyka - co jest specyfiką nagrań na trzy strunowe instrumenty z użyciem smyczków - bliska jest trzecionurtowemu podejściu do improwizowanej muzyki w jego ściśle współczesnym rozumieniu. Jednak od hipnotycznych fraz trójki muzyków naprawdę trudno się oderwać i jeśli tylko uda się słuchaczowi do tej muzyki podejść w ciszy i z należnym skupieniem - odkryje wtedy niezwykłe piękno i intensywność tego spotkania. Polecam bardzo!
autor: Marek Zając

Peter Kowald: bass
Kent Kessler: bass
Fred Lonberg-Holm: cello

1. FF 1 7:10
2. FF 2 5:58
3. FF 3 3:23
4. FF 4 17:23
5. Miniature 1 0:55
6. Miniature 2 1:02
7. Miniature 3 1:09
8. Miniature 4 1:00
9. Miniature 5 1:17
10. Miniature 6 2:19
11. FF 6 15:10
12. b & c 1 4:29
13. b & b 3:23
14. b & c 2 5:42
15. b & c 3 3:48
16. b & c 4 2:51

płyta do nabycia na multikulti.com

czwartek, 25 czerwca 2015

Joe McPhee "Glasses" Corbett vs. Dempsey 2012, CVSDCD006

Joe McPhee "Glasses" Corbett vs. Dempsey 2012, CVSDCD006
Pisanie o koncertach solowych czy też nagraniach solowych dokonywanych przez Joe McPhee wydaje mi się szalenie trudne - bo wszystko to, co robił i robi samotnie jest po brzegi nasycone swoistą, zaczerpniętą od Coltrane'a i Colemana, głęboką i autentyczną duchowością. Trudno jest mi znaleźć słowa, które oddają moje odczucia, gdy słucham jego solowej muzyki, ale ponieważ ją szczerze uwielbiam, cóż, zatem spróbujmy.

Album "Glasses" zarejestrowany został w październiku 1977 roku w bardzo ważnym dla dokonań artysty okresie. Nagrał on wtedy w krótkim czasie cztery albumy solowe, które stanowiły przełom w postrzeganiu go tak przez krytykę, jak i publiczność zainteresowaną awangardowym jazzem po obu stronach Atlantyku. Z tych czterech albumów tylko "Tenor" został wydany ponownie na CD - teraz oto dzięki działalności prowadzonej przez Johna Corbetta możemy ponownie cieszyć się płytą "Glasses".

Tytułowy utwór rozpoczyna się od rytmu, jaki McPhee wystukuje na nie do końca pełnym kieliszku wina. Potem podejmuje go na saksofonie, generując z instrumentu same szmery, by finalnie rozwinąć w tym rytmie piękną, uduchowioną improwizację będące jednocześnie progresywną muzyką wykorzystującą rozmaite techniki gry na instrumencie (przedęcia i zgrzyty, traktowanie saksofonu, jako czysto perkusyjnego instrumentu), jak i ukazujące liryczną, zakochaną w melodyjnych frazach twarz Joe McPhee. Bowiem od samego początku udowadniał on, że pozostawanie awangardowym muzykiem nie musi oznaczać wcale rezygnacji z melodyki - tak w kompozycjach, jak i improwizacjach.

Joe McPhee, photo by Ziga Koritnik. Dzisiaj, a nie 1977 roku
Wspaniałą ilustracją takiego podejścia jest kolejny utwór na płycie - zagrana solo kompozycja Coltrane'a napisana dla pierwszej jego żony - "Naima". Rozpoczęta w balladowej konwencji, wolniej chyba niż grał to Coltrane, przechodzi w czwartej minucie metamorfozę, nabiera mocy i drapieżności, by jednak do melodii i niespiesznego charakteru powrócić. I w tym duchu, nie unikając pomyłek (nie wiem czy celowych czy przypadkowych), zwolnień rytmu i łamania tym samym ciągłości frazy, wybrzmiewa ku radości publiczności zgromadzonej na koncercie. Bowiem te dwa utworu zarejestrowane zostały podczas występu artysty na żywo.

Przynajmniej w tym względzie podobnie rzecz się ma z ostatnim na płycie utworem "New Potatoes" - także został on zarejestrowany podczas koncertu. Ale więcej go jednak odróżnia - nie został on zarejestrowany solo, a w duecie ze szwajcarskim perkusistą Reto Weberem, Joe McPhee całą pierwszą jego część gra na trąbce, a nie jak w dwóch pierwszych kompozycjach tylko i wyłącznie na saksofonie. Obecność partnera wymusza na McPhee zmianę konwencji - muzyka nie jest już swobodną podróżą, ale raczej zwarciem, wymianą ciosów pomiędzy muzykami, dokonywaną oczywiście w czysto dźwiękowy sposób. Dopiero, gdy w połowie McPhee zmienia instrument na saksofon, stopniowo zaczyna ona przybierać bardziej zwarty i spójny charakter, odchodząc od filozofii ciągłego zwarcia na rzecz wspólnotowości grania. I w tym właśnie duchu znajduje swoje spełnienie w pięknej, melodyjnej frazie sakofonu.

