piątek, 27 kwietnia 2012

Rozmowa z Tomaszem Licakiem, liderem zespołu Trouble Hounting oraz relacja z koncertu sekstetu

Trouble Hunting,
Jazz club Bagatella 40, Pociąg do Jazzu,
13 kwietnia 2012 r., Darłowo

Trouble Hunting, Multikulti Project 2012, MPI020

Jak to na 13 - nastego w piątek przystało, po 800 kilometrowej podróży z przygodami z Odense, zawitał do Nas polsko duński zespół Trouble Hunting. Zaprezentował kompozycje lidera, młodego polskiego saksofonisty Tomasza Licaka. W moim przekonaniu można uznać muzykę graną tego wieczoru za jedno z największych objawień polskiej sceny jazzowej od wielu lat.


Zespół wystąpił u nas w składzie lider Tomasz Licak – saksofon tenorowy, klarnet, Sven Dam Meinild – saksofon altowy i tenorowy, Tomasz Dąbrowski - trąbka, balkan horn Adi Zukanović - fender rhodes, Kasper Tom Christiansen – perkusja (bez basisty Richarda Anderssona obecnego już w dalszej części trasy). Zespół przyjechał promować właśnie wydaną nakładem Multikulti płytę Trouble Hunting. Na koncercie quintet zaprezentował polistylistyczną muzykę, rozpięta między klasyczną kameralistyką, muzyką ilustracyjną, elektroniczną, ambientem, jazzem, rockiem. Pełną groovu, feelingu, czasem hardcorowo dosadną. Pod względem przyjętych rozwiązań muzyka mogła budzić skojarzenia z oktetem/sekstetem Jacoba Anderskova i jego Unity of Action, Newspeak, Full Circle. Dla mnie gra dętych, w momentach zespołowego tutti, przywodziła też na myśl wzburzone fale Ascension.

Tomasz Licak skomponował bardzo zgrabne utwory, wyposażając je w atrakcyjne melodie i nośne tematy No Return. Ten muzyk wspaniale dojrzewa i w tym zespole prezentuje się już nie tylko jako znakomity mainstreamowy saksofonista (Outbreak Quartet), ale też lider z pomysłem na nową muzykę, w której niezależne i symultanicznie rozgrywane plany dźwiękowe powodują odejście od schematu solista i akompaniujący zespół. Kompozytor zaprezentował demokratyczną muzykę. Ten swoisty wielopłaszczyznowy quintet- implikował multikierunkowe słuchanie, a napięcia które powstawały na kanwie tego zabiegu z perspektywy słuchacza były dla mnie niezwykle inspirujące.

Jeśli chodzi o grę muzyków, to każdy z nich zasługuje na osobny komplement. Tomasz Licak imponował w niskim rejestrze. Na tenorze grał krągłym tonem, znakomicie kształtując frazę. Intrygował brawurowymi solami o rozszerzonej tonalności Lightning. O ogromnej dojrzałości tego młodego muzyka świadczy widoczne w jego grze myślenie kompozycją. W trakcie koncertu zmieniał instrument na klarnet, na którym budził skojarzenia z muzyką etniczną, klasyczną, ale był przy tym jak Benny Goodman, który spotyka Chrisa Speeda (Journey for Celery). Tomasz Dąbrowski powalał swoimi abstrakcyjnymi solówkami (Journey for Celery), sonorystycznymi eksploracjami instrumentu , czasem dmuchał jak Peter Evans. Zmieniał instrumenty. Operował również ciepłym tonem swojej bałkańskiej trąbki. Kasper Tom Christiansen z wyobraźnią i metryczną precyzją i konstruował partie solowe Lightning, doskonałym drivem Unexpected Fruits. Sven Dam Meinild intrygował wielką dojrzałością i logiką. Nie epatował głośnością, ale kiedy trzeba był dosadny i wyzywający jak w Unexpected Fruits. Był dobrym duchem tego swoistego brass trio zespołu Licaka. Adi Zukanoviċ brzmiał bardzo nowocześnie, ale nie była to chłodna elektronika a witalny analogowy sound. Doskonale grał harmonicznie i uzupełniał partie basu. Przyznam, że brakowało mi w trakcie kolejnego koncertu na jakim byłem, z obecnym już basistą, że nie ma go w tak dużym wymiarze.
W trakcie całego koncertu dominowała uduchowiona wznosząca harmonia, utwory łączyły się w mini suity tak Journey for Celery, Enigma, No Return. Koncert był bardzo ciekawy różnorodny pod względem prezentowanych nastrojów. Momentów gry z wielką intensywnościa ale i również chwil kontemplacyjnego piękna i melodii Journey for Celery.
Zaczęli jak na płycie, po ambientowej introdukcji Zukanoviċa, jak z soundtracku do lądowania na księżycu, podali barwny temat Levigatis. W Unexpected Fruits na repetytywnej lekko latynoskiej harmonicznie i rytmicznie figurze, dęte wchodziły szorstkimi interwencjami, wtedy koncert już na dobre odpalił. Przed przerwą usłyszeliśmy Lightning, które Kasper Tom Christiansen rozpoczął solowa partią. Rozpędzony znalazł doskonałe wsparcie w basowej linii Zukanoviċa. Temat dętych, jak z kryminału z lat 60tych pozwolił nam smakować nienaganne zestrojenie i znakomite ekwilibrystyczne linie. Komunikatywna i grana z maestrią muzyka odwołująca się do tego co znane, bardzo ożywiła zgromadzonych słuchaczy.

