piątek, 12 czerwca 2015

Lage Lund / Ben Street / Bill Stewart "Idlewild" Criss Cross Jazz 2015, CCJ1376

Lage Lund / Ben Street / Bill Stewart "Idlewild" Criss Cross Jazz 2015, CCJ1376

Wraz z dwoma innymi muzykami nagrywającymi dla holenderskiej oficyny Criss Cross - Mikiem Moreno oraz Adamem Rogersem - jest Lage Lund uznawany za jednego z najlepszych jazzowych gitarzystów współcześnie. Oczywiście tych, dla których post-bop jest orientacyjnym punktem na mapie jazzowej tradycji. Jego poprzednie zdawały się potwierdzać tę opinie, ale nie sprawiły jednak że jest on postrzegany jako wszechstronny muzyk o ukształtowanej muzycznej wizji, posługujący się własnym muzycznym językiem.

Lage Lund Trio
Teraz jednak, za sprawą swojej najnowszej płyty - nagranej w trio wraz z basistą Benem Streetem i perkusistą Billem Stewartem ma szansę je zmienić. Co nowego przynosi jego najnowsza produkcja? Repertuar wybrany został podobnie jak na poprzednie albumy - oprócz kilku - dodajmy znakomitych - kompozycji lidera znajdują się tu jazzowe standardy i kilka znakomitych kompozycji muzyków wciąż jeszcze aktywnych na jazzowej scenie (Bobby Hutcherson), albo też zmarłych całkiem niedawno (Kenny Kirkland). Co ważne jednak - wszystkie one układają się w spójną, zwartą i nieprzegadaną całość. Nie znaczy to jednak, że muzycy nie mają przestrzeni by po prostu sobie pograć. I tu dochodzimy do sedna zmiany w muzyce Lunda - wcześniejsze albumy nagrywany były w kwartecie z fortepianem, a całość najczęściej oparta była na dialogu dwóch instrumentów harmonicznych. Teraz, gdy tego nie ma, możemy w końcu zobaczyć kunszt i maestrię Lunda w pełnym świetle. I sprawdza się to znakomicie, niczym Jim Hall w najlepszych latach grania. Znakomity album, po który trzeba sięgnąć koniecznie!
autor: Józef Paprocki

Lage Lund: guitar
Ben Street: bass
Bill Stewart: drums

1. Rumspringa (L. Lund) 7.28
2. Intro To Rain (L. Lund) 1.48
3. Come Rain Or Come Shine (H. Arlen) 7.17
4. So In Love (C. Porter) 6.50
5. Isn’t This My Sound Around Me? (B. Hutcherson) 5.48
6. Mirrors (J. Chambers) 5.18
7. Just One Of Those Things (C. Porter) 5.27
8. Intro To Chance (L. Lund) 1.36
9 Chance (K Kirkland) 5.36
10. Good Morning Heartache (Higginbottam-Drake-Fischer) 3.45
11. Straight Street(J. Coltrane) 4.05
12. Idlewild (L. Lund) 8.03



płyta do nabycia na multikulti.com

czwartek, 11 czerwca 2015

Deux Maisons [Luís Vicente / Marco Franco / Théo Ceccaldi / Valentin Ceccaldi] "For Sale" Clean Feed 2015, CF320

Deux Maisons [Luís Vicente / Marco Franco / Théo Ceccaldi / Valentin Ceccaldi] "For Sale" Clean Feed 2015, CF320
Scena muzyki improwizowanej jest bardzo żywa we współczesnej Europie. Jednym z jej centrów jest Francja - aczkolwiek w Polsce wciąż jeszcze tamtejsza scena jest bardzo, bardzo słabo znana. Deux Masisons nie jest jednak projektem czysto francuskim - dwóch tamtejszym muzyków, braci - Théo i Valentin Ceccaldi - wsparło bowiem dwóch Portugalczyków - trębacz Luís Vicente oraz perkusista Marco Franco. Stąd też pochodzi sama nazwa projektu - od dwóch odmiennych ojczyzn, ale i nieco innej muzycznej praktyki w obu tych krajach.

