Pokazywanie postów oznaczonych etykietą McPhee Joe. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą McPhee Joe. Pokaż wszystkie posty

środa, 9 sierpnia 2017

Joe McPhee / Damon Smith / Alvin Fielder "Six Situations" Not Two 2017, MW9542

Joe McPhee / Damon Smith / Alvin Fielder "Six Situations" Not Two 2017, MW9542 
Saksofonista Joe McPhee, kontrabasista Damon Smith, oraz legenda jazzowej perkusji Alvin Fielder. Albo raczej trzech legendarnych muzyków. Znanych jednak i traktowanych z największą estymą tylko przez bardzo wąską grupę odbiorców. Bo nie wahają się być wierni swojej muzycznej wizji, nie rozmieniają jej na drobne i nie sprzedają jej za kasę. I czynią tak od dziesięcioleci. Ale mimo tej zbieżności postaw na tym właśnie albumie można ich usłyszeć wspólnie po raz pierwszy.

Wszystkich trzech łączy wielkie umiłowanie jazzowej tradycji. Tej w duchu późnego Coltrane'a, Ornette'a Colemana i Alberta Aylera. Ale żaden z nich nie udaje Cotrane'a i Ornette'a, Henry'ego Grimsa i Jimmiego Garrisona, czy Sunny'ego Murraya. Każdy z nich konsekwentnie od lat kształtuje swoje indywidualne brzmienie, sound, język narracji i improwizacji. I to właśnie czyni ich muzykę tak niezwykłą.

Od lat jestem fanem poczynań Joe McPhee, ale też mam wrażenie, że jego muzyka z czasem zyskuje tylko na intensywności i nasyceniu emocjami. McPhee nigdy nie był tak bezkompromisowym saksofonistą jak Peter Brotzmann czy Evan Parker. Liryka od samego początku była immanentną częścią jego twórczości i podejścia do improwizacji. I wydaje mi się, że właśnie ten balans pomiędzy awangardą a liryczną tradycją jazzu czynił ją tak niezwykłą. Oczywiście przy zachowaniu maksymalnie twórczej otwartości na nowe muzyczne kierunki i gatunki. Ale ostatnie lata to dla mnie opus magnum twórczości Joe McPhee. I świetnie to słychać na tym albumie także dzięki partnerom. Bo to oni nadają kierunek i pęd muzyce, są energetyczną podbudową poczynań tria. Gdy trzeba zwalnia bieg muzyki właśnie McPhee przydając jej melodyki, oddechu czy balladowej wprost liryczności. Ale też nie zapomina o swoim drapieżnym zadęciu i niepokornej, rozczochranej wrażliwości. Świetne sześć muzycznych spotkań na zupełnie improwizowanym gruncie!
autor: Marek Zając

Joe McPhee: tenor saxophone, voiceDamon Smith: double bass
Alvin Fielder: drums

1. The Diagonal Of Personal Excstasy 19:10
2. Blue Trees In Wind 8:41
3. Alternate Diagonals 4:47
4. Red & Green Alternatives 23:58
5. The Blood Of A Martyr 5:29
6. Greens Crossing Greens 8:48

płyta do nabycia na multikulti.com

czwartek, 2 lutego 2017

Evan Parker / Daunik Lazro / Joe McPhee "Seven Pieces. Live at Willisau 1995" Clean Feed 2016, CF397

Evan Parker / Daunik Lazro / Joe McPhee "Seven Pieces. Live at Willisau 1995" Clean Feed 2016, CF397
Tak właściwie to nagranie ma nieco archiwalny charakter. Zarejestrowane bowiem zostało dwadzieścia jeden lat temu, podczas koncertu na festiwalu organizowanym przez Niklausa i Waltera Troxlerów w szwajcarskim Willisau. Ale muzyka improwizowana tak naprawdę się niestarzeje – zwłaszcza, gdy tworzą ją instrumentaliści tej miary co Evan Parker, Joe McPhee czy Daunik Lazro. Trudno równocześnie stwierdzić, że projekt ten już jest definitywnie zamknięty. Od dawna co prawda trio to nie koncertuje, ale muzycy grywają duetowe koncerty i wydają takież albumy (Parker z McPhee - “Chicago Tenor Duets” Okka Disk 2002, “What If / They Both Could Fly” Rune Grammofon 2013; Lazro z McPhee "The Cerkno Concert" Klopotec 2016). I chyba kwestią ich zapracowania tylko i trudności zgrania terminów jest brak triowych występów.

W trio mieli z dorobku dotąd jeden tylko album - sygnowana ich nazwiskami płyta, o takim też tytule ukazała się w 1996 roku nakładem francuskiej oficyny Vand'Oeuvre. I od lat jest niedostępna. Teraz oto otrzymujemy nagranie pochodzące z tej samej trasy koncertowej co pierwszy album, starannie zremasterowane i zmiksowane przez wybitnego specjalistę od obróbki starych taśm i nagrań - Jean-Marca Foussat. Płyta przynosi muzykę abstrakcyjną i w pełni improwizowaną, mocną, pełną energii, ale też przesyconą liryzmem (cudowne „Concertino In Blue”) - chociaż akurat ten dla co mniejszych fanów improwizacji może być raczej trudnozauważalny ;). To chyba jeden z najbardziej "europejskich" albumów w dorobku Joe McPhee, który na tym nagraniu wydaje się być najbardziej wycofanym z trójki improwizatorów. Jednak wysunięci na pierwszy plan Lazro i Parker nie pozostawiają odbiorcom chwilki wytchnienia, i dają taki popis inwencji i instrumentalnej sprawności, po którym trudno podnieść się z fotela. Polecam gorąco, chociaż to raczej pozycja dla co bardziej spragnionych wrażeń fanów Evana Parkera.
autor: Marcin Jachnik

Evan Parker: tenor and soprano saxophones
Daunik Lazro: alto and baritone saxophones
Joe McPhee: alto and soprano saxophones, alto clarinet and pocket trumpet