Drugi set miał częściowo odmienny charakter, gdyż zespół rozpoczął go bardzo kameralnie. Charakter kompozycji, pełnia brzmienia dętych i kładacego plamy akordów Zukanoviċa, wywołały złudzenie obcowania z mini orkiestrą symfoniczną. Muzycy pokazali, że klasyka nie jest im obca. Użycie klarnetu przez Licaka potęgowało ten bardzo udany kolorystycznie fragment. Po momentach wyciszenia Zukanoviċ i Christiansen wprowadzali coraz bardziej konkretne i zdecydowane frazy. Adi atakował subsonicznym basem tak, że głośnik ustawiony przy jego rhodesie próbował do nas wyskoczyć. Dąbrowski zagrał na tej bazie imponujące i dzikie solo. Dla grającego trębacza, zespół tworzył paralelną narrację. Słyszalne były głośne okrzyki wyrażajacej w tym momencie swój entuzjazm publiczności. Zakończyli oniryczną kodą. Po tym był już tylko bis, którego od muzyków zdecydowanie się domagaliśmy. Często tak jest, że czeka się na jakąś muzykę – to była muzyka na jaką ja czekam i której chciałbym słuchać, a to wzruszające doświadczenie - Trouble Hunting!

Dwa dni później uczestniczyłem w kołobrzeskim koncercie zespołu. W przepięknej Sali Regionalnego Centrum Kultury ponownie cieszyłem się znakomitymi partiami instrumentalistów, aranżacjami, nośnymi tematami. Brakowało jednak, chyba z prozaicznych przyczyn (niewłaściwe nagłośnienie występu), bezpośredniości obecnej w Darłowie, kiedy to słyszałem dokładnie, jak grają i że idzie nowe.



Tomasz Licak, autor: ker


Fragment wywiadu jaki Marek Lubner przeprowadził z Tomkiem Licakiem po koncercie w Darłowie:

T. L. : Generalnie to pisanie to jest taki kompromis między kompozycją a improwizacją, znaczy kompromis nie w takim sensie, że jeżeli chodzi o rytm to nie myślę czy to jest rytm parzysty czy nieparzysty, bardziej myślę w taki sposób, że jak piszę jakiś groove, czy jakieś ostinato…lini basowej nie myślę o groovie, tylko myślę jakby o całej jej przebiegu i o tym żeby ona miała jakieś takie swoje życie. Generalnie każda z partii ma taki jakiś swój przebieg, życie, które te partie się wzajemnie uzupełniają i w sensie rytmicznym. Oczywiście są takty zapisane… o może lepiej niech nie biorą trąby (rozentuzjazmowany uczestnik koncertu oglądał na czym grał Tomasz Dąbrowski). No i generalnie to się wszystko uzupełnia, znaczy ja pisząc te utwory, nie myślałem o takich. Głównie skupiałem się na formie. Formę zapisywałem nawet graficznie zupełnie. Po prostu brałem kartkę papieru i rysowałem np. taką linię, która cechuje jakieś zmiany harmoniczne albo energię w różnych utworach. Nuty, części konkretne, to na końcu przyszło w większości utworów. Natomiast głównie to było pisane w ten sposób, że na początku była forma zawsze i to jakby na razie się to sprawdza, zobaczymy co będziemy z tym robić.”

