środa, 15 lutego 2012

Admiral Awesome feat. Fredrik Ljungkvist [Thomas Sejthen / Christian Windfeld / Jacob Danielsen / Fredrik Ljungkvist] "Kapow jazz!", Gateway Music 2011, AA012011


Admiral Awesome feat. Fredrik Ljungkvist [Thomas Sejthen / Christian Windfeld / Jacob Danielsen / Fredrik Ljungkvist] "Kapow jazz!", Gateway Music 2011, AA012011

W pierwszej chwili, gdy usłyszałem równiutko brzmiące, energetyczne unisona otwierającej płytę kompozycji "LSB Vals", pomyślałem - to jakieś nowe Vandermark 5! Okazało się, że jednak nie, chociaż inspirację dorobkiem twórczym chicagowskiego muzyka trudno tu ukryć. Vandermark zresztą oraz grający tu Frederik Ljungkvist mają dosyć podobną wizję własnej muzyki, obaj także współpracowali ze sobą wielokrotnie - czy to w ramach Territory Band czy też podczas wspólnych koncertów (a i nagrań) skandynawskiego Atomica i najsłynniejszego zespołu chicagowskiego saksofonisty. Gruntowną znajomość jazzowej tradycji oraz fascynację muzyką lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych ubiegłego wieku, łączą ze współczesnymi technikami kompozytorskimi, wzbogaconymi dorobkiem zgoła innych gatunków - rocka, klasycznej, dwudziestowiecznej awangardy, free improv czy amerykańskiego minimalizmu. Dorobek - zwłaszcza nagraniowy - Frederika Ljungvista - zdaje się być jednak silniej osadzony w jazzie - rzadziej udziela się w pełni improwizowanych projektach, nie flirtuje ze współczesną sceną noise'u czy soulu i funku.

Ljungkvist wszelako nie dominuje jednak tego projektu - jest współliderem kwartetu, a nie jego twórcą. Partnerem w tym jest duński saksofonista Jacob Danielsen. Znany choćby w zespołu Järv muzyk, tym razem daje się poznać jako ukształtowana muzyczna osobowość i znakomity kompozytor. W swoich utworach słabiej niż Ljungkvist akcentuje fascynacje sceną "młodego - niegdyś - Chicago", z jego motoryką i chwytliwymi, niemal rockowymi riffami, a mocniej obecna jest w nich jazzowa tradycja europejska (pobrzmiewają dalekie wprawdzie echa skandynawskiego jazzu spod znaku ECM-u, zupełnie nieobecne z grze Ljungkvista - ten jawi się raczej kontynuator szkoły Rosengrena i Gullina). Jest przez to wybornym kontrapunktem dla poczynań szwedzkiego instrumentalisty, chociaż grają obaj na tenorowych i barytonowych saksofonach. Znakomicie się przez to uzupełniają, a ich solówki mają odmienny zupełnie charakter. Korci aż, by ponownie przywołać podobieństwo do V5, gdzie podobnie Dave Rempis różni się od lidera projektu, ale też tak są konstruowane najlepsze zespoły - muzycy mają się uzupełniać, a nie pochodzić "z jednej sztancy".

W odróżnieniu od V5 czy - dlaczego nie - Atomica (chociaż tu brzmieniowych podobieństw zdecydowanie mniej), mamy tu do czynienia z kwartetem bez instrumentu harmonicznego. W V5 pierwotnie rolę tę mogła pełnić gitara Jeba Bishopa, a w ostatnim składzie nieco imitowała wiolonczela Lonberg-Holma, a w Atomicu - fortepian Havarda Wiika. Skład tu prezentowany znacznie łatwiej jest więc "rozpędzić", ale muzyka przybiera przez to bardziej uproszczoną formę. Harmonię budują współbrzmienia instrumentów dętych, a sekcją raczej pełni rolę stricte rytmiczną. Kompozycje Ljungkvista - nieco na wzór chicagowskich muzyków - wydają się bardziej pokomplikowane formalnie i - chyba - dają szersze możliwości interpretacji. Wyraźnie są one podzielone na bloki, które można zamieniać, łączyć, przestawiać. Kompozycje Danielsena zachowują prostszy, bardziej linearny, ale jednocześnie i otwarty, charakter. Nie ma tu wyraźnych segmentów, a narracja jest bardziej konsekwentnie prowadzona.

Muzyka zawarta na krążku została zarejestrowana podczas dwóch koncertów oraz krótkiego spotkania w studio (dwa utwory). Nie wiem czy jest to podobnie jak V5 "working band", natomiast muzyka - i wyraźnie to słychać - jest bardzo przepracowana. Zespół działa jak znakomicie naoliwiony mechanizm, co słychać od pierwszej nuty, zwłaszcza w kompozycjach Ljungvista, które wymagają znakomitego zgrania i wchodzenia "w tempo". Każdy z muzyków wie, jaką rolę ma pełnić i wywiązują się z tego bez zarzutu. Każdy z nich także potrafi świetnie budować napięcie w partiach solowych, jak i duetach które często wyłaniają się w toku kompozycji, a drapieżne czasami tony saksofonów przywodzą na myśl czysto freejazzowe formacje - chociaż ta muzyka zdecydowanie przynależy do głównego nurtu jazzu. Świadomego przemian, dorobku i bogactwa współczesności, jak i różnorodności odległej nawet tradycji.