Nie bardzo wiem dlaczego przez tyle lat album ten był niedostępny dla słuchaczy, bowiem całość jest nadzwyczaj skupioną, w części solową, liryczną podróżą p[rzez intymny i głęboki świat dźwięków. To piękne nagrania ukazujące w artystę o w pełni wykrystalizowanej muzycznej wizji. I będące wspaniałym spotkaniem - tak z człowiekiem, jak i sztuką.
autor: Marcin Jachnik

Joe McPhee: tenor saxophone, flugelhorn, percussion
Reto Weber: percussion (only on track 3)

1. Glasses 18:30
2. Naima 8:10
3. New Potatoes 15:25



płyta do nabycia na multikulti.com

środa, 17 czerwca 2015

Pipeline [Mats Gustafsson / Ken Vandermark / Fredrik Ljungkvist / Guillermo Gregorio / Jeb Bishop / Per-Äke Holmlander / Joe Morris / David Stackenäs / Sten Sandell / Jim Baker / Fred Lonberg-Holm and others] "Pipeline" Corbett vs. Dempsey 2014, CVSDCD010

Pipeline [Mats Gustafsson / Ken Vandermark / Fredrik Ljungkvist / Guillermo Gregorio / Jeb Bishop / Per-Äke Holmlander / Joe Morris / David Stackenäs / Sten Sandell / Jim Baker / Fred Lonberg-Holm and others] "Pipeline" Corbett vs. Dempsey 2013, CVSDCD010
Czasami zdarza się nam w życiu możliwość zrobienie czegoś wartościowego. Jest to możliwe jednak tyle w ściśle określonym miejscu i czasie, dzięki splotom tysięcy drobnych powodów i okoliczności. I jeszcze bardzo często jest tak, że później już nie ma do tego powrotu.

To, że po kilkunastu latach możemy w końcu zapoznać się z częścią większego materiału zarejestrowanego w 2000 roku w Airwave Studio w Chicago jest wynikiem takiego właśnie splotu historii. Tego, że w ostatniej dekadzie ubiegłego stulecia pojawiła się w Chicago grupa kreatywnych, młodych, otwartych muzyków; długoletniej działalności w Chicago Johna Corbetta jako promotora i animatora muzycznego, ale również na polu sztuk plastycznych; zaproszeniu Petera Brotzmanna (przez Marsa Williama i Kena Vandermarka) do wspólnych koncertów i nagrań z czego powstał jego słynny chicagowski Tentem; i, będącej tego efektem, współpracy z Matsem Gustafssonem oraz innymi skandynawskimi muzykami. Ale sam zespół i te nagrania nigdy by nie powstały gdyby nie działalność szwedzkiego Universalu, który pod koniec ubiegłego wieku powołał do życia - niestety na bardzo krótko - sublabel mający wydawać muzykę awangardową ze szczególnym uwzględnieniem avant jazzu - Crazy Wisdom. Dyrektorem artystycznym tego przedsięwzięcia został Mats Gustafsson.
Mats Gustafsson

W ciągu kilku lat wydawniczej działalności, nakładem Crazy Wisdom ukazało sie bodaj 7 tytułów - dwie pierwsze płyty The Thing, Diskaholics Anonymous Trio, AALY Trio wraz z Kenem Vandermarkiem, tria Gul 3 (Henrik Olsson, Johan Arrias, Leo Svensson) oraz LSB (Ljungkvist / Strid / Berthling). Pieniądze na nagrania i promocje dawał szwedzki Uniwersal, nie ingerując w proces twórczy i w pierwszym okresie nie poddając płyt rynkowej (merkantylnej) weryfikacji. Na rok 2000 Mats Gustafsson zaproponował wytwórni stworzeniu kolektywu z amerykańskich i skandynawskich młodych muzyków, którzy razem mieli w Chicago zarejestrować wspólnie materiał na jedną lub kilka płyt, a następnie odbyć trasę po klubach Szwecji. Komponować - w założeniu - mieli wszyscy i wszyscy także mieli uczestniczyć w tym zespole na równych prawach. Universal się na to zgodził, zatwierdził projekt i wyasygnował na nie całkiem sporą sumę pieniędzy celem opłacenia przelotów, pobytu i kosztów studia. Tak oto narodził się zespół Pipeline.