M. L. : Słuchałem linii basu na koncercie, to pomyślałem o Jeppe Skovbakke, o tym jak Anderskov rozpisuje dla niego takie długie partie, partia basu jest bardzo rozciągnięta w czasie?

T. L. : Dokładnie, linie basu są długie, chodzi o to, że to co mnie fascynuje właśnie u Jacoba Anderskova, to właśnie to, że te linie bardzo ciężko usłyszeć, jakby ich powtarzalność. One brzmią tak jakby cały czas działo się coś nowego, dlatego że w środku tej linii jest tyle przestrzeni, w czasie której dzieją się różne rzeczy w innych partiach, że jakby ta powtarzalność zanika i to jest bardzo fascynujące w tej muzyce. Myślałem bardzo mocno o tym, że bas i bębny i generalnie sekcja, żyje jakimś swoim życiem w sensie rytmicznym i my mamy swoje partie. Bardzo fajne jest to, że potrafimy nawet w różnych tempach grać, ale w tempach zupełnie niezależnych od siebie i nie wynika to z żadnych podziałów miedzy dętymi a sekcją. To właśnie wynika z narracji i melodii, że melodie są bardzo często napisane w ten sposób, że gramy w zupełnie innych tempach, tempo sekcji jest jedno a tempo dęciaków jest niepłynne, się zmienia i to powoduje coś takiego, że wytwarzają się różne napięcia pomiędzy tym, co grają dęciaki a tym co gra sekcja. To właśnie jest takie improwizowanie kompozycją, czyli używanie tych elementów, które są w kompozycji, ale wprowadzanie ich w dowolnych momentach, operowanie przestrzenią na tej zasadzie. Operowanie gęstością, jakby ilością brzmienia. Czyli generalnie branie takich podstawowych muzyki i biorę takie elementy

piątek, 20 kwietnia 2012

Wojtek Traczyk "Free Solo", Multikutlti Project, MPI021


Wojtek Traczyk "Free Solo", Multikutlti Project, MPI021
Kontrabas w muzyce jazzowej dosyć późno wysunął się na pierwszy plan i nie ma w histori gatunku znowu tak wiele płyt gdzie pojawia się on solo. Sytuacja zmieniła w latach siedemdziesiątych gdy coraz śmielej powstawały solowe nagrania dokumentujące indywidualne improwizacje muzyków. Ci, którzy mierzyli się z solowymi nagraniami na tym instrumencie należeli zwykle do grona najwybitniejszych - nie tylko wirtuozów kontrabasu, ale także kreatywnych liderów własnych projektów. Ron Carter, Dave Holland, Peter Kowald, Mark Dresser, Barry Guy, Kent Kessler, Alan Silva, z młodszych - Clayton Thomas, a w Polsce m.in Marcin Oleś to osoby znane każdemu, kto z improwizowanym jazzem chociaż pobieżnie się zapoznał.

Solowe płyty z muzyką improwizowaną to nie jest prosty materiał muzyczny - nie słucha się tego łatwo i przyjemnie. Ale też dla większości twórców nie jest to celem i najważniejszym elementem takiej formuły. Ponieważ przy solowych projektach mają oni możliwość pełnej kontroli dźwiękowego przekazu - najczęściej najważniejsza jest szczerość. W przypadku kontrabasu, przy dosyć ograniczonym spektrum dźwięku jaki można wydobyć z instrumentu - polegać musimy na kreatywności wykonawcy - możliwości jego preparacji są tu wszak niemałe. Jednak kreatywność to przy solowym graniu nie wszystko - liczy się dyscyplina, skupienie, umiejętność prowadzenia narracji - kreatywność i wirtuozeria wszystkiego nie zastąpi. Równie ważna jest szczerość i prawda. Tym imponuje choćby Peter Brötzmann, którego solowa muzyka - przy dosyć ograniczonych walorach wirtuozerskich - powala nie tylko energią i potęgą brzmienia, ale i szczerością przekazu.