Czy jednak ta muzyka jest kalką V5, a różnicę zawdzięczamy tylko zubożeniu składu? Nie, Admiral Awesome to zespół mówiący własnym językiem i grający własną, świeżą i pełną lekkości muzykę (czasami jednak czerpiący z podobnych źródeł co amerykański muzycy), świadomy korzeni jazzu oraz tego co się dzieje w jego obszarze w dniu dzisiejszym. A że formuła jest równie dobracowana i doskonała jak za najlepszych lat kwintetu Kena Vandermarka - dziś już historii i elementu jazzowej tradycji? Cóż, z tego to chyba trzeba się tylko cieszyć.
autor: Wawrzyniec Mąkinia


Thomas Sejthen: bass
Christian Windfeld: drums
Jacob Danielsen: tenor saxophone, baritone saxophone
Fredrik Ljungkvist: tenor saxophone, baritone saxophone, clarinet


1. LSB Vals
2. Onslow
3. Sent Paa Kvallen
4. Stockholm Wilderness
5. Borje
6. Different Directions
7. Fredriks Andra Horna
8. Toy
9. Piratsangen


Admiral Awesome feat. Fredrik Ljungquist
performs at Musikcaféen Aarhus, Denmark


płyta do kupienia na multikutli.com

sobota, 11 lutego 2012

Pascal Niggenkemper / Simon Nabatov / Gerald Cleaver "Upcoming Hurricane", NoBusiness 2011, NBCD34.

Pascal Niggenkemper / Simon Nabatov / Gerald Cleaver "Upcoming Hurricane", NoBusiness 2011, NBCD34.
 Pascal Niggenkemper to amerykański muzyk (kontrabasista), kompozytor i improwizator o francusko-niemieckich korzeniach. Na swoją najnowszą płytę zaprosił muzyków znakomitych i świetnie w Polsce - Simon Nabatov to pianista chętnie poszukujący inspiracji we współczesnej literaturze, tworzący jazz-konceptualne albumy inspirowane poezją Brodskiego czy "Mistrzem i Małgorzatą" Bułhakowa, znany u nas dzięki współpracy z braćmi Olesiami. Gerald Cleaver to perkusista, członek zespołów Davida S.Ware'a i Matthew Shippa, ale pojawiający się także na płytach Roscoe Mitchella, Wadady Leo Smitha, Gebharda Ullmanna czy Charlesa Gayle'a.
Jako instrumentalista Niggenkemper odwołuje się mocno do dorobku wielkich poprzedników - klasycznych Raya Browna, Nielsa-Henninga Orsteda Pedersena, jak i freejazzowych - Charlie Hadena, Williama Parkera czy Barre Philipsa, ale tworzona przez niego muzyka wpisuje się w znacznie szerszy kontekst. Pobrzmiewają w niej echa doświadczeń Ornette'a Colemana, zespołów Sun Ra ( tych nagrań, na których bardzo silnie akcentuje improwizacyjny charakter własnej muzyki), Alberta Aylera, Paula Bleya i Cecila Taylora. Spośród europejskiej tradycji awangardowej - bardzo wyraźnie tu obecnej - wymienić należy Louisa Sclavisa i Franka Gratkowskiego - na tego ostatniego jako mistrza i inspirację powołuje się sam Niggenkemper, grający z nim zresztą w septecie Vision7.
Muzyka tria to potok dźwięków, gdzie każda myśl jest natychmiast zamieniana w działanie i dźwięk, który dla partnerów jest wezwanie do reakcji i odpowiedzi. Jak w fizyce - każda akcja powołuje reakcję, a ta z kolei wpisuje się w rwący strumień muzyki. Nie ma tu chwilki przestoju, a partnerzy rozumieją się intuicyjnie odnajdując harmonie i radość w nieprzerwanych i zmiennych pasażach, odsłaniając kolejne wcielenia zespołu - jako trzy odmienne duety lub jako całość (trio). Niewiele jest tu partii solowych - najważniejsza jest bowiem interakcja i inspiracja odnajdywana w poczynaniach partnera. Świetne granie!
autor: Józef Kowalkowski

Pascal Niggenkemper: double bass
Simon Nabatov: piano
Gerald Cleaver: drums


1. Pusteblume 4:38
2. Upcoming hurricane 11:44
3. Arbol de piedra 5:53
4. Aeolus 5:14
5. Fighting the mill 11:10
6. Rahonavis 4:56
7. Mongolfiere 7:49



Pascal Niggenkemper w trio, ale wz zupełnie innymi muzykami


płyta do kupienia na multikutli.com

piątek, 3 lutego 2012

Dennis Gonzalez / Joao Paulo "So Soft Yet", Clean Feed 2011, CF243


Dennis Gonzalez / Joao Paulo "So Soft Yet", Clean Feed 2011, CF243
Dla tych, którzy nie słyszeli pierwszej płyty obu panów "ScapeGrace" z 2009 roku warto wiedzieć, że przy okazji jej nagrania spotkali się po raz pierwszy. Portugalczyk Joao Paulo Esteves da Silva i Teksańczyk z Dallas Dennis Gonzalez, bo o nich mowa nie mieli do jej nagrania okazji się spotkać. Widać spotkanie było dla nich inspirujące, skoro zdecydowali się nagrać materiał na kolejną płytę.