1. Echoes Of Memory (trio #1)
2. Sweet Dreams Of Flying (duo Evan-Daunik)
3. Broadway Limited (trio #2)
4. Florid (for G.L.) Evan solo
5. Concertino In Blue (trio #3)
6. Tree Dancing (trio #4)
7. To Rush At The Wind (trio #5)

płyta do nabycia na multikulti.com

czwartek, 7 stycznia 2016

Joe McPhee / Jamie Saft / Joe Morris / Charles Downs "Ticonderoga", Clean Feed 2015, CF345

Joe McPhee / Jamie Saft / Joe Morris / Charles Downs "Ticonderoga", Clean Feed 2015, CF345
Podobno idea tego kwartetu narodziła się podczas rozmowy Jamie Safta z Joe Morrisem o ich wzajemnej fascynacji albumem Johna Coltrane'a "Live At The Village Vanguard Again", który słynny saksofonista nagrał wraz ze swoją żoną - Alice, Jimmy'm Garisonem, Rashiedem Alim, Pharoah Sandersem i Emanuelem Rahim w 1966 roku. Od razu też byli zgodni - Morris powinien tu odstawić gitarę i skupić się na kontrabasie, a Saft zapomnieć o elektronice i syntezatorach, i zasiąść za klawiaturą akustycznego fortepianu. Ta rozmowa miała ponoć miejsce dawno temu, w 1992 roku. Ale to właśnie wtedy ziarno zostało zasiane.

Joe McPhee
Nic w życiu – jak mówią – nie jest sprawą przypadku. Gdy po latach Joe Morris spotkał się kiedyś z Joe McPhee i wspomniał mu o dawnej rozmowie z Saftem, McPhee powiedział na to: "Byłem na tym koncercie! Siedziałem w pierwszym rzędzie na przeciwko Coltrane'a. Słyszałem to, ten koncert, gdy materiał został nagrany!", wtedy, w maju 1966 roku, w nowojorskim klubie Village Vanguard, Saksofonista Joe McPhee w dodatku to prawdziwa legenda amerykańskiego free jazzu i chociaż rzadko mówi się o nim, jako postcoltranowskim muzyku, to brzmienie, jak i duchowe korzenie jego muzyki, sytuują go w grupie spadkobierców twórczości słynnego muzyka.

Perkusistę Charlesa Downsa, jako ostatniego członka kwartetu wymyślili już wspólnie. Downs jest legendą sceny loftowej Nowego Jorku, perkusistą niegdyś równie znanym i cenionym jak Rashid Bakr, i chociaż w ostatnich latach porzucił nieco sceniczną i (zwłaszcza) nagraniową aktywność, pozostaje wciąż muzykiem i instrumentalistą najwyższej próby.

Jamie Saft
O tym jak cudownym magiem perkusji jest Downs przekonuje już początek płyty - gdy z pojedynczych stuków wyłania się chaos (pozorny, w pełni kontrolowany przez Downsa), a z niego - uporządkowana struktura. Całość muzyki ma zresztą taki cudowny, nieprzewidywalny charakter - coś - temat, melodia - wyłania się chaosu, przechodzi metamorfozę przeistaczając się w huragan, aż dochodzi do jakiegoś katharsis i muzyka łamie, powoli wygasa. Bardzo jak u Coltrane'a, trochę jak u Colemana, ale nie ma tu stałego podążania od jednego epicentrum do drugiego. Wszystko w tym kwartecie do siebie pasuje – McPhee, który gra tu tylko na saksofonach (tenorze i sopranie) zdaje się unosić nad ziemią, Downs i Morris znakomicie ze sobą współpracują, ale największym zaskoczeniem jest dla mnie Saft - to, co wyczynia na fortepianie nie jest podobne do gry Alice Coltrane czy choćby McCoya Tynera (z innego składu Coltrane'a), ale jest jego własne. Odmienne, a przy tym głęboko osadzone w muzyce Wielkiego Saksofonisty. Jeżeli czegoś się w tej płycie obawiałem, to właśnie postawy Safta, nie miałem pojęcia jak się odnajdzie w takiej muzyce. I z takimi partnerami. Tutaj jest on pewnym punktem kwartetu, motorem harmonii i - obok McPhee - frontmanem tego zespołu.

Muzyka zespołu w jeszcze jednym odnosi się do Coltrane'a - ma głęboki, uduchowiony charakter. Nie ma w tym jednak żadnej ostentacji ani pozy. Dla Joe McPhee choćby jest to raczej treść życia, coś, o czym od lat mówi on poprzez muzykę czy - choćby - poezję.

Joe Morris
Nie wiadomo natomiast, kto wymyślił nazwę nowego zespołu - Ticonderoga. To słowo z języka Indian Mohawk i oznacza ono "skrzyżowanie dwóch dróg wodnych" (jest to także przy okazji miejsce w stanie Nowy York). O co w tym chodzi? To dosyć łatwe do odgadnięcia, gdy już włączy się płytę - o połączenie w jedno rozmaitych nurtów free jazzu i muzyki improwizowanej lat sześćdziesiątych: Ornette'a Colemana, Aylera i właśnie, najmocniej tu akcentowanego, Coltrane'a.