Muzyka, z którą mamy do czynienia ma najnowszym albumie na kontrabas solo nie jest prosta, chociaż jej twórca, Wojciech Traczyk dał się już poznać polskiej publiczności jako znakomity kompozytor, twórca choćby najpiękniejszych i najgłębiej zapadających w pamięć tematów na płytach tria The Light. Jego autorstwa jest choćby zamykający płytę "Afekty" utwór "Shangri La" z charakterystycznym motywem od którego wprost nie sposób się uwolnić. Tutaj jednak pokazuje się nam z odmiennej strony - penetruje inne, niemelodyczne rejony improwizacji, czasami preparując instrument, czasami grając głębokim, czystym dźwiękiem. Słychać w jego muzyce rozmaite wpływy i korzenie - jazzowy puls przechodzi w trzecionurtowe poszukiwania, by za chwilkę zabrzmieć niczym któraś z kompozycji Schnittkego; pobrzmiewające w głębi echa folkloru Wschodu i Południa mieszają się z akademickimi wpływami dwudziestowiecznej awangardy. Pokazuje to nie tylko elokwencję twórcy płyty, ale także jego wszechstronność i umiejętność adaptacji rozmaitych tradycji w osobistym brzmieniu jego muzyki. Pomiędzy tymi obliczami - tym melodycznym i tym nie - i różnymi inspiracjami, jest jednak także dużą zbieżność. Muzyka nie nabiera drapieżności - nawet gdy instrument w jego dłoniach skowyczy i wyje, zawsze w jego brzmieniu jest jasność i ciepło; ani śladu histerii, mimo że bolesna tęsknota nie jest mu obca.

Płyta Wojtka - jak sam wspomina - przynosi najpełniejsze świadectwo tego kim on jest - nie tylko zresztą jako muzyk, chociaż przede wszystkim. Solowy puls kontrabasu - jak sam przyznaje - towarzyszy mu bowiem każdego dnia i w różnych momentach życia, a osobiste doświadczenia wpływają na muzykę i kondycję twórczą artysty. Praca nad indywidualnym brzmieniem i własną muzyką jest więc pracą "nad sobą" w szerszym, ludzkim wymiarze.

Cóż, prezentujemy płytę w naszym odczuciu wybitną, chociaż niełatwą, będącą odwołaniem do różnych tradycji i doświadczeń, ale i jednorodną, konsekwentną i zwartą w narracji oraz przekazie. Autor ułożył muzykę na kształt mszy - muzycznego misterium, której poszczególne części mają pełną, ale i czytelną muzyczną formę. W naszym odczuciu to nowa jakość - nie na krajowej scenie - bo nie takie jest miejsce fascynującej głębią muzyki Wojtka - ale w polskiej solowej improwizacji.


Wojtek Traczyk: double bass


1. Examen Concientiae
2. Kyrie
3. Gloria
4. Sanctus
5. Benedictus
6. Agnus Dei
7. Communio


płyta do kupienia na multikutli.com

środa, 18 kwietnia 2012

RED Trio + Nate Wooley [Nate Wooley / Rodrigo Pinheiro / Hernani Faustino / Gabriel Ferrandini] "Stem", Clean Feed 2012, CF249

RED Trio + Nate Wooley [Nate Wooley / Rodrigo Pinheiro / Hernani Faustino / Gabriel Ferrandini] "Stem", Clean Feed 2012, CF249

Red Trio to znakomity portugalski zespół który nie pierwszy raz pojawia się katalogu oficyny Clean Feed. O ile jednak pierwsza ich płyta przynosi muzykę która hipnotyzowała energią, ale i po pewnym czasie nużyła przewidywalnością konwencji, to zupełnie inaczej ma się sprawa gdy dołącza do nich gość zza oceanu - muzyka nieco traci na żywiołowości, ale zyskuje zdecydowanie na otwartości i kreatywności.

Pierwsza płyta tria, jak i ich koncerty, przynosi muzykę dosyć schematycznie zbudowaną jeżeli chodzi o formę - od poszukiwania i preparacji instrumentów muzyka zyskiwała na energii aż to energetycznej erupcji gdy muzycy zapętlali jakiś krótki rytmiczny motyw, po którym następowało gwałtowne wyciszenie i proces rozpoczynał się od nowa - czasem nawet kilkakrotnie w ramach jednego utworu. Oczywiście w toku improwizacji krystalizowały się z tego małego składu dialogujące duety, było miejsce na starannie budowane partie solowe, ale forma zawsze była taka sama - od jednego energetycznego spazmu do następnego. Oczywiście skład ten jest niesłychanie zgrany i rozumie się w półdźwięku, więc słuchało się tej muzyki z dużą przyjemnością, ale po kilkukrotnym spotkaniu okazywało się, że już nie ma ona przed nami tajemnic.