Znając obie płyty, tę pierwszą i najnowszą śpieszę donieść, że była to dobra decyzja. I to dobra z wielu powodów.
Po pierwsze, dlatego, że mamy do czynienia z ewolucją, panowie są wielkimi erudytami jazzowymi, czego dowodem chociażby ich dokonania płytowe (wspaniałe płyty Gonzaleza dla wytwórni Silkheart czy płyty Joao Paulo dla Clean Feed). Nie zasypują gruszek w popiele, choć Paolo znany był dotąd, jako akustyczny pianista na nowej płycie często zamiast na klasycznym pudle słyszymy go na elektrycznym instrumencie, czasami na akordeonie. Choć jego pianistyka, chwilami nieco monumentalna w charakterze nadal brzmi interesująco by nie powiedzieć wyjątkowo, dzięki wprowadzeniu innego instrumentu nabiera nowego oblicza. Do tego dźwięk akordeonu, nadający tej muzyce jakiś nieokreślony smutek.

Po drugie inny pomysł na strukturę muzyki. O ile pierwsza płyta "ScapeGrace" była zapisem chwili, wspaniałego spotkania muzyków intuicyjnie podążających za sobą, wchodzących w improwizowaną interakcję, o tyle najnowsza to już praca na specjalnie na tę okazję przygotowanej partyturze. Stąd kompozycje pełnią tutaj większe znaczenie, są bardziej przemyślane, niewątpliwie dodają płycie nową wartość.

Po trzecie w końcu, dla obu muzyków to skład raczej niecodzienny, Dennis Gonzalez dla instrumentów harmonicznych w swoich składach nie widzi miejsca, Joao Paulo Esteves da Silva z kolei to raczej pianista solowy lub triowy. Słychać, że ich niebywała wyobraźnia muzyczna uruchamia nowe procesy, wychodzą poza dotychczasowe schematy.
Przywołam tylko kilka utworów, aby pokazać wielobarwność materiału, który jest splotem niezliczonych barw i emocji:
"El Destierro" z pianistyką przywodzącą na myśl dzieła fortepianowe Ligetiego, z grającym długim dźwiękiem Gonzalezem głęboko zapada w pamięć. Powoli, konsekwentnie budowane napięcie ani na chwilę się nie rozmywa.
"Sleeping Thunder" z umiejętnie wprowadzonym preparowanym fortepianem w pierwszej części i ujmującą pętlą melodyczną, fantastycznie modulowaną w drugiej części. Do tego oczywiście drugi głos Gonzaleza, grającego bardzo powściągliwie.
"Burning Brain", w którym na fundamencie fortepianowych akordów i pasaży Joao Paulo Dennis Gonzales daje kolejny przykład nieograniczonej wyobraźni muzyka zrośniętego ze swoim instrumentem, którego limitują jedynie własne ograniczenia.
Najbardziej radosny w stawce "Sobre Mi Mi Koracon Doloryozo" to stary dobry blues, Gonzalez korzysta tutaj z całego arsenału swoich możliwości instrumentalnych, Joao Paolo przypomina tutaj samego Keitha Jarretta w zamykającym koncertową płytę "Paris Concert" bluesie.

Ta płyta nie wywraca naszego wyobrażenia współczesnego jazzu, pokazuje jednak obu muzyków w bardzo interesującym punkcie ich kariery, trudno z nią się rozstać.
autor: Krzysztof Szamot

Dennis González
: trumpet
Joao Paulo: piano


1. Como a Noite
2. Broken Harp
3. Deathless
4. Thirst
5. Taking Root
6. El Destierro
7. Sleeping Thunder
8. Burning Brain
9. Yielding to Song
10. Sobre Mi Mi Koracon Doloryozo
11. Augurio



Dennis Gonzalez / Joao Paulo


płyta do kupienia na multikutli.com

środa, 1 lutego 2012

LAMA [Gonçalo Almeida / Greg Smith / Susana Santos Silva] "Oneiros", Clean Feed 2011, CF240