Obaj Francuzi grają na instrumentach smyczkowych - Théo na skrzypcach oraz altówce, Valentin - na wiolonczeli. Obaj także wyszli spod skrzydeł Joelle Léandre, pod której kierunkiem studiowali teorię i praktykę improwizacji, i - jak zapewniają - ona "pokazała im improwizację, jako fascynujący i niezwykły muzyczny proces". W tym nagraniu zresztą wyraźnie słychać to, że wywodzą się z "jej szkoły" - traktują każde dźwiękowe zdarzenie, jako integralną część procesu improwizacji, stąd tez mnóstwo w tym nagraniu porwanych i z pozoru poza muzycznych dźwięków. Sami jednak nie zapominają również, iż wyrastają z bogatej tradycji wykorzystania w jazzie instrumentów smyczkowych - Stéphane Grapelli, Jean-Luc Ponty i Dominique Pifarely, Vincent Courtois, Pascal Contet czy Mederic Collignon - to właśnie ich spadkobiercami są bracia Ceccaldi. Spojrzenie na ich muzykę z tej perspektywy unaocznia, jak bardzo zmieniła się teoria i praktyka muzyczna w jazzie i improwizacji w ciągu ostatnich trzydziestu lat. Pełne goryczy i smutku brzmienie cechuje natomiast grę portugalskiego trębacza Luís Vicente. Jednak w połączeniu z nadzwyczaj czujnym i kreatywnym muzykiem, jakim jest perkusista Marco Franco daje to nadzwyczaj ciekawy i zaskakujący wynik.

Sama muzyka nie ma jednak charakteru "podwójnego duetu", kwartet nie rozpada się na dwa, odmienne pod względem brzmieniowym i rywalizujące ze sobą duety. Nic z tych rzeczy. Efektem starań całej czwórki jest nadzwyczaj gęsta i pełna napięcia muzyka, w dużej części zbudowana z sonorystycznych brzmień i rozmaitych sposób penetracji dźwiękowej przestrzeni. Wszystko to sprawia, że "For Sale" zadziwiająco bliska jest współczesnej komponowanej muzyce kameralnej. I jak tu nie wierzyć, że efektem finalnym improwizacji jest kompozycja, chociaż nigdy niezapisana na papierze? Bardzo ciekawe nagranie!
autor: Józef Paprocki

Luís Vicente: trumpet
Théo Ceccaldi: violin, viola
Valentin Ceccaldi: cello
Marco Franco: drums

1. Two Balconies
2. No Dogs
3. Two Living Rooms
4. No Bedroom
5. Three Clean Bathrooms
6. Two Kitchens



płyta do nabycia na multikulti.com

wtorek, 9 czerwca 2015

Gard Nilssen's Acoustic Unity [André Roligheten / Petter Eldh / Gard Nilssen] "Firehouse: Clean Feed 2015, CF329

Gard Nilssen's Acoustic Unity [André Roligheten / Petter Eldh / Gard Nilssen] "Firehouse: Clean Feed 2015, CF329
Gdy szukacie najbardziej znanych i cenionych w Norwegii perkusistów muzyki improwizowanej to gwarantuję wam, że obok Paala Nilssen-Love'a znajdziecie na tej liście także Garda Nilssena. I to znajdziecie wysoko, bo ten młody muzyk jest niezwykle rozchwytywanym sidemanem. Obok projektów które współtworzy (Bushman’s Revenge, Puma, sPacemoNkey czy Astro Sonic) jest i cała masa grup, w których występuje jako sideman (Team Hegdal, Cortex, Lord Kelvin, Zanussi 5, ale też i prowadzony przez Macieja Obarę Obara International). Czasami gra w stricte jazzowych, maistreamowych składach, czasami w tych odwołujących jest do tradycji free czy współczesnej awangardy; czasami też bada pogranicza jazzu, rocka i muzyki elektronicznej.

Jednak bodaj po raz pierwszy prezentuje on własny, autorski projekt, zarejestrowany przez trio sygnowane jego nazwiskiem. Album "Firehouse" nie prezentuje jednak całego spektrum jego zainteresowań, ale jest bardzo stylistycznie jednorodnym projektem. Trio sięga tu bowiem po własne kompozycje, które stają się podstawą improwizacji odwołującej się w znacznej mierze do free jazzowej tradycji. Tak naprawdę powinno się o zebranej tu muzyce pisać, jako o współczesnym mainstreamie, a nie muzyce awangardowej, bo nie wybiega ona poza to, co na swoich płytach pięćdziesiąt lat nagrywał choćby Ornette Coleman. Problem w tym, że tradycja free i cały bagaż awangardy lat sześćdziesiątych tak naprawdę nigdy nie stała się częścią jazzu. Więc tak też dziś pisze się o tej muzyce.