Jak głosi na swojej stronie wydawca - produkt końcowy uderza niczym pięścią. Uderza, fakt. Radzę sprawdzić samemu. Bo w moim odczuciu to najważniejsza płyta mijającego roku.
autor: Wawrzyniec Mąkinia

Joe McPhee: tenor saxophone, soprano saxophone 
Jamie Saft: piano
Joe Morris: double bass
Charles Downs: drums

1. Beyond Days
2. Simplicity of Man
3. Leaves of Certain
4. A Backward King

płyta do nabycia na multikulti.com

środa, 22 lipca 2015

Joe McPhee "Variations on a Blue Line / 'Round Midnight" Corbett vs. Dempsey 2012, CVSDCD007

Joe McPhee "Variations on a Blue Line / 'Round Midnight" Corbett vs. Dempsey 2012, CVSDCD007
Album "Variations on a Blue Line/'Round Midnight" zarejestrowany w październiku 1977, podczas koncertu we francuskim Rouen. Był to koncert podwójny - obok Joe McPhee zagrali tam jeszcze w duecie Peter Brötzmann oraz Han Bennink. Nie wiem nic o tym, czy Joe McPhee znał wcześniej Brötzmanna. Nic mi nie wiadomo także, czy podczas tego koncertu zagrali coś razem, czy było to ich pierwsze spotkanie na scenie czy choćby i poza nią. Słuchając tego nagrania, nie mogę jednak oprzeć się wrażeniu, że McPhee wtedy właśnie - lub krótko wcześniej - Brötzmanna słyszał. I że jego gra zrobiła na nim wielkie wrażenie.

Joe McPhee
Lata 1976-77 były szczególnie ważne dla twórczości Joe McPhee - to wtedy zarejestrowanych zostało wiele jego solowych albumów, z których tylko bodajże "Tenor" doczekał się później kompaktowej edycji (nakładem oficyny Corbett vs. Dempsey obok opisywanego "Variations on a Blue Line/'Round Midnight" ukazał się również "Glasses", ale choćby "Graphics" czy "Rotation" wciąż czekają na wznowienie w tej formie). I na żadnej ze znanych mi płyt Joe McPhee nie pozostaje tak wyraźnie pod wpływem niemieckiego demiurga free jazzu (czyli nie gra tak mocno, brudno i zdecydowanie) jak właśnie tutaj. Nie znaczy to jednak, że gdzieś stara się Brötzmanna imitować - czy sięga po standard czy improwizuje zawsze pozostaje bytem osobnym - mocno osadzonym w tradycji amerykańskiego, czarnego free rewolucjonistą, w rytmice czasem odwołującym się do soulu.

Bardzo silnemu osadzeniu muzyki McPhee w jazzowej tradycji sprzyja tu repertuar. Pierwsze siedemnaście minut to bardzo długa improwizacja na tenorze ("Beanstalk") dedykowana Colemana Hawkinsowi. I nie ma w tej dedykacji przypadku, bo chociaż muzyka (i cała wywodząca się z niej tradycja) Hawkinsa tu właściwie nie pobrzmiewa - to jednak właśnie ten saksofonista jako pierwszy zarejestrował utwór z elementami improwizacji na saksofon solo. Drugie odwołanie do jazzowej tradycji to "'Round Midnight" Theloniousa Monka, które zamyka płytę. Tutaj McPhee gra na sopranie, a sam utwór to raczej - zgodnie z twórczą filozofią amerykańskiego saksofonisty - raczej wariacja na temat monkowskiej kompozycji. Prócz tego - zdecydowanie ostrzejsze niż na płycie "Tenor" - jest tutaj "Knox", a właściwie tytułowa "Variation on a Blue Line", bo właśnie ten temat stał się podstawą tego utworu. McPhee gra tu mocniej, porwanym, mocno przybrudzonym dźwiękiem i chyba najwyraźniej pobrzmiewa tu mocne echo "soundu" Petera Brötzmanna. Prócz tego całości dopełnia druga z sopranowych improwizacji muzyka - "Motian Studies".

Płyta ta jest niezwykłą, fascynującą podróżą. Muzyka zdaje się być jakby rozpięta - pomiędzy tradycją amerykańskiej "Great Black Music" (ale w jej mocnej , freejazzowej formule), czysto jazzową tradycją oraz tradycją europejskiej awangardy w formule, w jakiej doszła do głosu pod koniec lat sześćdziesiątych ubiegłego stulecia wraz z pojawieniem się na jazzowej scenie muzyków w typie Petera Brötzmanna - świadomych tradycji, ale dekompozycjonujących ją, używających jej w nowej, bezkompromisowej formule, często łączonej z innymi, pozajazzowymi stylistykami. McPhee nasyca jednak swoją muzykę niezwykłą, duchową głębią, potrafi jednym tonem przykuć uwagę słuchaczy i pchnąć ją, jak i emocje oraz wyobraźnie na zupełnie nieznane tory. Kolejna wspaniała, solowa płyta w dorobku Joe McPhee!
autor: Marcin Jachnik

Joe McPhee: tenor saxophone, soprano saxophone

1. Beanstalk 7:06
2. Motian Studies 7:39
3. Variations of a Blue Line 6:33
4. 'Round Midnight 5:05





płyta do nabycia na multikulti.com

czwartek, 2 lipca 2015

Joe McPhee "Sound on Sound" Corbett vs. Dempsey 2010, CVSDCD005

Joe McPhee "Sound on Sound" Corbett vs. Dempsey 2010, CVSDCD005
Podwójna, limitowana płyta ‘Sound on Sound’ jest kompilacją solowych, wcześniej niepublikowanych nagrań Joe McPhee, dokonanych w pierwszym okresie jego twórczości, w latach 1968-1973. Co ciekawe, gra on tutaj na przeróżnych instrumentach - oprócz saksofonu i trąbki są to organy, kalimba, zabawkowe pianino, flety i rozmaite perkusjonalia. Dodatkowo McPhee sięga po echoplex (analogowe urządzenie korzystające z taśmy magnetycznej umożliwiające repetycję dźwięków) oraz eksperymentując z tonem, barwą i głosem korzysta także z overdubów.