Oneiros z greckiego to sen lub marzenie senne. Czy zamiarem muzyków było faktycznie odwołanie się do doświadczenia snu?, tego nie wiem, lecz to mieszanie wątków, częsta zmiana funkcji poszczególnych instrumentów, które naruszają zasady budowy utworu jazzowego mają znamiona sennej mary.
Oczywiście nie jest to celem samym w sobie tak jak w bardzo wielu jazzo-podobnych produktach spod znaku Nilsa Pettera Molvaera czy jemu podobnych. Nie chodzi także o jałowe eksperymenty w stylu literackiego surrealizmu z pocz. XX wieku. Mamy tu raczej do czynienia z przenikającymi się światami równoległymi, w których świadomość to struktura akustycznego jazzu, podświadomość to elektronika i nieświadomość to wszystko to, co odpowiedzialne jest za podważenie fundamentów obu poprzednich światów.
Słucham tej płyty już nie wiem po raz który i cały czas odkrywam nowe elementy, ciekawie wykorzystana elektronika (od ambientu po psychodelię) to bezsprzeczny atut nagrania, grająca na trąbce Susana Santos Silva przetwarza jej dźwięk w czasie rzeczywistym, kontrabasista kilkukrotnie korzysta z pedal box, uzyskując nieoczekiwany efekt, w ogóle kilka razy łapię się na tym, że szukam w opisie innych instrumentów, niż te, które zostały w nim wymienione. Do tego bliżej nieokreślone mikrodźwięki, trzaski i drobne zakłócenia generowane z laptopa dodają jej niesamowitości.
Część kompozycji, te autorstwa Gonçalo Almeidy, który wydaje się być liderem tria to zapętlone melodie grane na kontrabasie, z nałożonymi na nie improwizacjami dwójki pozostałych instrumentalistów (np. "Melodia Minuscula" czy "The Chimpanzee Who Told Man How To Cry"). Almeida gra na kontrabasie z wielką świadomością celu, jak trzeba, delikatnie muska struny, innym razem gra soczystym, głębokim dźwiękiem.
Przyznam uczciwie, że jak dotąd nie spotkałem się z żadnym z muzyków tria LAMA, choć na stronie wytwórni przeczytałem, że Susana Santos Silva ma za sobą współpracę z Lee Konitz'em, Carlą Bley, Johnem Hollenbeck'iem, Kurtem Rosenwinkel'em, Markiem Turner'em, Chrisem Cheek'em czy Joshua Redman'em a kanadyjski perkusista Greg Smith nagrywał i koncertował m.in. z Davidem Binney'em.
Nie mamy zatem do czynienia z żółtodziobami, słychać to w każdym dźwięku, Susana Santos Silva umiejętnie stosuje całą gamę technik, Greg Smith okazuje się bardzo wszechstronnym drummerem, równie swobodnie czuje się w połamanych rytmicznie kompozycjach, co motorycznych, transowych jak w "My Fucking Thesis" autorstwa Susany Santos Silva czy "The Chimpanzee Who Told Man How To Cry" Almeidy.
Całość kończy się mrożącym krew w żyłach przestrzenny "Tarantino", tutaj jest groźnie by nie powiedzieć apokaliptycznie, space jazz XXI wieku.
Po lekturze płyty chciałoby się rozstrzygnąć dylemat "Czy świat jest labiryntem, teatrem, czy snem?" Na korzyść tego ostatniego, jednak wstrzymam się jeszcze trochę, może niebawem LAMA trio nagra płytę pod tytułem "Labirynt"?
autor: Andrzej Fikus


Gonçalo Almeida: double bass 
Greg Smith: drums
Susana Santos Silva: trumpet


1. Alguidar
2. Oneiros
3. Overture For Penguins
4. Dr. No
5. Melodia Minuscula
6. My Fucking Thesis
7. The Chimpanzee Who Told Man How To Cry
8. Tarantino



LAMA [Gonçalo Almeida / Greg Smith / Susana Santos Silva]
The Chimp who taught men how to cry


płyta do kupienia na multikutli.com

wtorek, 31 stycznia 2012

Bobby Bradford / Glenn Ferris / Mark Dresser "Live in LA", Clean Feed 2011, CF241