Gard Nilssen
Nilssen zaprosił do swojego tria muzyków tego samego pokolenia i poruszających się w podobnych stylistykach. André Roligheten, saksofonista, ma za sobą współpracę z Axelem Dörnerem, Johnem Edwardsem i Paalem Nilssen-Lovem, ale także uczestniczy w projektach typowo jazzowych, jak choćby Trondheim Jazz Orchestra. Podobnie jak Nilssen zdarza mu się współpracować także z rockowymi zespołami - dał się poznać, jako jeden z instrumentalistów kolektywu Motorpsycho. Mocno osadzano w jazzowej tradycji jest również pochodzący z Berlina niemiecki basista Petter Eldh, którego zainteresowania oscylują gdzieś pomiędzy amerykańskim rapem, jazzową tradycją spod znaku Charlie Parkera i awangardowymi dokonaniami Petera Brotzmanna - ma za sobą współpracę tak z gwiazdami muzyki popularnej jak i Django Batesem czy bardziej awangardowymi Christianem Lillingerem, Peterem Evansem czy Tobiasem Deliusem.

Muzyka Garda Nilssen, André Rolighetena i Petera Eldha nie jest bardzo formalnie pokomplikowana. Wielkim za to jej atutem jest znakomite zgranie zespołu, naturalna, niewymuszona muzykalność każdego z muzyków, jak i lekkość, z jaką potrafią improwizować. Wszystko to sprawie, że zarówno w mocniejszych, motorycznych, opartych na wyraźnym groovie, jak i niemal balladowych i lirycznych kompozycjach wypadają nie tylko przekonywująco, ale wręcz znakomicie. Wspomniana lekkość grania i płynąca z tego radość udziela się każdemu słuchaczowi płyty, stąd też to album, po który chce się sięgać wciąż i wciąż. Świetny debiut tria, o którym - śmiem napisać - jeszcze nie raz usłyszymy.
autor: Józef Paprocki

André Roligheten: saxophones
Petter Eldh: double bass
Gard Nilssen: drums

1. When pigs fly (Roligheten)
2. Roundtrip (Nilssen)
3. Adam´s Ale (Roligheten)
4. Salad days (Roligheten)
5. Mojo (Nilssen)
6. The Resistance (Eldh)
7. Turtlehead (Roligheten)
8. Life, somewhere before the exit signs (Nilssen, Roligheten, Eldh)

płyta do nabycia na multikulti.com

poniedziałek, 8 czerwca 2015

Marc Bernstein’s Out Of The Blue feat. Marc Ducret "Out of the Blue", Multikulti Project 2015, MPI032

Marc Bernstein’s Out Of The Blue feat. Marc Ducret "Out of the Blue", Multikulti Project 2015, MPI032
Marc Bernstein, amerykański saksofonista i klarnecista, kompozytor i improwizator chyba bardziej znany i ceniony jest w Europie niż w rodzinnym kraju. I nie bez powodu - od lat bowiem mieszka i tworzy w Dani (dokąd zresztą podążył za głosem serca). A że w dodatku jest aktywny głównie na scenach skandynawskich koncertując i nagrywając przeważnie z europejskimi muzykami - nic więc dziwnego, że w Stanach nie tak o nim pamięta. Za to w Skandynawii jest niezwykle ceniony, a w Danii cieszy się - zresztą nie bez powodu - wielkim szacunkiem.

Marc Ducret / Marc Bernstein
Ten pięćdziesięciopięcioletni dziś muzyk pod własnym nazwiskiem wydał do tej pory bodaj dziesięć płyt. Teraz mamy okazję cieszyć się jego pierwszym albumem wydanym w Polsce - za sprawą oficyny Multikulti Project. I radość ta nie wynika tylko z tego, że to właśnie w polskim labelu ukazał się ten album; nie - chodzi przede wszystkim o to, co na tej płycie się znajduje. A ja osobiście - nie mogłem się od tego albumu oderwać.

Bernstein zaprosił do nagrania tego materiału nie byle kogo. Na gitarze gra tu Marc Ducret, francuski gitarzysta - kompletny samouk! - którego brzmienia i techniki nie da się przez to z niczym porównywać. Dał się on poznać szerokiej publiczność, jako długoletni partner muzycznych poszukiwań Tima Berne'a w jego najbardziej chyba niezwykłych projektach - Caos Totale, Bloodcount i Big Satan, gdzie bardzo często jego instrument i gra determinowały brzmienie całego kolektywu. Dla Berne'a był przez lata mniej więcej tym, kim Marc Ribot stał się dla innego nowojorczyka - Johna Zorna. Autorskich projektów wydał zresztą nie mało - od wydawanych dla Screwgun, Winter & Winter oraz Aylera solowych projektów, przez duety, tria, kwartet, na własnym Tentecie kończąc. I chociaż od lat jego nazwisko kojarzone jest silniej z awangardową sceną, sam nigdy nie porzucił grania mieszczącego się w jazzowym mainstreamie. Ale zawsze odciska na granym materiale własne - autorskie i unikatowe - brzmienie.