To bardzo ciekawa i fascynująca podróż do dźwiękowego świata młodego artysty (to chronologicznie najwcześniejsze opublikowane jego nagrania). Pierwsze utwory umieszczone na tej płycie pochodzą z roku 1968, kiedy to zaczynał on dopiero grę na saksofonie (wcześniej był wyłącznie trębaczem). W sensie muzycznych fascynacji był muzykiem ukształtowanym - po okresie zachłyśnięcia się muzyką Milesa Davisa i wczesnego Johna Coltrane'a, przez fascynację twórczością Erika Dolphy'ego, w końcu przyszedł czas na Alberta Aylera, późnego Johna Coltrane'a i Ornette'a Colemana. Łączył to wszystko z fascynacją nowymi zjawiskami na muzycznej scenie - rodzącym się właśnie wraz ze społecznymi przemianami wewnątrz społeczności Afroamerykanów funkiem oraz soulem.

młody Joe McPhee
Jak sam opowiada, po raz pierwszy w tymże roku (1968) pożyczył od znajomego na któreś jam session saksofon tenorowy. Po tym jamie proszono go nawet, by już więcej nie przynosił saksofonu, aby pozostał tylko przy trąbce. McPhee nie zraził się jednak i nie zaprzestał gry na tym instrumencie, z czasem sięgając jeszcze po sopran i alt. Pierwszych nagrań solo dokonał jeszcze w tym samym roku, jednak nigdy nie myślał o ich publikacji, ulegając dopiero niedawno namowom chicagowskiego artysty, animatora i wydawcy Johna Corbetta. Kompilując ten album McPhee i Corbett zdecydowali się na edycję dwupłytową, przy czym pierwszy, niesamowicie spokojny, balladowy i uduchowiony dysk ma tylko dwadzieścia pięć minut długości. Tutaj w muzyce McPhee brakuje jeszcze drapieżności (gdy gra on na saksofonie, bo nieco odmiennie ma się rzecz z "Recorder solo number one"). Jest natomiast obecna tak dla niego charakterystyczna liryka i głębia. Trudno tu nawet wyróżnić którykolwiek z czterech znajdujących się na krążku utworów, bo każdy z nich jest prawdziwą perełką.

Odmiennie ma się rzecz z dyskiem drugim, gdzie mnogość efektów i użytego instrumentarium sprawiają, że ma się wrażenie obcowania nie z innym artystą, ale czasami wręcz z innym muzycznym gatunkiem. Czasami można mówić raczej o próbach eksperymentów - tak formalnych, jak i brzmieniowych, niż o ukończonym muzycznym projekcie. Jednak mnogość zjawisk i niewielka długość eksperymentalnych form sprawiają, że całości słucha się z niezwykłą wprost uwagą. Wielka w tym zasługa Corbetta, który te krótkie formy potrafił ułożyć w spójną narracyjnie opowieść.

Kto jednak spodziewa się free-jazzowej formuły - niech ominie tę płytę łukiem. Kto chciałby spojrzeć nieco za kulisy znanej dotąd twórczości McPhee, niech sięgnie po tę płytę koniecznie. Jest ona wspaniałym dokumentem nie tylko osobistego, muzycznego rozwoju - także pokazem nagraniowych technik wykorzystywanych w małych, tanich studiach dostępnych dla nieznanych wówczas szerzej awangardowych muzyków. A i lirycznego piękna tu nie brakuje.
autor: Marcin Jachnik

Joe McPhee: tenor saxophone, toy piano, toy percussion, recorder, soprano saxophone, Space Organ, flute, feedback, kalimba, echoplex, percussion


CD 1
: Joe McPhee solo 1968/69
1. Sound on Sound 5:54
2. Tenor saxophone solo number one 4:28
3. Tenor saxophone solo number two 4:58
4. Recorder solo number one 6:25

CD 2: Joe McPhee solo 1970/73
1. Cosmic Love 5:58
2. Kalimba 0:52
3. Percussion number one 2:23
4. Soprano / Echoplex number one 2:52
5. Percussion number two 2:50
6. Soprano / Echoplex number two 1:15
7. Soprano / Echoplex number three 3:14
8. Cosmic Love number two 5:49
9. Cosmic Love organ alone 6:13
10. Space Organ one 9:16
11. Space Organ two 6:05
12. Space Organ three 6:19
13. Mic Feedback one 1:22
14. Mic Feedback two 1:22
15. Nagoya Harp (inspired/informed by Harry Partch / Lukas Foss / John Snyder) 12:54
16. Sound on Sound 6:32




płyta do nabycia na multikulti.com

czwartek, 25 czerwca 2015

Joe McPhee "Glasses" Corbett vs. Dempsey 2012, CVSDCD006

Joe McPhee "Glasses" Corbett vs. Dempsey 2012, CVSDCD006
Pisanie o koncertach solowych czy też nagraniach solowych dokonywanych przez Joe McPhee wydaje mi się szalenie trudne - bo wszystko to, co robił i robi samotnie jest po brzegi nasycone swoistą, zaczerpniętą od Coltrane'a i Colemana, głęboką i autentyczną duchowością. Trudno jest mi znaleźć słowa, które oddają moje odczucia, gdy słucham jego solowej muzyki, ale ponieważ ją szczerze uwielbiam, cóż, zatem spróbujmy.

Album "Glasses" zarejestrowany został w październiku 1977 roku w bardzo ważnym dla dokonań artysty okresie. Nagrał on wtedy w krótkim czasie cztery albumy solowe, które stanowiły przełom w postrzeganiu go tak przez krytykę, jak i publiczność zainteresowaną awangardowym jazzem po obu stronach Atlantyku. Z tych czterech albumów tylko "Tenor" został wydany ponownie na CD - teraz oto dzięki działalności prowadzonej przez Johna Corbetta możemy ponownie cieszyć się płytą "Glasses".

Tytułowy utwór rozpoczyna się od rytmu, jaki McPhee wystukuje na nie do końca pełnym kieliszku wina. Potem podejmuje go na saksofonie, generując z instrumentu same szmery, by finalnie rozwinąć w tym rytmie piękną, uduchowioną improwizację będące jednocześnie progresywną muzyką wykorzystującą rozmaite techniki gry na instrumencie (przedęcia i zgrzyty, traktowanie saksofonu, jako czysto perkusyjnego instrumentu), jak i ukazujące liryczną, zakochaną w melodyjnych frazach twarz Joe McPhee. Bowiem od samego początku udowadniał on, że pozostawanie awangardowym muzykiem nie musi oznaczać wcale rezygnacji z melodyki - tak w kompozycjach, jak i improwizacjach.