Muzycy zresztą chyba myśleli i czuli podobnie, bo na kolejną płytową realizację (dla litewskiego NoBusiness) zaprosili amerykańskiego saksofonistę Johna Butchera. On otworzył ich muzykę i wyrwał ją z zaklętego kręgu napięć i rozprężeń, uczynił narrację bardziej linearną i wzbogacił warsztat poszczególnych instrumentalistów. W dalszym ciągu jednak nie była to muzyka w której nie myśleli oni "formą" poszczególnych kompozycji.

Taką zmianę możemy obserwować na najnowszym nagraniu grupy w którym towarzyszy im inny amerykański improwizator - kornecista i trębacz Nate Wooley. Muzyka traci zdecydowanie na energii, ale dzięki starannej, przemyślanej narracji zyskuje "kształt" - to już nie jest zbiór dźwiękowa magma w której liczy się tylko muzyczne teraz. Przy tym zespół nie traci nic więcej ze swoich wielu atutów - znakomite opanowanie instrumentarium, kreatywność muzycznych preparacji, intuicyjne porozumienie. Czasami, gdy trzeba, Gabriel Ferrandini - młodziutki perkusista w typie Paala Nilssen-Love'a - potrafi niezwykle rozpędzić ten skład, ale Wooley - chyba dowodzący tutaj zespołem - nieprzykłada takiego znaczenia do rockowej energii, jak choćby Ken Vandermark czy Dave Rempis. Ważniejsze są dla niego harmonie i koloryt dźwięku, brzmienie kolektywu. I to zdecydowanie w tym nagraniu słychać. Jeżeli więc lubicie taką muzykę, nieprzewidywalną, ale wykrystalizowaną w formie - polecam ten album gorąco.


Nate Wooley: trumpet
Rodrigo Pinheiro: piano
Hernani Faustino: double bass
Gabriel Ferrandini: drums, percussion

1. Flapping Flight
2. Phase
3. Ellipse
4. Weight Slice
5. Tides





Red Trio + Nobuyasu Furuya, Lisboa, December 12th, 2008


płyta do kupienia na multikutli.com

sobota, 14 kwietnia 2012

Nowy album Tomasz Licak Sextet w Multikulti Project i promująca go trasa koncertowa

Tomasz Licak Sextet "Trouble Hunting", Multikulti Project 2012, MPI020.


Trouble Hunting to polsko-duński sextet założony w październiku 2010 roku w Odense (DK). Zespół Wykonuje głównie oryginalne kompozycje Tomasza Licaka. Prezentowane utwory inspirowane są szeroko pojęta współczesną muzyką jazzową i klasyczną. Niezwykle istotną rolę w twórczości Trouble Hunting odgrywa element improwizacji, nie dotyczy on jednak wyłącznie gry poszczególnych muzyków, a raczej improwizacji kompozycją. Nadaje to muzyce zespołu oryginalne brzmienie, oraz szczególną, unikalną spójność stylistyczną. Muzyka Trouble Hunting jest pełna kontrastów, zarazem minimalistyczna i bogata, narracyjna i uciekająca w abstrakcję.

Wydana nakładem duńskiej wytwórni Blackout Music w 2011 roku płyta Tomasz Licak/Artur Tuznik Quintet trafiła na wąską listę Best Albums of 2011 opiniotwórczego jazzwrap.blogspot.com. Album "Trouble Hunting" jest jego twórczym rozwinięciem.

Tomasz Licak - kompozytor i saksofonista jazzowy, urodzony w 1986 roku w Szczecinie. Od 2005 roku związany z Carl Nielsen Academy of Music w duńskim Odense. Regularnie współpracuje z wieloma duńskimi, polskimi oraz niemieckimi muzykami (są wśród nich Anders Mogensen, Simon Krebs, Rudi Mahall, Kasper Tom Christiansen, Richard Andersson, Grzegorz Grzyb, Marek Kądziela). Oprócz własnego trio, w skład którego wchodzą perkusista Rasmus Schmidt i kontrabasista Richard Andrsson, tworzy znany już na polskiej scenie jazzowej zespół KRAN oraz polsko-duński kwintet Tomasz Licak/Artur Tuźnik Quintet. Jest laureatem pierwszego miejsca konkursu „Bielskiej Zadymki Jazzowej 2010“ (uzyskanego z zespołem Outbreak Quartet) oraz nagrody indywidualnej „Krokus Jazz Festival“ w roku 2009 w Jeleniej Górze.