Bobby Bradford / Glenn Ferris / Mark Dresser "Live in LA", Clean Feed 2011, CF241
Bobby Bradford / Glenn Ferris / Mark Dresser "Live in LA", Clean Feed 2011, CF241
Mam nadzieję, że muzyków grających na tej [płycie bliżej przybliżać nie trzeba - jednak dla porządku o każdym z nich kilka słów. Bobby Bradford to amerykański trębacz, kornecista, bandleader i kompozytor. Urodził się 19 lipca 1934 w Cleveland, gdzie też dorastał. Później wraz z rodziną przeniósł się do Dallas w Texasie w 1946 roku, a w 1953 do Los Angeles w Kalifornii, gdzie rozpoczął współpracę z Ornettem Colemanem (którego poznał jeszcze w Texasie), lecz niedługo później został wcielony do US Army (do 1958 roku) i w kwartecie Ornette'a zastąpił go Don Cherry. Do zespołu Colemana powrócił w 1961 roku na dwa lata. W tym okresie dużo koncertował - m.in u boku Erica Dolphy'ego i Charlie Hadena. W latach sześćdziesiątych rozpoczął kolaborację z Johnem Carterem, klarnecistą jazzowym. To właśnie z nim nagrał najsłynniejsze ze swoich płyt (w sekstecie, kwintecie, kwartecie i w duetach). Wytwórnia Mosaic w tym roku wydała specjalny box dokumentujący ich współpracę trwającą aż do śmierci Johna Cartera w roku 1991. Po tej dacie Bradford kontynuował muzyczne poszukiwania z własnym zespołem (Bobby Bradford Mo'tet), którego płyty ukazywały się nakładem włoskich labeli Black Saint / Soul Note; a także w grupach prowadzonych przez innych muzyków (m.in. kwartet Vinny'ego Golii). Jest wykładowcą - emerytowanym - w Pasadena City College oraz Pomona College w Claremont w Kalifornii.
Mark Dresser. rocznik 1952, to amerykański kontrabasista, kompozytor i improwizator. I znacznie łatwiej chyba wymienić tych spośród free jazzowych tuzów z którymi niegrał, niż tych których spotykał na scenie [Ray Anderson, Tim Berne, Anthony Davis, Gerry Hemingway, John Zorn, Marylin Crispell, Jim Black, Satoko Fuji...]. Współtworzył jeden z najwspanialszych zespołów w historii jazzu - kwartet Anthony'ego Braxtona w latach osiemdziesiątych; uczestniczył w setkach sesji nagraniowych. Nagrywa i koncertuje również solo, a jeden z jego solowych występów w wiedeńskim Porgy & Bess austriaccy krytycy okrzyknęli przed kilku laty koncertem dekady.
Najbardziej enigmatyczną postacią w tym gronie to puzonista Glenn Ferris. Uczeń Dona Ellisa, zainteresował się jazzem pod wpływem muzyki Erica Dolphy'ego. Od początku lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku jest aktywny jako muzyk sesyjny i koncertowy, a przez lata udało zgromadzić całkiem pokaźne dossier - nagrywał i występował bowiem u boku m.in. George'a Duke'a, Billy Cobhama, Stevie Wondera, Philly Joe Jonesa, Jacka Walratha, Tony Scotta, Barry'ego Altschula, Harry'ego Jamesa, Tima Buckleya, Lou Rawlsa, Jamesa Taylora czy Arta Peppera.
Płyta została zarejestrowana w bardzo nietypowym składzie - trąbka/kornet, kontrabas, puzon. I choć muzyka mocno odwołuje się do klasycznego jazzu lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych, cały czas pozostajemy w otwartej, stricte współczesnej formule. Podobnie jak na płytach Zorna z Lewisem i Frisellem mamy tu do czynienia z trzema instrumentami cały czas grającymi solo. Inaczej jednak niż tam - tu bowiem czasami trąbka i puzon dublują unisona (równiutko i cudownie zagrane), czasami ich partie oparte na rygorystycznym kontrapunkcie. Kontrabas Dressera cały niemal czas pozostaje w opozycji do dwóch dęciaków, narzucając im swingowy podkład. Najbardziej klasyczne są kompozycje Ferris z cudownym "In My Dream" przywodzącą na myśl dokonania pianisty Sonny'ego Clarke'a. Dwa utwory mają nieco odmienny charakter - "Pandas Run" oraz "Bamboo Shots" to improwizacje o wiele mocniej niż reszta muzyki osadzone we współczesności, z dźwiękiem dętych instrumentów mocno modulowanym przez rozmaite tłumiki, ale - podobnie jak reszta płyty - zagranymi z namysłem i dbałością o formę. Jest tu miejsce na dojrzałą muzykę - nie ma na pośpiech i powierzchowną energię, przykrywającą - jednak - twórczą pustkę nawet najlepszych improwizatorów. Znakomita płyta!
autor: Marcin Jachnik



Bobby Bradford: cornet 
Glenn Ferris: trombone 
Mark Dresser: bass


1. For Bradford
2. Purge
3. BBJC
4. Pandas Run
5. In My Dream
6. Bamboo Shoots
7. Comin On
8. Ready To Go




Bobby Bradford / Glenn Ferris / Mark Dresser - "Purge" - composed by Glenn Ferris


płyta do kupienia na multikutli.com

wtorek, 24 stycznia 2012

Christina von Bülow & Fredrik Lundin "Silhouette", STUNT 2011, STUCD11172

Christina von Bülow & Fredrik Lundin "Silhouette", STUNT 2011, STUCD11172
Lars Gullin był jednym z najbardziej znanych i cenionych szwedzkich muzyków jazzowych ubiegłego stulecia. Ten kompozytor i saksofonista barytonowy był jednym z najwazniejszych twórców "złotego okresu skandynawskiego jazzu" (obok Jana Johanssena, Bernta Rosengren, Nisse Sandströma i Per Henrika Wallina), gdy od początku lat pięćdziesiątcyh wielu tamtejszych kompozytorów zafascynowanych brzmieniem amerykańskiego "west coast" zaczęło tworzyć w tym duchu wzbogacając je jednocześnie o elementy skandynawskiego folkloru. W toku swojej kariery koncertował i nagrywał z muzykami zza oceanu od Dicka Twardzika i Cheta Bakera rozpoczynając na Archie Sheppie kończąc. Zmarł wcześnie, w roku 1976.
Po ponad trzydziestu latach od jego śmierci hołd składa mu dwójka saksofonistów - Frederik Ludin oraz Christina von Bülow. Przesycona ciepłem i melancholią muzyką prezentuje przede wszystkim balladowe oblicze Gullina - obok jego kompozycji znajdą też Państwo tutaj utwory Lundin i von Blok, ale interpretowane w duchu dorobku szwedzkiego mistrza. Niezwykła, rzadko już dziś spotykana aranżacyjna staranność, a wszystko zagrane z niezwykłym wyczuciem nastroju i formy. Przepiękne nagranie!
autor: Marcik Jachnik