Joe McPhee, photo by Ziga Koritnik. Dzisiaj, a nie 1977 roku
Wspaniałą ilustracją takiego podejścia jest kolejny utwór na płycie - zagrana solo kompozycja Coltrane'a napisana dla pierwszej jego żony - "Naima". Rozpoczęta w balladowej konwencji, wolniej chyba niż grał to Coltrane, przechodzi w czwartej minucie metamorfozę, nabiera mocy i drapieżności, by jednak do melodii i niespiesznego charakteru powrócić. I w tym duchu, nie unikając pomyłek (nie wiem czy celowych czy przypadkowych), zwolnień rytmu i łamania tym samym ciągłości frazy, wybrzmiewa ku radości publiczności zgromadzonej na koncercie. Bowiem te dwa utworu zarejestrowane zostały podczas występu artysty na żywo.

Przynajmniej w tym względzie podobnie rzecz się ma z ostatnim na płycie utworem "New Potatoes" - także został on zarejestrowany podczas koncertu. Ale więcej go jednak odróżnia - nie został on zarejestrowany solo, a w duecie ze szwajcarskim perkusistą Reto Weberem, Joe McPhee całą pierwszą jego część gra na trąbce, a nie jak w dwóch pierwszych kompozycjach tylko i wyłącznie na saksofonie. Obecność partnera wymusza na McPhee zmianę konwencji - muzyka nie jest już swobodną podróżą, ale raczej zwarciem, wymianą ciosów pomiędzy muzykami, dokonywaną oczywiście w czysto dźwiękowy sposób. Dopiero, gdy w połowie McPhee zmienia instrument na saksofon, stopniowo zaczyna ona przybierać bardziej zwarty i spójny charakter, odchodząc od filozofii ciągłego zwarcia na rzecz wspólnotowości grania. I w tym właśnie duchu znajduje swoje spełnienie w pięknej, melodyjnej frazie sakofonu.

Nie bardzo wiem dlaczego przez tyle lat album ten był niedostępny dla słuchaczy, bowiem całość jest nadzwyczaj skupioną, w części solową, liryczną podróżą p[rzez intymny i głęboki świat dźwięków. To piękne nagrania ukazujące w artystę o w pełni wykrystalizowanej muzycznej wizji. I będące wspaniałym spotkaniem - tak z człowiekiem, jak i sztuką.
autor: Marcin Jachnik

Joe McPhee: tenor saxophone, flugelhorn, percussion
Reto Weber: percussion (only on track 3)

1. Glasses 18:30
2. Naima 8:10
3. New Potatoes 15:25



płyta do nabycia na multikulti.com

wtorek, 2 czerwca 2015

Universal Indians / Joe McPhee "Skullduggery" Clean Feed 2015, CF328

Universal Indians / Joe McPhee "Skullduggery" Clean Feed 2015, CF328
John Dikeman, Jon Rune Strom oraz Tollef Ostvang postanowili nazwać swoje trio Universal Indians od tytułu jednej z kompozycji Alberta Aylera. I słuchając ich najnowszej płyty nagranej wraz z Joe McPhee nie mogę oprzeć się wrażeniu jak trafna była to decyzja.

Sami tłumaczą, że sięgnęli po tę nazwę ze względu na jej podwójną symbolikę - chcieli pokazać w czytelny sposób korzenie swojej muzyki, swoje własne inspiracje świadome odwołania - czerpią bowiem z muzyki Johna Coltrane'a, Ornette'a Colemana, Cecila Taylora i, rzecz jasna, samego Aylera. Drugi symbol to odwołanie się w muzyce free jazzzowej, nie komponowanej, lecz w pełni improwizowanej, do pewnej rytualności, która była udziałem z jednej strony muzyków formatu Coltrane'a i Aylera, a której odnowicielami w końcu dwudziestego wieku są choćby McPhee czy Peter Brotzmann. Universal Indians to wszak uniwersalizm, ale i dzikość, pierwotność, brud i chropowatość niewygładzona cywilizacją. I tacy właśnie są w swojej muzyce Holender i dwaj Norwegowie wsparci jeszcze legendą amerykańskiej sceny.

Zaczyna się od powolnego intro, z głosami i recytacją gdzieś poprzez instrumenty. Dużo tu szmerów, brudu i nim rozlegną się pierwsze klasycznie zagrane dźwięki jesteśmy juz gdzieś w środku pradawnego rytuału. To właśnie nadaje mistyczny, podniosły, metafizyczny charakter temu przedsięwzięciu, które z braku lepszego określenia nazywamy koncertem. Teraz rolę wprowadzenia przejmują bębny, a po chwili dołącza się i kontrabas jękliwie prowadzony smyczkiem. Zaraz też Dikeman podejmuje na saksofonie frazę basu z tą samą, smyczkową jękliwością. To tylko wstęp do podniosłych fraz rodem z Aylera, pełnych pierwotnej siły, dzikości i brudu. Siły, czerpiącej energię z trzewi i duszy muzyka; mocy, angażującej cały organizm i wycieńczających muzyków niczym kiedyś Taniec Słońca zabierał siły Indianom Wielkich Równin.