Marc Ducret
Wszystkie kompozycje Marca Bernsteina mieszczą się w dosyć szeroko pojętym jazzowym mainstreamie, o mroczno-balladowym, płynącym zabarwieniu. I wydaje mi się, że sam autor nie ma ambicji grania jakiejś wielce awangardowej muzyki. Potrafi on jednak wykorzystać właściwie talent i wizjonerskie spojrzenie Ducreta i właściwie wykorzystać je, wpasować jego indywidualność, w autorską muzyczną wizję. To, co się tyczy Marca Ducret, w równym stopniu dotyczy także basisty Nilsa Davidsena. Ten bardzo rozchwytywany duński sideman korzysta tu (obok akustycznego basu) z instrumentu elektrycznego, stworzonego przez jednego wizjonerskich lutników i konstruktorów basowych gitar - Adolpha Rickenbachera. I brzmi on zaiste unikatowo. Świetnie słychać to choćby w króciutkiej kompozycji "Our Strokes" gdzie wysuniętemu na pierwszy plan Bernsteinowi na zmianę podgrywają podkład Ducret i Davidsen. Takie też - cudownie mroczne - jest intro w "Kibrick" gdzie cichym trąceniom strun Ducret'a towarzyszy równie cicho funkujący bas Davidsena. A wszystko to gdzieś w tle niemal mistycznie brzmiącego tu basowego klarnetu Bernsteina. Mistycznie - bowiem amerykański muzyk zdaje się odwoływać czasami do muzyki żydowskiej, ale zawsze czyni to nie wprost, delikatnie, na marginesie; nigdy, ani przez chwilę nie determinuje ona poczynań tak jego, jak i jego partnerów. Ale jest obecna w namacalny, wyczuwalny sposób. "Kibrick" w dalszej części jest popisem Ducreta, który w końcu odrzuca kompozycyjny gorset i ma nieco dłuższe, warczące solo do zagrania, które samo w sobie okazuje się być prawdziwą perełką.

Sam Bernstein, jako instrumentalista wypada ciekawie, niezwykle i głęboko - gdy gra na basowym klarnecie, nieco bezbarwnie na alcie, ale akurat w tym przypadku ("Down On The Carrefour"), gdy gra razem z Ducretem w najwyższej formie, trzeba go rozgrzeszyć. Bardzo natomiast podoba mi się jego brzmienie, gdy sięga po baryton. I większej jego obecności na tym instrumencie nieco mi tutaj zabrakło.

Najbardziej sztampowo wypada Peter Bruun. I to wcale nie dlatego, że jest słabym perkusistą czy też brak mu indywidualnej inwencji - po prostu nieco brakuje tu dla niego przestrzeni. Nie jest to jednak wadą tej płyty, bo dzięki takiemu a nie innemu balansowi pomiędzy poszczególnymi instrumentalistami brzmi ona tak niezwykle. Bo efekt - płyta - jest naprawdę znakomita. Z jednej strony osadzona w jazzowej tradycji, z drugiej, głównie dzięki grze Ducreta i Davidsena - otwarta na awangardę. Zwarta i spójna, nie przegadana. A gdy kończy się - trzeba koniecznie włączyć ją raz jeszcze by w pełni nacieszyć się muzyką.
autor: Marcin Jachnik

Marc Bernstein: bass clarinet, saxophones
Marc Ducret: guitar
Peter Bruun: drums
Nils Davidsen: acoustic bass, Rickenbacher bass

1. Down To The Carrefour
2. Good People
3. Kibrick
4. Mlezker
5. News From The Front
6. Our Reprise
7. Our Strokes
8. Out Of The Blue




płyta do nabycia na multikulti.com

niedziela, 7 czerwca 2015

Thomas Clausen / Tomas Franck / Jesper Lundgaard / Billy Hart "Blue Rain" Stunt Records 2015, STUCD15012
Thomas Clausen, Tomas Franck, Jesper Lundgaard czy Billy Hart to dzisiaj jazzowe gwiazdy - niezależnie od tego, w jakim stopniu rozpoznawani są przez jazzfanów w naszym kraju. Ich album powstał, jako efekt nie tylko długiej trasy koncertowej, którą muzycy odbyli w 2014 oraz dwudniowej studyjnej sesji. I znakomicie słychać to na tym albumie. 