Frederik Lundin: baritone saxophone
Christina von Bülow: alto saxophone
Jacob Fischer: guitar
Daniel Franck: double bass
Jeppe Gram: drums


1. Primavera
2. Fine Together
3. Montmartre
4. Nu har jag fatt
5. Icarus
6. Between Romances
7. Dannys Dream
8. Leewise
9. A New Beginning
10. The Flight
11. Silhouette



Lars Gullin with Nils Lindberg and Rolf Billberg.


płyta do kupienia na multikutli.com

sobota, 21 stycznia 2012

Noah Kaplan Quartet [Noah Kaplan / Joe Morris / Ciacomo Merega / Jason Nazary] "Descendants", HatHut, OGY688.


Noah Kaplan Quartet [Noah Kaplan / Joe Morris / Ciacomo Merega / Jason Nazary] "Descendants", HatHut, OGY688.
Noah Kaplan jest amerykańskim kompozytorem i saksofonistą młodego pokolenia, wychowankiem Joe Maneriego (studiował pod jego kierunkiem improwizację) oraz Jerry'ego Bergonziego w New England Conservatory, obdarzonym - jak piszą recenzenci - "brzmieniem melodyjnym i elegijnym jednocześnie". W ciągu kilku lat scenicznej aktywności zyskał już pewną sławę na free jazzowej scenie Nowego Jorku, gdzie miał okazję koncertować, ale i nagrywać m.in z Joe Morrisem, Matem Manerim, Peterem Erskinem, Alanem Pasqua, Anthonym Colemanem, Artem Davisem, Joe Manerim, Randym Petersonem, Edem Schullerem, Davidem Tronzo, Lutherem Grayem, Danielem Levinem, Judith Berkson, Pandelisem Karayorgisem czy Kirkiem Knuffke. Trzecia jego autorska płyta prezentuje świetny kwartet, w którym obok lidera pojawia się świetnie znani muzycy - Joe Morris na gitarze i perkusista Jason Nazary oraz zupełnie "nowa twarz" - Giacomo Merega grający tutaj na elektrycznym basie. Muzyka zespołu oparta jest na szkicowych kompozycjach Kaplana, w których czasami pobrzmiewają echa zupełnie odmiennych muzycznych tradycji - partie gitary w "Pendulum Music" będące odwołaniem do folkloru Appalachów, w "Esther" pobrzmiewa blues, a w "Wolves" tony sopranowego saksofonu przywodzą na myśl tęskne echa klezmerskiej tradycji. Muzyka jednak ma cały czas bardzo otwarty charakter, a jej porwana, postrzępiona i często nielinearna faktura czyni ją niezwykle zajmująca, prostą i skomplikowaną jednocześnie. Piękna płyta, do której powracać można wiele, wiele razy.
autor: Marcin Jachnik

Noah Kaplan: saxophones
Joe Morris: guitar
Giacomo Merega: electric bass
Jason Nazary: drums

 
1. Pendulum Music [4:52]
2. Descent [12:03]
3. Esther [6:23]
4. Rat Man [4:53]
5. Wolves [11:13]
6. Untitled [9:04]


Noah Kaplan Quartet [Noah Kaplan / Joe Morris / Giacomo Merega / Jason Nazary]
July 2010, Local 269, NYC


płyta do kupienia na multikutli.com

sobota, 17 grudnia 2011

Joe McPhee / Jeb Bishop / Ingebrigt Haker Flaten / Michael Zerang "Ibsen's Ghosts", NotTwo 2011


Joe McPhee / Jeb Bishop / Ingebrigt Haker Flaten / Michael Zerang "Ibsen's Ghosts", NotTwo 2011, MW8762.