Ale nie bójcie się, Joe McPhee i jego europejscy przyjaciele wcale nie chcą odtwarzać indiańskich obrzędów - raczej odwołują się do zaangażowania uczestników takich pierwotnych obrzędów. Tyle. Ich religią jest muzyka czerpiąca siły z tradycji, muzyka wolna i niezależna, której swoim graniem oddają cześć. Ale są niezwykle świadomi jej kształtu i formy i ten ich podniosły obrzęd to nie jest jazda bez trzymanki. Z niezwykłym wyczuleniem potrafią zwolnić narrację, by zrobić miejsce, ot, choćby dla znakomitej solówki basu. A że McPhee potrafi i lubi piękne, liryczne frazy i umie tworzyć melodię z kilku nut, więc i takich fragmentów na tej płycie nie brakuje. I nie potrzeba do tego nowej kompozycji by zagrać balladową interludę, chociaż i taką perełkę znaleźć tu można („Dewey´s do”).

Jako wstęp do odnowionej tradycji free jazzu polecam bardzo wszystkim miłośnikom jazzu. A i fanów Aylera pragnę zapewnić, że jego muzyka ma się świetnie i po to nagranie trzeba po prostu sięgnąć. Jak dla mnie - póki co - najważniejsza płyta tego roku.
autor: Marcin Jachnik

John Dikeman: saxophones
Jon Rune Strom: double bass
Tollef Ostvang: drums
Joe McPhee: pocket trumpet, alto saxophone

1. Yeah, and?
2. Dewey´s do (for Dewey Redman)
3. Skullduggery (with a tribute to Niklaus “Knox” Troxler)
4. Wanted




płyta do nabycia na multikulti.com

poniedziałek, 1 grudnia 2014

Ken Vandermark's Topology Nonet featuring Joe McPhee "Impressions of PO Music" Okka Disk 2013, OD12095

 Ken Vandermark's Topology Nonet featuring Joe McPhee "Impressions of PO Music" Okka Disk 2013, OD12095
Granie utworów w obecności kompozytora zawsze jest wyzwaniem dla interpretatora. Zaproszenie kompozytora do jako solisty może zakrawać na bezczelność. Tym bardziej więc ciekaw byłem nagrania projektu Ken Vandermark's Topology Nonet, jakie w ubiegłym roku ujrzało światło dzienne za przyczyną wznawiającej wydawniczą aktywność oficyny OkkaDisk.

Na płytę złożyły się kompozycje Joe McPhee powstałe w latach siedemdziesiątych ubiegłego stulecia i pierwotnie nagrywane dla szwajcarskiej oficyny HatHut Records. Większość płyt z których pochodzą to dziś już prawdziwe białe kruki, a część z nich wciąż jeszcze nie doczekała się kompaktowej edycji (i pewnie wobec zmieniającego się rynku muzycznego doczekamy ich tylko w formacie mp3 lub flac). A wielka to szkoda bo dokumentują one chyba najważniejszy okres kompozytorskiego rozwoju muzyki tego amerykańskiego trębacza i saksofonisty, który po dziś nie doczekał się należnego mu miejsca i uznania wśród krytyków po obu stronach Wielkiej Wody. Teraz jednak, za sprawą admiratora twórczości McPhee - Kena Vandermarka - możemy sięgnąć po te fantastyczne utwory w mocno uwspółcześnionych wersjach.

Ken sięga po te kompozycje jak po swoje. Czerpie i wybiera z nich co dla niego interesujące i co uważa za esencję kompozycji. Wybiera więc tematy, przeszczepia melodykę, ale składa je na nowo, buduje ich złożoność w sobie właściwy, współczesny sposób. I wcale bym nie wykluczał, że grając je na żywo postępuje z nimi tak ze swoimi kompozycjami na duże składy. Własne utwory składa z poszczególnych elementów za każdym razem w nowy sposób, ingerując przed każdym kolejnym koncertem w zamkniętą zdawałoby się formę. Więc kompozycje nie mają skończonego kształtu, na każdym koncercie zyskują ją jakby na nowo.

Tutaj granice "brył" zarysowane są wyraźnie - stąd też moje przeczucie, ale nie jest to pewność. Słychać jednak pomiędzy nimi zmiany i napięcia dlatego też wydaje mi się uzasadnione. Natomiast nie robią wrażenia eklektycznych, lecz układają się w jednorodną całość. Vandermark zresztą nie daje tu przysnąć muzykom, nie pozwala na chwilę nudy, bardzo dba o zwartość i wyrazistość formy. Także w pewien sposób ogranicza - czasem - inwencję solisty. Ale dzięki temu muzyka zyskuje tak na napięciu jak i tempie, a fragmenty tutti gdy zespół gra zupełnie free są na tej płycie raczej ewenementem.

A sama muzyka? Cóż jest piękna, drapieżna i kreatywna jednocześnie – jak sam Joe McPhee. I jeszcze liryczna, bo to bardzo ważna cecha jego charakteru. Zresztą Ken nigdy nie ukrywał, że właśnie tak patrzy na muzyków – są oni w jego odczuciu tacy jak ich twórczość. W takiej formule wielka zasługa lidera (Vandermarka), jak i poszczególnych instrumentalistów. No i myślę, że obecność Joe także zrobiła swoje. Muzyka dzięki jest chyba jeszcze bardziej skupiona i chyba wyrażą maksymalną koncentrację wykonawców podczas samego nagrania. Piękna płyta pokazująca jak ważną postacią był i jest Joe McPhee dla współczesnego awangardowego jazzu.
autor: Marek Zając


Ken Vandermark & Joe McPhee

Joe McPhee: tenor saxophone
Jason Adasiewicz: vibraphone
Josh Berman: cornet
Jeb Bishop: trombone
Tim Daisy: drums
Kent Kessler: bass
Fred Lonberg-Holm: cello, electronicsDave Rempis: saxophones
Ken Vandermark: clarinet, bass clarinet, tenor saxophone

1. Impressions of Astral Spirits/Age
2. Impressions of Future Retrospective
3. Impressions of Sweet Dragon
4. Impressions of Goodbye Tom B.
5. Impressions of Eroc Tinu
6. Impressions of Pablo/Violets For Pia
7. Impressions of Knox

płyta do kupienia na multikulti.com

środa, 13 listopada 2013

Joe McPhee "Sonic Elements - for trumpet and alto saxophone" Clean Feed 2013, CF278.