Kolektyw stworzyło szesnastu muzyków: Mats Gustafsson. Ken Vandermark, Fredrik Ljungkvist, Guilermo Gregorio, Jeb Bishop, Per-Äke Holmlander, Joe Morris, David Stackenäs, Sten Sandell, Jim Baker, Fred Lonberg-Holm, Kent Kessler, Johan Berthling, Michael Zerang, Raymond Strid oraz Kjell Nordesson. W tym składzie nigdy razem nie grali i dobrą sprawę większość z nich poznała się dopiero przy okazji tego projektu, ale możliwości brzmieniowe (podobnie jak i koszty realizacji) były tu naprawdę przeogromne. I właśnie koszty tego projektu zaważyły na tym, że cały projekt Crazy Wisdom został zawieszony, a potem zakończony. A dwie wydane nakładem oficyny Johna Corbetta kompozycje to ledwie ułamek tego co Pipeline zarejestrowało podczas czterodniowej sesji w Chicago we wrześniu 2000 roku.

Na płytę Pipeline wybrano dwie bardzo długie kompozycje autorstwa Kena Vandermarka (Codeine Picasso) oraz Frederika Ljungkvista (In This Very Room). Pokomplikowane formalnie, elektroakustyczne kompozycje stworzone są z komponowanych bloków łączonych partiami improwizowanymi - tak solowymi, jak i granymi tutti. Czasami podczas solówek muzycy mają nabudować napięcie do określonego poziomu, gdy wejdą kolejne instrumenty i wprowadzą następny komponowany blok, czasami - wprost przeciwnie (jak Mats Gustafsson w kompozycji Ljungkvista) wyciszą ją niemal do zera. Czasami prowadzą improwizację do określonego motywu, czasami mogą dokonać wyboru z kilku melodycznych czy rytmicznych linii. Możliwości jest tu bardzo wiele stąd też każde późniejszych z koncertowych wykonań w bardzo znaczący sposób różniło się od studyjnej rejestracji. Wszyscy korzystają tu ze swoich przeogromnych doświadczeń - wszak wielu spośród muzyków tu zebranych tworzyło już choćby Tentet Brotzmanna czy też New Orchestrę Barry'ego Guya. A zebrany tu ludzki potencjał dawał wprost nieograniczone możliwości.

To, co najbardziej mi imponuje gdy słucham tego nagrania, to klarowność i logika. I tempo oraz dyscyplina. Bo utrzymanie go, zgranie tak wielu grających kompozycję i improwizujących równocześnie muzyków jest chyba kluczowym problemem w tego typu składach. Imponuje zgranie, zrozumienie, ale i podporządkowanie własnego ego brzmieniu, spójności zespołu, o które - co dowodzi historia wielu kolektywów - wcale nie jest łatwo. To muzyka fomalnie trudna, ale tak pełna energii i radości kreacji, jak tylko jest to możliwe. I zarażająca nią słuchacza w iście zakaźny sposób. Polecam koniecznie i to wcale nie tylko miłośnikom awangardowych bigbandów!
autor: Marcin Jachnik

Mats Gustafsson: tenor saxophone
Ken Vandermark: clarinet, tenor saxophone
Fredrik Ljungkvist: clarinet, tenor and baritone saxophone
Guillermo Gregorio: clarinet, alto saxophone
Jeb Bishop: trombone
Per-Äke Holmlander: tuba
Joe Morris: guitar
David Stackenäs: guitar
Sten Sandell: piano
Jim Baker: ARP synthesizer, piano
Fred Lonberg-Holm: cello
Kent Kessler: bass
Johan Berthling: bass
Michael Zerang: drums, percussion
Raymond Strid: drums, percussion
Kjell Nordeson: drums, vibes, percussion