Po pierwsze jest tu wielka energia. Całość materiału została zarejestrowana w studio, ale muzycy jakby skupili w sobie energię koncertowej trasy - i raczej całej trasy niż pojedynczego koncertu. Świetne kompozycje Clausena (i jeden standard - "Prelude to A Kiss" Ellingtona), chociaż nie wykraczają poza ramy jazzowego mainstreamu, brzmią jakby powstały w latach sześćdziesiątych ubiegłego wieku. To przepracowanie, ogranie materiału słychać też w porozumieniu wewnątrz kwartetu. Poszczególne wejście i unisona zespół gra niczym jeden organizm, tak, że wymarzyć lepiej sobie naprawdę nie można. No i do tego inwencja, wyczucie formy, kreatywność i opanowanie emocji, ale i instrumentarium. Z każdego dźwięku wyziera tu rutyna, tysiące godzin przegranych w klubach, i setki wciąż na nowo, z coraz to nowymi partnerami ogrywanych standardów. Tak jakby jazz był ich życiem a nie fascynacją czy tylko pracą... Wszystko to przywodzi na mi płyty Komedy z najlepszego okresu, gdy grywał - nome omen - właśnie ze skandynawskimi muzykami.

Niezwykłe jest także zakończenie albumu - kompozycja "Spring Is A Promise of Fall" to kompozycja Cecilii Heick, duńskiej wokalistki, która dołączyła w tym utworze do muzyków w studiu. Łamie to nieco konwencję płyty i wprowadza nieco melancholii do energetycznej muzyki kwartetu i jest cudownie lirycznym domknięciem znakomitego albumu. Polecam, bo to najlepszy album tzw. "środka jazzu”, jakim miałem okazję się cieszyć od długiego, długiego czasu!
autor: Marcin Zając

Thomas Clausen: piano
Tomas Franck: tenor saxophone
Jesper Lundgaard: bass
Billy Hart: drums
Cecilia Heick: vocal (only on track 7)

1. Leaves
2. Blue Rain
3. Punk Monk
4. Prelude To A Kiss
5. Prism
6. Things You Are
7. Spring Is A Promise Of Fall



płyta do nabycia na multikulti.com

sobota, 6 czerwca 2015

Kris Davis Infrasound [Ben Goldberg / Oscar Noriega / Joachim Badenhorst / Andrew Bishop / Nate Radley / Gary Versace / Jim Black / Kris Davis] "Save Your Breath", Clean Feed 2015, CF322

Kris Davis Infrasound [Ben Goldberg / Oscar Noriega / Joachim Badenhorst / Andrew Bishop / Nate Radley / Gary Versace / Jim Black / Kris Davis] "Save Your Breath", Clean Feed 2015, CF322
Kanadyjska Kris Davis zaczyna robić furorę w świecie kreatywnego jazzu. I to nie tylko jako pianistka, ale i kompozytorka. Znakomicie przyjęto jej ubiegłoroczne nagrania w trio z Johnem Hebertem i Tomem Raineyem a teraz oto dostajemy do rąk jej najnowszy album, zrealizowany w dużym, oktetowym składzie "Save Your Breath".

Kris Davis
Niezwykły i znakomity to skład - aż czterech wybitnych klarnecistów: Ben Goldberg, Oscar Noriega, Joachim Badenhorst oraz Andrew Bishop, znajduje tu uzupełnienie w postaci gitary (Nate Radley), organów (Gary Versace), bębnów (Jim Black) oraz fortepianu (sama Kris Davis). Funkcje poszczególnych instrumentów - może poza perkusją, jednak konsekwentnie obsadzaną w roli rytmicznej - są niesłychanie płynne. Czasami gęsto robi się od klarnetowej faktury brzmieniowej, czasami któryś z dęciaków dubluje z gitarą linię melodyczną. Ale podobnie mogą czynić organy, gdy klarneciści grają właściwa harmonię. Dosyć oszczędna jest funkcja fortepianu, najczęściej jest przeciwstawiony instrumentom dętych, kontrapunktuje je lub też im akompaniuje. Czasami jak w „Union Forever” zestawiony jest z gitarą, ale zdarzają się też połączenia z organami.

Muzyka ma niesłychanie skomplikowaną strukturę - przejścia i podziały poszczególnych kompozycji są bardzo różnorodne, a poszczególne ich części zdecydowanie różnią się od siebie. Niektóre czerpią inspirację z muzyki popularnej, inne z elektroniki. Czasami się mocniej odwołuje się do jazzowej tradycji, czasami jej muzyka ucieka gdzieś w trzecionurtowe zawiłości. Ale całe nagranie zbudowane na nastrojach i emocjach, a nie na indywidualnej instrumentalnej wirtuozerii. Indywidualne partie podporządkowane są brzmieniu zespołu, a to ostatnie ma odwoływać się do emocji.