Joe McPhee "Sonic Elements - for trumpet and alto saxophone" Clean Feed 2013, CF278.
Joe McPhee to jeden z tych muzycznych gigantów, którego dorobek twórczy czeka dopiero na rzetelne opracowanie i który pewnie w oczach potomnych będzie przez lata zyskiwał na znaczeniu. Współczesnym bowiem krytykom - wydaje mi się - brak dystansu i właściwej oceny znaczenia tej postaci na jazzowej scenie. I nie mówię tu tylko o muzyce, ale o czymś większym, czego muzyka jest tylko częścią - o jego filozofii życia i tworzenia. Nie sposób bowiem w jego oddzielić muzycznego dorobku od postawy twórczej i niezwykłej wprost skromności, obecnej także w jego muzyce.

McPhee - jak chyba każda z muzycznych osobowości - najpełniej objawia się gdy gra solo, gdy kontroluje każdy dźwięk jego natężenie, siłę i barwę; gdy w pełni panuje nad muzyką. I właśnie gdy staje sam na scenie czy podłodze kościoła (bowiem i w sakralnej przestrzeni zdarza mu się występować solo) w pełni możemy spotkać go także jako człowieka. Jego solowa muzyka nie jest specjalnie skomplikowana - nie operuje on jak Braxton strukturą i formą tworząc kunsztowny gmach dźwięków, którego doskonałość i wyrafinowanie jakże trudno jest ocenić po jednokrotnym, koncertowym przesłuchaniu; nie miażdży energią jak Brotzmann, nie podporządkowuje wszystkiego biegłości instrumentalnej jak Evan Parker. Pozostaje sobą. Jego muzyka bardzo często jest melodyjna i prosta, ale także jakby złamana - bardzo dużo tu nieczystych, jakby - to celowe - pełna nietrafionych dźwięków. Nie brudna jak muzyka Brotzmanna, ale jakby przybrudzona, spatynowana przez czas.

Nie inaczej jest na ostatniej koncertowej płycie Joe McPhee, zarejestrowanej w Lubljanie, w czerwcu 2012 roku. Tutaj również obcujemy z muzyką liryczną, o dosyć czytelnej, momentami nawet łatwej do zanucenia melodyce, ale jest ona połamana oraz nieczysto zagrana. McPhee to muzyk niezwykle świadomy takich zabiegów, potrafiący przy tym grać pełnym czystym dźwiękiem. Ale właśnie w tym tkwi to niezwykłe piękno jego muzyki, w jej ludzkim wymiarze, a odwołaniu się do tego jacy jesteśmy, a nie jacy chcielibyśmy być. McPhee jak nikt inny potrafi choćby i jazzowe standardy nasycić duchowością, przenieś je w jakiś zupełnie inny, głębszy wymiar. I świetnie to słychać właśnie w tym nagraniu.

Całość podzielona jest dwie części, dedykowane dwóm muzycznym osobowością które dokonania wywarły olbrzymi wpływ na muzykę amerykańskiego jazzmana. Są to Don Cherry ( i jemu dedykowane są dwie pierwsze improwizacje, zagrane na kieszonkowej trąbce "Wind" oraz "Water") i Ornette Coleman ("Earth-Fire" oraz "Old Eyes" na altowym saksofonie). To spotkanie z dojrzałą muzyką i dojrzałym, doświadczonym muzykiem, który nigdy nie szukał taniego poklasku i który nade wszystko ceni sobie osobistą i artystyczną wolność. I ją przedkłada nad wykwintność muzycznych salonów.
autor: Stefan Czyżniewski 

Joe McPhee: pocket trumpet, alto saxophone

Episode one (for Don Cherry)
1. Wind
2. Water

Episode two (for Ornette Coleaman)
3. Earth
4. Old Eyes


płyta do kupienia na multikulti.com

piątek, 6 kwietnia 2012

Joe McPhee / Ingebrigt Håker Flaten "Brooklyn DNA", Clean Feed 2012, CF244.


Joe McPhee / Ingebrigt Håker Flaten "Brooklyn DNA", Clean Feed 2012, CF244.
Najnowsza produkcja duetu Joe McPhee - Ingebrigt Håker Flaten to "płyta z tezą" - chociaż może nie jest to bardzo precyzyjne sformułowanie. Raczej należałoby powiedzieć "płyta na temat". A jest nim muzyka związana z Brooklynem, dzielnicą Nowego Yorku (tam powstała albo o tym miejscu opowiadająca); jak i ze społecznością mieszkających tam muzyków. Ale też z konkretnym czasem tego miejsca, z jego latami świetności. Dla Joe McPhee były to lata czterdzieste, pięćdziesiąte i sześćdziesiąte ubiegłego wieku, gdy właśnie tam powstawała historia jazzu.

Cześć utworów wzięła swoje tytuły od miejsc - najczęściej są to kluby gdzieś po Brooklynie rozsiane i dziś już nieistniejące (Putnam Central - gdzie grali Charlie Parker i Dizzy Gillespie, Blue Coronet - jeden z najdłużej działających klubów, grywał tam m.in. Miles Davis; 214 Martense - miejsca gdzie długi czas grywał Dewey Redman, CBJC - Central Brooklyn Jazz Consortium), "Crossing the Bridge" przywołuje Most Brooklyński, ale jest również odwołaniem do słynnej kompozycji Sonny'ego Rollinsa, no i wreszcie wieńczący płytę utwór "Here and Now" o którym sam McPhee napisał, iż jest próbą odpowiedzi na pytanie Dona Cherry'ego zawarte tytule jego słynnej płyty "Where Is Brooklyn?" z 1966 roku.