1. Codeine Picasso 33:53
2. In This Very Room 29:50



płyta do nabycia na multikulti.com

czwartek, 6 listopada 2014

Mats Gustafsson "Torturing the Saxophone" Corbett vs. Dempsey 2014, CVSDCD012

Mats Gustafsson "Torturing the Saxophone" Corbett vs. Dempsey 2014, CVSDCD012
Mats G plays Duke Ellington - vinyl's cover
Są czasem w historii sztuki osoby , które nie będąc wybitnymi artystami zmieniają historię muzyki (lub innej formy artystycznej działalności). Dla chicagowskiej sceny awangardowego jazzu taką osobą jest John Corbett. Chociaż sam jest (lub raczej był) improwizującym muzykiem, dla szerszego spectrum odbiorców jest raczej teoretykiem sztuki, kuratorem wystaw i festiwali, właścicielem galerii, a ostatnio znów - bo przed laty wspóałaścicielem oficyny Atavistic - wydawcą płyt. To właśnie dzięki jego działalności chicagowska scena awangardowego jazzu zyskała obecny kształt. To on odpowiada za obecność na niej Petera Brotzmanna czy też skandynawskich muzyków. To dzięki jego staraniom w Stanach pojawił się Mats Gustafsson i europejscy muzycy jego pokolenia. Ale też to dzięki niemu Ken Vandermark i muzycy tzw. Młodego Chicago zaczęli przyjeżdżać do Europy. Jak wyglądał by amerykański jazz bez tego wszystkiego - naprawdę trudno dziś sobie wyobrazić.

Mats G plays Albert Ayler - vinyl's cover
Teraz, dzięki jego aktywności wydawniczej do szerszej publiczności ma okazję trafić materiał solowy Matsa Gustafssona, zarejestrowany w latach 2008-2011, a pierwotnie wydany na jednostronnych winylach w oficynach Qbico i Sagitarus, który jest dosyć nietypowy. Po pierwsze dlatego, że Mats sięga tu po kompozycje nie koniecznie kojarzone z free jazzem. Dobrze, powie ktoś, ale to samo było na płytach Swedish Azz. Tak, lecz nigdy wcześniej nie robił tego solo. Owszem sięgnął po utwory autorstwa Steve'a Lacy, ale nie dekonstruował ich w takim stopniu jak tutaj. No i nigdy wcześniej nie sięgnął do tak dawnej historii gatunku jak tutaj - nagrał tu bowiem kompozycje Duke'a Ellingtona.

Mats G plays Lars Gullin - vinyl's cover
Pierwotnie były trzy płyty winylowe. Materiał z nich ułożony jest chronologicznie - tak jak został zarejestrowany. Na początek Duke Ellington i jego jazzowe standardy, potem Ayler (trzy, właściwie nawet cztery kompozycje - Our Prayer, Angels / Spirits i Ghosts) i na koniec niesamowita, piękna ballada Larsa Gullina w ponad dwudziestodwuminutowej wersji. Zaskoczeniem w przypadku tego albumu może być to, że tytuł nie w pełni oddaje to co płyta zawiera - słuchając go jednym ciągiem wcale nie mam wrażenia tortura saksofonu czy też torturowania słuchaczy przy jego pomocy - zwłaszcza w drugiej części płyty. Jeżeli już można mówić o takim zabiegu, to Gustafsson czyni to przy pomocy elektroniki i swojego magicznego muzycznego pudełka (będący niczym więcej jak urządzeniem do produkcji sprzężeń dźwiękowym, bardzo głośnych i o dużym natężeniu). Ale dla obeznanych chociaż trochę z twórczością szwedzkiego artysty lub tych którzy zetknęli się ze sceną noise'u ściana dźwięku zbudowana z postindustrialnego hałasu i sprzężeń nie będzie wcale torturą czy nawet zaskoczeniem. Może nim być to, gdy wsłuchamy się w nie głębiej i odkryjemy, że to wcale nie hałas ale, że pod tą maską kryje się delikatna fraza "In a Sentimental Mood", "Blue Goose" czy też "Sophisticated Lady". Bo te kompozycje - nawet w elektronicznie-zgrzytliwych wersjach - są wciąż rozpoznawalne i imponująco piękne.

Ale Mats odsłania swoje prawdziwe oblicze i maestrię gdy chwyta za saksofon. Potężny i hymniczny gdy Aylera, drapieżny gdy Ellingtona, zadziwiająco liryczny i melancholijny w "Danny's Dream", kompozycji dedykowanej synowi kompozytora, rzeczywiście mającej w tej interpretacji coś ze spokoju dziecięcego snu. Zawsze brudny i połamany, nawet gdy gra delikatne frazy jazzowych standardów. No i to brzmienie, sound jak mawiają muzycy. Od niego naprawdę trudno się uwolnić, a zapomnieć nie sposób. Niezwykła płyta. Koniecznie!
autor: Marcin Jachnik


Mats Gustafsson: tenor saxophone, baritone saxophone, music box, electronics

1. In a Sentimental Mood 4:18
2. I Never Felt This Way Before 4:09
3. Come Sunday 2:13
4. Blue Goose 4:16
5. Sophisticated Lady 5:24
6. Our Prayer 7:06
7. Angels / Spirits 13:25
8. Ghosts 4:19
9. Danny's Dream 22:30

płyta do kupienia na multikulti.com