Octet, jako zespół spełnia się w tym zadaniu znakomicie. I tak tez brzmi. Jest to na pewno zasługa liderki i kompozytorki ale także perkusisty Jima Blacka. To, że konsekwentnie pełni on funkcje rytmiczne nie jest dziełem przypadku. Bo strukturę trzeba na czymś oprzeć - jeżeli nie ma ścisłego podziału na harmonie i solistów, jeżeli wszystko wzajemnie się przeplata, to muzyka zaczyna się rozpadać. To właśnie dzięki grze perkusisty ma ona tak zwarty, czytelny i klarowny charakter. Nie znaczy to jednak, że nie ma on partii solowych - zdarza się, że jest wysunięty na plan pierwszy i może dać popis ukazując pełnię swoich umiejętności.

"Save Yopur Breath" to cudowna, różnorodna płyta, której kolejne przesłuchania są fascynującą przygodą. A gdy poczyta się trochę uwag Kris Davis o jej muzyce i tym nagraniu - przygoda przestaje być tylko emocjonalną, ale nabiera także intelektualnego charakteru. Ile można odkryć w tej muzyce... Polecam bardzo!
autor: Józef Paprocki

Ben Goldberg: bass clarinet, contra alto clarinet, clarinet
Oscar Noriega: bass clarinet, clarinet
Joachim Badenhorst: bass clarinet, clarinet
Andrew Bishop: contrabass clarinet, clarinet
Nate Radley: guitar
Gary Versace: organ
Jim Black: drums
Kris Davis: piano

1. Union Forever 9:27
2. Jumping Over Your Shadow 10:37
3. Always Leave Them (Wanting More) 10:01
4. Whirly Swirly 11:53
5. The Ghost Of Your Previous Fuckup 9:41
6. Save Your Breath 14:50



płyta do nabycia na multikulti.com

czwartek, 4 czerwca 2015

Thurston Moore / Gabriel Ferrandini / Pedro Sousa "Live at ZDB", Shhpuma Records 2015, SHH010LP

Thurston Moore / Gabriel Ferrandini / Pedro Sousa "Live at ZDB", Shhpuma Records 2015, SHH010LP

Thurston Moore
Fascynującą rzeczą jest słuchać jak krzyżują się free rock i free jazz. Obie te tradycje wywodzą się z bluesa, nic więc dziwnego, że muzycy w tych estetykach się poruszający potrafią je kreatywnie przetwarzać i twórczo "się spotykać". Dwóch młodych muzyków z Portugalii - saksofonista Pedro Sousa oraz perkusista Gabriel Ferrandini zaprosiło do wspólnego grania prawdziwą ikonę rocka i jednego z pionierów wolności w tej muzyce, gitarzystę Thurstona Moore'a, założyciela słynnego zespołu Sonic Youth.

Pedro Sousa
Ten materiał zarejestrowano na żywo w Lizbonie i ma on w sobie to wszystko co decyduje o niezwykłości koncertów - ogień grania przed żywą publicznością i dynamizm pierwszego spotkania. Jak wieść niesie, tuż przed występem, Thurston, Pedro i Gabriel postanowili zagrać miękko i spokojnie, koncentrując się na szczegółach. Cóż, zaczynają właśnie tak, rzeczywiście, ale pokusa była silniejsza niż oni sami: muzyka szybko staje się drapieżna, faktury gęste, ciężkie i mocne. Sousa gra kilka naprawdę dziwnych brudnych fraz których niepowstydziłby się sam Mats Gustafsson; Ferrandini wydaje się mieć cztery ręce i cztery nogi, jakby się zastąpili go w duecie Paal Nilssen-Love oraz Roger Turner, a Moore przebywa prawie cały czas w świecie sprzężeń i zniekształceń. Czysta, żywa, drapieżna energia. Koniecznie!!!
autor: Marcin Jachnik

Thurston Moore: electric guitar
Gabriel Ferrandini: drums, percussion
Pedro Sousa: tenor and baritone saxophones, electronics

Side A
1. A1

Side B
1. B1
2. B2



płyta do nabycia na multikulti.com

środa, 3 czerwca 2015

Lama + Joachim Badenhorst "The Elephant´s Journey" Clean Feed 2015, CF331

Lama + Joachim Badenhorst "The Elephant´s Journey" Clean Feed 2015, CF331
O portugalsko-kanadyjskim triu Lama pisali jako o prawdziwym objawieniu progresywnego jazzu - elektroakustycznej muzyki gdzie "live eletronics" jest równorzędnym partnerem dla instrumentów akustycznych. Dzisiaj Lama jest jednym z najbardziej intrygujących grup europejskich. Europejskich, bo grupa narodziła się Amsterdamie gdzie trębaczka Susanna Santos Silva oraz basista i kompozytor Gonçalo Almeida studiowali w Królewskim Konserwatorium, a kanadyjski perkusista Greg Smith pracował. Ich muzyka może być poetycka i łagodna, bez utraty gęstości faktury i intensywności wywiedzionej z free jazzowej tradycji, a i przy tym pełna jest żarliwości tak charakterystycznej dla jazzu południa Europy. I chociaż formalnie muzyka ta nie jest odległa od głównego nurtu, to jednak kreatywne użycie elektroniki oraz intensywność emocjonalna osadza muzykę tria wśród tuzów jazzowej awangardy.