Jakie jest muzyczne DNA wg Joe McPhee i Håker Flatena? Liryczne i pełne pogodnej zadumy z jednej strony, ale także drapieżne, rozedrgane i twórcze z drugiej. Brzmienie saksofonu amerykańskiego muzyka i jego jest rozpoznawalne od pierwszej chwili. McPhee - dziś już ponad siedemdziesięcioletniego - od lat imponuje jako człowiek i artysta, ale niekoniecznie jako wirtuoz instrumentu. Potrafi właściwie zagrać wszystko, a jakby celowo podkreślał własne ograniczenia. Czasem grając na trąbce z całego arsenału dźwięków eksponuje tylko i wyłącznie szmery. W Nickelsdorfie rozpoczynając solowy koncert odłożył na bok saksofon i trąbkę, a zagrał na wuwuzeli, której możliwości są właściwie żadne. Jego saksofonowe szybkie frazy, grane jakby tylko na częściowym zadęciu czy też nie wybrzmiałe w pełni, jakby zbyt szybko przerwane dźwięki są bardzo charakterystyczne i niemożna z niczym ich pomylić. Ale jest w tym celowa metoda twórcza, akcentująca indywidualny język i przedkładająca własny styl nad wirtuozerską doskonałość. Taki McPhee jest i tutaj, od takiego brzmienia niesposób się oderwać i niesposób o nim zapomnieć. Bo Joe - tak jak podczas przywoływanego koncertu w małym kościele w austriackim miasteczku - zdaje się nasycać muzykę swoim duchem i żarem; wydobywa z instrumentu znacznie więcej niż tylko dźwięki. Jest w tym prawda płynąca z doświadczenia życia, a nie tylko intelektualna spekulacja.

Ingebrigt gra tutaj niemal wyłącznie palcami, a najważniejszy jest dla niego śpiewny swing. Jego instrument o głębokim brzmieniu płynie leciutko nawet gdy McPhee zostawia na boku swój liryzm i gra bardziej drapieżnym dźwiękiem. Ale że nie ma tych partii bardzo wiele na tej płycie, ich wspólne granie pozostaje w harmonii, a nie jest rozmową i nie opiera się na kontraście. Kontrabas jest dopełnieniem tej muzyki, chociaż w moim odczuciu jest to raczej płyta solowa Joe McPhee, nagrana tylko z jego akompaniamentem. Nie ma w tym winy Ingebrigta - to saksofonista i trębacz w jednej osobie jest tu narratorem i przewodnikiem, opowiada historię o której Håker Flaten - chociażby z racji wieku - nie ma bladego pojęcia. Myślę, że on sam świetnie zdawał sobie z tego sprawę - nie od dziś grywa on z tym legendarnym muzykiem (to już ponad dziesięć lat od kiedy wraz z Matsem Gustafssonem i Paalem Nilssem-Love'm zaprosili go na drugi album The Thing). Nie deprecjonuję przez to jego umiejętności i znaczenia, stwierdzam jedynie fakt. Także przez taką formułę płyta ta zyskuje w moich oczach.

A moje zdanie o niej, jakie jest? Cóż, zachwycony jestem tym nagraniem, uważam, że jest nadzwyczajne. Dawno nie słyszałem tak pięknego albumu, pogodnego i nostalgicznego jednocześnie. Akcentującego w muzyce brzmieniowe braki i przez to doskonalszego w formie, bo mówiącego o żywych ludziach. Podkreślającego niedoskonałości i przez to prawdziwszego, głębszego i mocniej do mnie przemawiającego.
autor: Wawrzyniec Mąkinia



Joe McPhee: pocket trumpet, soprano saxophone, alto saxophone
Ingebrigt Håker Flaten: double bass


1. Crossing the Bridge
2. Spirit Cry
3. Putnam Central
4. Blue Coronet
5. 214 Martense
6. CBJC
7. Enoragt Maeckt Haght
8. Here And Now


Joe McPhee / Ingebrigt Håker Flaten, The Stone, NYC, July 2011


płyta do kupienia na multikutli.com

sobota, 17 grudnia 2011

Joe McPhee / Jeb Bishop / Ingebrigt Haker Flaten / Michael Zerang "Ibsen's Ghosts", NotTwo 2011


Joe McPhee / Jeb Bishop / Ingebrigt Haker Flaten / Michael Zerang "Ibsen's Ghosts", NotTwo 2011, MW8762.


Kwartet złożony ze znakomitych instrumentalistów i wybitnych muzycznych osobowości: Jole McPhee, Jeb Bishop, Ingebrigt Haker Flaten oraz Michael Zerang. Grywali w rozmaitych konfiguracjach (wszyscy prócz Haker Flatena grają od samego początku w Peter Brotzmann Chicago Tentet), ale i tak zwornikiem tego składu, najbardziej cenioną muzyczną osobowością jest saksofonista i trębacz Joe McPhee. Wszyscy obecni tu muzycy nagrywali z nim duetowe płyty i grywali takież koncerty. I taki też jest charakter tego nagrania - on jest tutaj niekwestionowanym liderem, mimo, iż obcujemy ze zwartą formułą kwartetowej improwizacji. Takie płyty mają sens i są niezwykłe, gdy muzyka zawarta na płycie nie jest tylko sumą indywidualnych umiejętności członków zespołu, ale gdy w wyniku spotkania powstaje jakaś wartość dodana. Tak jest w tym wypadku - muzycy operując w zaskakujących czasami konfiguracjach (trio bez basu lub perkusji, duet bas-puzon), inspirują się nawzajem wyczarowują zaskakujące harmonie w toku długich, przeplatających się nawzajem, solowych partii. Świetna płyta!
autor: Marcin Jachnik



Joe McPhee: tenor saxophone
Jeb Bishop: trombone
Ingebrigt Haker Flaten: bass
Michael Zerang: drums



1. Improvisation # 1
2. Improvisation # 2
3. Improvisation # 3
4. Improvisation # 4
5. Improvisation # 5


płyta do kupienia na multikutli.com