Regularnie koncertuje z różnymi formacjami, takimi jak chociażby: Horn Amok, Krebstet, czy Licht An!.

Ma na swoim koncie płyty: K.R.A.N. Kran, Last Call – The Outbreak Quartet, Quintet feat. Anders Mogensen.

1. Levigatis [05:11]
2. Unexpected Fruits [10:08]
3. Lightning [06:02]
4. Journey For Celery [08:47]
5. Enigma [03:05]
6. No Return [06:34]

 
Trasa koncertowa promująca album:
13.04 Darłowo - Bagatela
14.04 Gorzów Wlkp. - Jazz Club Pod Filarami
15.04 Kołobrzeg - Regionalne Centrum Kultury
16.04 Bydgoszcz - PRL (rynek starego miasta)
17.04 Warszawa - Pardon, To Tu
20.04 Wałbrzych - A'propos
21.04 Łódź - Bajkonur - Koncert + impreza z okazji premiery!!! g. 20.00 - Wstęp wolny


Tomasz Licak - tenor sax, klarnet
Sven Dam Meinild - alto sax, tenor sax
Tomasz Dąbrowski - trumpet, balkan horn
Adnan Zukanović - fender rhodes, klawisze, laptop*
Richard Andersson - bas
Kasper Tom Christiansen - perkusja

*w Łodzi na gitarze Marek Kądziela !!!


płyta do kupienia na multikutli.com

czwartek, 12 kwietnia 2012

Ballister [Dave Rempis / Fred Lonberg-Holm / Paal Nilssen-Love] "Mechanisms", Clean Feed 2012, CF245

Ballister [Dave Rempis / Fred Lonberg-Holm / Paal Nilssen-Love] "Mechanisms", Clean Feed 2012, CF245
Dave Rempis, Fred Lonberg-Holm oraz Paal Nilssen-Love powołali Balister przed kilku laty, a niniejsza płyta jest ich drugą realizacja. Sami opisują swój zespół jako "free-wheeling trio", nie precyzując jednak co miałoby to oznaczać. Może to być więc zwrócenie szczególnej uwagi na sam akt kreacji, osadzony owszem w jazzowej tradycji, ale równocześnie uwolniony od czysto stylistycznych ograniczeń.

Samo brzmienie zespołu jest potężne - motorem tego zespołu jest, a jakże, norweski perkusista, który pewnie zapędził by w kozi róg większość rockowych perkusistów, nadaje muzyce groove i moc, nasyca ją głęboką energią; Dave Rempis gra nieco inaczej niż w czasach Vandermark 5 - mniej u niego odwołań wprost do bebopu i hardbopu (chociaż w potoczystej zmienności jego frazy wciąż pobrzmiewa miłość do muzyki Charlie Parkera), więcej za to zgrzytów i harkotów rodem raczej z free improv-u. Jego gra jest jednak najbliższa jazzowej tradycji i wprowadza coś na kształt melodii. Lonberg-Holm ma nieco inne zadania - nie daje się o tu poznać od lirycznej strony, raczej odpowiada za drapieżną, chrapliwą stronę muzyki odwołując się do noise'u i sięgając po elektroniczne preparacje. Rzadko jednak buduje z nich dźwiękową ścianę - najczęściej jego frazy są pełne zawieszeń, porwane i zmienne.

Poszczególne utwory nie mają z góry ustalonej formy - mamy tu bowiem doczynienia z zupełnie nieskrępowaną improwizacją, zarejestrowaną w dodatku "na żywo", podczas koncertu w chicagowskim klubie Hideout. Nie przeszkadza to jednak cieszyć się muzyką zespołu - znakomite porozumie wewnątrz tria nie jest jednak przypadkiem. Wszyscy ci muzycy spotykali się razem w rozmaitych, często tworzonych ad hoc konstelacjach, ale i pracowali systematycznie razem współtworząc Territory Band Kena Vandermarka. I te wspólne doświadczenia świetnie tu słychać, chociaż muzyka nie staje się przez to ani trochę bardziej przewidywalna. Na szczęście - dzięki temu artyści zaskakują siebie i nas wciąż na nowo.
autor: Marcin Jachnik


Dave Rempis: alto, tenor & baritone saxophones
Fred Lonberg-Holm: cello, electronics
Paal Nilssen-Love: drums, percussion


1. Release Levers 19:47
2. Claplock 16:35
3. Roller 28:19



Ballister [Dave Rempis / Fred Lonberg-Holm / Paal Nilssen-Love], Pop's Packing


płyta do kupienia na multikutli.com

piątek, 6 kwietnia 2012

Joe McPhee / Ingebrigt Håker Flaten "Brooklyn DNA", Clean Feed 2012, CF244.