Na najnowszej płycie brzmią może jeszcze bardziej jazzowo niż poprzednio - dołącza bowiem do nich lider innego europejskiego tria (niemniej wcale cenionego), a mianowicie belgijski klarnecista Joachim Badenhorst z Baloni trio. Ale jego udział sprawia, że muzyka staje także bardziej abstrakcyjna i mroczna zarazem. Czasami, jak choćby w pierwszej kompozycji "Razor´s Edge", faktura stopniowo się zagęszcza i narasta napięcie, co zbliża nieco brzmienie zespołu do tego znanego choćby z nagrań Fire! Matsa Gustafssona.

Lama trio
Tutaj jednak elektroniczne preparacje mogą także czerpać z tradycji choćby hip-hopu i R&B, co wszakże nie oznacza, że muzyka w jakimkolwiek momencie nabiera tanecznego charakteru. Płyta, jako całość jest niezmiernie wciągająca i zaskakująca zarazem, a przeniesienie muzyki na bardziej abstrakcyjny poziom sprawia, że potrzeba nieco więcej uwagi i nacieszyć się nią w pełni. Polecam gorąco!
autor: Marek Zając

Joachim Badenhorst: clarinet, bass clarinet
Susana Santos Silva: trumpet, flugelhorn
Gonçalo Almeida: double bass, effects, loops
Greg Smith: drums, electronics

1. Razor´s Edge
2. The Process
3. A Hunger Artist
4. Crime & Punishment
5. Murakami
6. The Spy
7. The Elephant´s Journey
8. Don Quixote


płyta do nabycia na multikulti.com

wtorek, 2 czerwca 2015

Universal Indians / Joe McPhee "Skullduggery" Clean Feed 2015, CF328

Universal Indians / Joe McPhee "Skullduggery" Clean Feed 2015, CF328
John Dikeman, Jon Rune Strom oraz Tollef Ostvang postanowili nazwać swoje trio Universal Indians od tytułu jednej z kompozycji Alberta Aylera. I słuchając ich najnowszej płyty nagranej wraz z Joe McPhee nie mogę oprzeć się wrażeniu jak trafna była to decyzja.

Sami tłumaczą, że sięgnęli po tę nazwę ze względu na jej podwójną symbolikę - chcieli pokazać w czytelny sposób korzenie swojej muzyki, swoje własne inspiracje świadome odwołania - czerpią bowiem z muzyki Johna Coltrane'a, Ornette'a Colemana, Cecila Taylora i, rzecz jasna, samego Aylera. Drugi symbol to odwołanie się w muzyce free jazzzowej, nie komponowanej, lecz w pełni improwizowanej, do pewnej rytualności, która była udziałem z jednej strony muzyków formatu Coltrane'a i Aylera, a której odnowicielami w końcu dwudziestego wieku są choćby McPhee czy Peter Brotzmann. Universal Indians to wszak uniwersalizm, ale i dzikość, pierwotność, brud i chropowatość niewygładzona cywilizacją. I tacy właśnie są w swojej muzyce Holender i dwaj Norwegowie wsparci jeszcze legendą amerykańskiej sceny.

Zaczyna się od powolnego intro, z głosami i recytacją gdzieś poprzez instrumenty. Dużo tu szmerów, brudu i nim rozlegną się pierwsze klasycznie zagrane dźwięki jesteśmy juz gdzieś w środku pradawnego rytuału. To właśnie nadaje mistyczny, podniosły, metafizyczny charakter temu przedsięwzięciu, które z braku lepszego określenia nazywamy koncertem. Teraz rolę wprowadzenia przejmują bębny, a po chwili dołącza się i kontrabas jękliwie prowadzony smyczkiem. Zaraz też Dikeman podejmuje na saksofonie frazę basu z tą samą, smyczkową jękliwością. To tylko wstęp do podniosłych fraz rodem z Aylera, pełnych pierwotnej siły, dzikości i brudu. Siły, czerpiącej energię z trzewi i duszy muzyka; mocy, angażującej cały organizm i wycieńczających muzyków niczym kiedyś Taniec Słońca zabierał siły Indianom Wielkich Równin.