Kwartet złożony ze znakomitych instrumentalistów i wybitnych muzycznych osobowości: Jole McPhee, Jeb Bishop, Ingebrigt Haker Flaten oraz Michael Zerang. Grywali w rozmaitych konfiguracjach (wszyscy prócz Haker Flatena grają od samego początku w Peter Brotzmann Chicago Tentet), ale i tak zwornikiem tego składu, najbardziej cenioną muzyczną osobowością jest saksofonista i trębacz Joe McPhee. Wszyscy obecni tu muzycy nagrywali z nim duetowe płyty i grywali takież koncerty. I taki też jest charakter tego nagrania - on jest tutaj niekwestionowanym liderem, mimo, iż obcujemy ze zwartą formułą kwartetowej improwizacji. Takie płyty mają sens i są niezwykłe, gdy muzyka zawarta na płycie nie jest tylko sumą indywidualnych umiejętności członków zespołu, ale gdy w wyniku spotkania powstaje jakaś wartość dodana. Tak jest w tym wypadku - muzycy operując w zaskakujących czasami konfiguracjach (trio bez basu lub perkusji, duet bas-puzon), inspirują się nawzajem wyczarowują zaskakujące harmonie w toku długich, przeplatających się nawzajem, solowych partii. Świetna płyta!
autor: Marcin Jachnik



Joe McPhee: tenor saxophone
Jeb Bishop: trombone
Ingebrigt Haker Flaten: bass
Michael Zerang: drums



1. Improvisation # 1
2. Improvisation # 2
3. Improvisation # 3
4. Improvisation # 4
5. Improvisation # 5


płyta do kupienia na multikutli.com

poniedziałek, 12 grudnia 2011

Chicago Trio [Ernest Dawkins, Harrison Bankhead, Hamid Drake] "Velvet Songs - To Baba Fred Anderson" [2CD], Rogue ART (FR) 2011

Chicago Trio [Ernest Dawkins, Harrison Bankhead, Hamid Drake] "Velvet Songs - To Baba Fred Anderson" [2CD], Rogue ART (FR) 2011, ROG0030
Powiedzieć, że Fred Anderson był gigantem jazzu to nie powiedzieć nic o fenomenie tego saksofonisty. W czasach skrajnego nadużywania tego określenia w stosunku do muzyków przeciętnych lepiej je omijać, bo szkoda aby Anderson występował obok "jazzowych kapiszonów".
Od czasu płyty "Song For" jednego z założycieli Art Ensemble of Chicago-Josepha Jarmana, na której nastąpił jego fonograficzny debiut, do śmierci 24 czerwca 2010 stanowił punkt odniesienia dla kilku pokoleń jazzowych muzyków. Miał z jednej strony niewymuszoną charyzmę, z drugiej zaś bardzo otwarty umysł, który pozwalał mu zapraszać do wspólnego grania muzyków, programowo ze sobą niewspółpracujących. Tajemnicą poliszynela jest, że chicagowskie stowarzyszenie jazzowe AACM, które od połowy lat 90. Pozostaje chicagowskim odpowiednikiem Marsalisowego Lincoln Center, już dawno temu straciło swój kreatywny impet, który dał takie owoce jak Anthony Braxton, Art Ensemble of Chicago, Ethnic Heritage Ensemble, Ritual Trio.
Fred Anderson potrafił grać zarówno z przedstawicielami AACM jak też reprezentantami środowiska skupionego wokół Kena Vandermarka i Roba Mazurka, muzyków, którzy w pewien sposób przejęli pałeczkę od Muhala Richarda Abramsa, Lestera Bowie'go, George'a Lewisa, Kahila El Zabara, Kidda Jordana.
Fred Anderson był niejako łącznikiem niezaangażowanym w bieżące spory, szanowanym przez wszystkich, ale także łącznikiem pomiędzy jazzową tradycją (Charlie'm Parkerem czy Benem Websterem) a współczesnymi saksofonistami free.
Podwójny album, który właśnie dostajemy do rąk został właśnie jemu poświęcony. Nagrało go trzech panów, którzy z Andersonem grali wielokrotnie, najdłużej związany z nim był oczywiście Hamid Drake, występujący z nim od wczesnych lat 70tych, w zespole prowadzonym przez Andersona z Billem Brimfieldem na trąbce i młodziutkim Drakiem na perkusji.
Harrison Bankhead grywał zarówno w duetach, trio i kwartecie z Fredem Andersonem. Był niejako rezydentem klubu Velvet Lounge, który prowadził w Chicago Anderson.
Ernest Dawkins z kolei grywał jako gość jego trio z Harrisonem Bankheadem i Chadem Taylorem lub w regularnych kwartetach, w których występował chociażby Hamid Drake.
Płyta "Velvet Songs - To Baba Fred Anderson" nagrana jeszcze za życia Andersona, podczas dwóch gorących sierpniowych nocy 2008 roku w Velvet Lounge zawiera dwanaście wspólnych kompozycji trójki muzyków, którzy podobnie jak ich patron unikają od lat grania standardów. Kompozycje te, pełne muzycznych cytatów często mają strukturę suit. Hamid Drake gra zarówno na tradycyjnej perkusji jak i na bębnie obręczowym/frame drum. W obu rolach, tak różnych, jeśli chodzi o rolę wypada znakomicie. Dawkins na saksofonach sopranowym, altowym i tenorowym powala pomysłami artykulacyjnymi, wrażliwością na barwę, Bankhead na kontrabasie i wiolonczeli to mistrz niuansów dynamicznych. Mnóstwo wrażeń opartych jedynie na trzech instrumentalistach. W blisko 18 minutowym utworze "Moi Tre Gran Garson", w którym Drake, grając na bębnie obręczowym i Bankhead grając smyczkiem na wiolonczeli przywołują najlepsze wspomnienia AACM, gdzie jakaś rytualność/plemienność zderzona z czystym free jazzem miała siłę gatunko-twórczą.
Ernest Dawkins we wzruszającym liner notes do płyty pisze, że wszystkie utwory są efektem spontanicznej improwizacji muzyków, występujących w tym składzie wiele razy, po lekturze płyty trudno nie dojść do przekonania, że nie są to "jazzowe kapiszony", to JAZZ grany wielkimi literami.
autor: Krzysztof Szamot