Joe McPhee / Ingebrigt Håker Flaten "Brooklyn DNA", Clean Feed 2012, CF244.
Najnowsza produkcja duetu Joe McPhee - Ingebrigt Håker Flaten to "płyta z tezą" - chociaż może nie jest to bardzo precyzyjne sformułowanie. Raczej należałoby powiedzieć "płyta na temat". A jest nim muzyka związana z Brooklynem, dzielnicą Nowego Yorku (tam powstała albo o tym miejscu opowiadająca); jak i ze społecznością mieszkających tam muzyków. Ale też z konkretnym czasem tego miejsca, z jego latami świetności. Dla Joe McPhee były to lata czterdzieste, pięćdziesiąte i sześćdziesiąte ubiegłego wieku, gdy właśnie tam powstawała historia jazzu.

Cześć utworów wzięła swoje tytuły od miejsc - najczęściej są to kluby gdzieś po Brooklynie rozsiane i dziś już nieistniejące (Putnam Central - gdzie grali Charlie Parker i Dizzy Gillespie, Blue Coronet - jeden z najdłużej działających klubów, grywał tam m.in. Miles Davis; 214 Martense - miejsca gdzie długi czas grywał Dewey Redman, CBJC - Central Brooklyn Jazz Consortium), "Crossing the Bridge" przywołuje Most Brooklyński, ale jest również odwołaniem do słynnej kompozycji Sonny'ego Rollinsa, no i wreszcie wieńczący płytę utwór "Here and Now" o którym sam McPhee napisał, iż jest próbą odpowiedzi na pytanie Dona Cherry'ego zawarte tytule jego słynnej płyty "Where Is Brooklyn?" z 1966 roku.

Jakie jest muzyczne DNA wg Joe McPhee i Håker Flatena? Liryczne i pełne pogodnej zadumy z jednej strony, ale także drapieżne, rozedrgane i twórcze z drugiej. Brzmienie saksofonu amerykańskiego muzyka i jego jest rozpoznawalne od pierwszej chwili. McPhee - dziś już ponad siedemdziesięcioletniego - od lat imponuje jako człowiek i artysta, ale niekoniecznie jako wirtuoz instrumentu. Potrafi właściwie zagrać wszystko, a jakby celowo podkreślał własne ograniczenia. Czasem grając na trąbce z całego arsenału dźwięków eksponuje tylko i wyłącznie szmery. W Nickelsdorfie rozpoczynając solowy koncert odłożył na bok saksofon i trąbkę, a zagrał na wuwuzeli, której możliwości są właściwie żadne. Jego saksofonowe szybkie frazy, grane jakby tylko na częściowym zadęciu czy też nie wybrzmiałe w pełni, jakby zbyt szybko przerwane dźwięki są bardzo charakterystyczne i niemożna z niczym ich pomylić. Ale jest w tym celowa metoda twórcza, akcentująca indywidualny język i przedkładająca własny styl nad wirtuozerską doskonałość. Taki McPhee jest i tutaj, od takiego brzmienia niesposób się oderwać i niesposób o nim zapomnieć. Bo Joe - tak jak podczas przywoływanego koncertu w małym kościele w austriackim miasteczku - zdaje się nasycać muzykę swoim duchem i żarem; wydobywa z instrumentu znacznie więcej niż tylko dźwięki. Jest w tym prawda płynąca z doświadczenia życia, a nie tylko intelektualna spekulacja.