Ale nie bójcie się, Joe McPhee i jego europejscy przyjaciele wcale nie chcą odtwarzać indiańskich obrzędów - raczej odwołują się do zaangażowania uczestników takich pierwotnych obrzędów. Tyle. Ich religią jest muzyka czerpiąca siły z tradycji, muzyka wolna i niezależna, której swoim graniem oddają cześć. Ale są niezwykle świadomi jej kształtu i formy i ten ich podniosły obrzęd to nie jest jazda bez trzymanki. Z niezwykłym wyczuleniem potrafią zwolnić narrację, by zrobić miejsce, ot, choćby dla znakomitej solówki basu. A że McPhee potrafi i lubi piękne, liryczne frazy i umie tworzyć melodię z kilku nut, więc i takich fragmentów na tej płycie nie brakuje. I nie potrzeba do tego nowej kompozycji by zagrać balladową interludę, chociaż i taką perełkę znaleźć tu można („Dewey´s do”).

Jako wstęp do odnowionej tradycji free jazzu polecam bardzo wszystkim miłośnikom jazzu. A i fanów Aylera pragnę zapewnić, że jego muzyka ma się świetnie i po to nagranie trzeba po prostu sięgnąć. Jak dla mnie - póki co - najważniejsza płyta tego roku.
autor: Marcin Jachnik

John Dikeman: saxophones
Jon Rune Strom: double bass
Tollef Ostvang: drums
Joe McPhee: pocket trumpet, alto saxophone

1. Yeah, and?
2. Dewey´s do (for Dewey Redman)
3. Skullduggery (with a tribute to Niklaus “Knox” Troxler)
4. Wanted




płyta do nabycia na multikulti.com

poniedziałek, 1 czerwca 2015

The Thing + Thurston Moore "Live", The Thing Records 2014, TTR003CD

 The Thing + Thurston Moore "Live", The Thing Records 2015, TTR003CD
Bardzo wielu krytyków pisze o The Thing niemal na kolanach. Słuchając kolejnych nagrań skandynawskiego trio nie sposób oprzeć się bowiem ich muzyce. "Szalone trio zrodzone z jednej strony z miłości do twórczości Dona Cherry'ego, a z drugiej do muzyki o rock'n'rollowych korzeniach – punka, grunge'u, noise. Przez wielu uznawane za jeden z najlepszych koncertów bandów, faktycznie The Thing to zwierzę sceniczne, wybuchowe i dzikie, a jednocześnie przebojowe. Zazwyczaj zaczynają prawym sierpowym a potem dokładają kolejne ciosy."

Skandynawowie i bez gitary w składzie to najbardziej rockowy z jazzowych bandów jakie zdarzyło mi się widzieć na scenie, niektórzy mówią o nich nawet "power trio". Ale gdy zapraszają gitarzystę - a takich kolaboracje zdarzały już się w ich płytowym dorobku (był Otomo Yoshihide, był Jim O'Rourke, a i Thurston Moore pojawia się na DVD dołączonym do boksu "Now & Forever") - jakby tracili rockową witalność i energię. Ale nie możemy zapominać, że nieco inne jest założenie grania w trio - gdzie operuje pojęciem "working bandu", zespołu, który pracuje od lat, opierając swój repertuar - w dużej mierze - na komponowanych tematach; a nieco inaczej wygląda, gdy zapraszamy do grania dodatkowego muzyka i tak stworzony kwartet traktujemy jak grupę równoprawnych improwizatorów - czyli nie przeciwstawiamy solisty - triu, ani też nie podporządkowujemy go stylistyce zespołu. Więc i muzyka oparta na takich założeniach musi być siłą rzeczy zupełnie, zupełnie odmienna.

Mroczna i porwana stylistyka kwartetu czasami ocierała się o dokonania "czystego" The Thing, a czasami zbliża do innego projektu Gustafssona - Fire!. To ostatnie ma miejsce, gdy na pierwszy plan wysuwa się bas Haker-Flatena i gdy pojawiają się transowo zapętlone rytmy. Ale tu przeważają poszukiwania - nie tyle siebie nawzajem, ale zaskoczenia, chęć zainteresowania i zadziwienia partnerów, próby poszerzania stylistyki, jak i spektrum brzmieniowych poszczególnych instrumentów. Te porwane, chropawe, pseudo-muzyczne dźwięki układają się jednak w tkankę zadziwiającą i frapującą, potrafiącą uwieść i zauroczyć fanów saksofonowego i gitarowego łoskotu. Polecam gorąco!
autor: Marcin Jachnik

Mats Gustafsson: baritone saxophone
Ingebrigt Haker Flaten: electric bass
Paal Nilssen-Love: drums
Thurston Moore: electric guitar

1. Blinded by Thought (20:04)
2. Awakened by You (12:11)



płyta do nabycia na multikulti.com