Ernest Dawkins: soprano, alto & tenor saxophones
Harrison Bankhead: double bass, cello
Hamid Drake: drums, frame drum

1. Astral Projection (12:53)
2. Sweet 22nd Street (The Velvet Lounge) (12:10)
3. You Just Cross My Mind (8:26)
4. The Rumble (6:11)
5. Peace and Blessing (to Fred) (9:21)
6. Down n' the Delta (7:40)
7. Jah Music (9:54)
8. Galaxies Beyond (5:47)
9. Woman of Darfur (10:00)
10. Waltz of Passion (8:56)
11. Moi Tre Gran Garcon (17:44)
12. One for Fred (17:19)



Ernest Dawkins / Bobby Few Trio, Sant'Anna Arresi Jazz Festival, Sardinia, 2010

płyta do kupienia na multikutli.com

sobota, 10 grudnia 2011

Curtis Fuller "The Story of Cathy & Me", Challenge Records 2011

Curtis Fuller "The Story of Cathy & Me", Challenge Records 2011, CR73309.
"My name is Curtis Dubois Fuller", tak zaczyna się płyta, a raczej jazzowy pamiętnik. Nie taki zwykły pamiętnik, tylko ten najbardziej intymny, osobisty.
Nie może być inaczej skoro Curtis opowiada tutaj o miłości do najbardziej ukochanej osoby, jaką spotkał w swoim niekrótkim życiu, swojej żony Cathy. I proszę mi wierzyć, że jest to pamiętnik wolny od wszelkich ubarwień, silenia się, gonienia za nieswoimi emocjami, ale też wolne od wszechobecnej, emocjonalnej pornografii.
Curtis Fuller, obok J. J. Johnsona bodaj najbardziej utytułowany puzonista jazzowy na świecie, nigdy nie zgłaszał akcesu do cywilizacji błyskotek, od początku swojej kariery, kiedy to u boku Cannonballa Adderley'a czy później Dizzy'ego Gillespiego stawiał swoje pierwsze profesjonalne kroki zachwycał pełną kontrolą nad instrumentem, fantastycznym brzmieniem i świadomością artystycznego celu.
"The Story of Cathy & Me" podzielono na trzy części, pierwsza to spotkanie, druga to małżeństwo i trzecia, życie bez ukochanej Cathy.
Nagrana w Down in Deep Studios w Atlancie płyta, w piętnastu utworach zamyka kawałek prawdziwego życia, prawdziwych emocji, jazzowego grania pozbawionego sportowej jurności, ale też tak dzisiaj częstej banalności.
Jest tu szacunek dla każdej nuty, dla każdego interwału, przywiązanie do jazzowych korzeni bluesowych, skromność i jakieś buddyjskie "tu i teraz".
Siedmioosobowy skład instrumentalistów z prawdziwym mistrzostwem kreśli kolejne opowieści a dwie poruszające ballady zaśpiewane przez Tię Michelle Rouse "The Right To Love" i "Love Was Everything When Love Was You And Me" po prostu domykają całość, czyniąc ją kompletną.
Można opowiadać o wspólnym życiu, stracie ukochanej osoby pewnie na milion sposobów. Ja opowieść Fullera zapamiętam na długo.
autor: Andrzej Majak



Curtis Fuller: trombone
Lester Walker: trumpet
Daniel Bauerkemper: tenor saxophone
Akeem Marable: tenor saxophone
Henry Conerway III: drums
Clarence Levy: percussion
Nick Rosen: piano
Kenny Banks Jr.: piano
Brandy Brewer: bass
Kevin Smith: bass
Tia Michelle Rouse: vocals


1. Interlude 1: My Name Is Curtis DuBois Fuller (2:01)
2. Little Dreams (7:25)
3. The First Time Ever I Saw Your Face (4:14)
4. I Asked & She Said Yes (3:42)
5. The Right To Love (7:51)
6. My Lady's Tears (5:25)
7. Interlude 2: My Children (1:49)
8. Sweetness (3:07)
9. Look What I Got (5:29)
10. Interlude 3: Cancer, A Horrible Experience (1:24)
11. Life Was Good, What Went Wrong (4:23)
12. Love Was Everything When Love Was You And Me (3:56)
13. Too Late Now (5:39)
14. Spring Will Be A Little Late This Year (5:06)
15. Interlude 4: My Wish For Cathy And My Friends (2:42)




Curtis Fuller Septet Jams "Star Eyes" at North Sea Jazz Festival 2005

płyta do kupienia na multikutli.com