Ingebrigt gra tutaj niemal wyłącznie palcami, a najważniejszy jest dla niego śpiewny swing. Jego instrument o głębokim brzmieniu płynie leciutko nawet gdy McPhee zostawia na boku swój liryzm i gra bardziej drapieżnym dźwiękiem. Ale że nie ma tych partii bardzo wiele na tej płycie, ich wspólne granie pozostaje w harmonii, a nie jest rozmową i nie opiera się na kontraście. Kontrabas jest dopełnieniem tej muzyki, chociaż w moim odczuciu jest to raczej płyta solowa Joe McPhee, nagrana tylko z jego akompaniamentem. Nie ma w tym winy Ingebrigta - to saksofonista i trębacz w jednej osobie jest tu narratorem i przewodnikiem, opowiada historię o której Håker Flaten - chociażby z racji wieku - nie ma bladego pojęcia. Myślę, że on sam świetnie zdawał sobie z tego sprawę - nie od dziś grywa on z tym legendarnym muzykiem (to już ponad dziesięć lat od kiedy wraz z Matsem Gustafssonem i Paalem Nilssem-Love'm zaprosili go na drugi album The Thing). Nie deprecjonuję przez to jego umiejętności i znaczenia, stwierdzam jedynie fakt. Także przez taką formułę płyta ta zyskuje w moich oczach.

A moje zdanie o niej, jakie jest? Cóż, zachwycony jestem tym nagraniem, uważam, że jest nadzwyczajne. Dawno nie słyszałem tak pięknego albumu, pogodnego i nostalgicznego jednocześnie. Akcentującego w muzyce brzmieniowe braki i przez to doskonalszego w formie, bo mówiącego o żywych ludziach. Podkreślającego niedoskonałości i przez to prawdziwszego, głębszego i mocniej do mnie przemawiającego.
autor: Wawrzyniec Mąkinia



Joe McPhee: pocket trumpet, soprano saxophone, alto saxophone
Ingebrigt Håker Flaten: double bass


1. Crossing the Bridge
2. Spirit Cry
3. Putnam Central
4. Blue Coronet
5. 214 Martense
6. CBJC
7. Enoragt Maeckt Haght
8. Here And Now


Joe McPhee / Ingebrigt Håker Flaten, The Stone, NYC, July 2011


płyta do kupienia na multikutli.com

wtorek, 27 marca 2012

Double Tandem [Ab Baars / Ken Vandermark / Paal Nilssen-Love] "Cement", PNL Records 2012, PNL013


Double Tandem [Ab Baars / Ken Vandermark / Paal Nilssen-Love] "Cement", PNL Records 2012, PNL013
Pierwsze nagranie super tria Ab Basra / Ken Vandermark / Paal Nilssen-Love jest w pełni improwizowane (co było do przewidzenia - bo w takiej formule gustuje będący tu napędem norweski perkusista), ale i nieprzewidywalne. Odmienne techniki gry obu "dmuchaczy" budują bowiem kontrast i napięcie, a mocna podbudowa rytmiczna jest znacznie więcej niż tylko tłem dla zmagań dęciaków.

Na pierwszy rzut oka najważniejszy powinien tu być chicagowski saksofonista - to on grał i z Paalem Nilssem-Love'm, i z Abem Baarsem - ale tutaj tak nie jest. Zwornikiem zespołu, osobą budującą kolektyw jest bowiem norweski specjalista od bębnów i perkusjonaliów. Rola Paala Nilssen-Love'a jest tu bowiem znacznie ważniejsza niż tylko osadzenie w rytmie i "drivie" klarnetów i saksofonów. Tworzą się w tym nagraniu duety, w których na przemian z perkusistą improwizują Vandermark i Baarsa. Świetnie widać to najdłuższym na płycie, ostatnim utworze "Shale" - najpierw jest duet Paal-Ken, podobny do ich wspólnych nagrań z cyklu "Dual Pleasure" - mocny driver i improwizacja Vandermarka na tenorze, prowadząca do zapętlonego, krótkiego, "rockowego" riffu, który następnie jest przetwarzany (Vandermark nigdy literalnie nie powtarza go dwukrotnie, zawsze coś się w nim zmienia) i ulega rozpadowi, a następnie wchodzi klarnet Baarsa, budujący już zupełnie inną, pastelową i nieco przytłumioną strukturę - znów w duecie z norweskim perkusistą.

Odmienność Vandermarka i Baarsa znakomicie słychać, gdy grają na klarnetach - Ken gra bardzo siłowo i lubuje się wysokich, piskliwych rejestrach instrumentu. O wiele bardziej pełna niuansów i natchnienia jest gra Holendra - pastelowa w kolorycie i wykorzystująca w pełni możliwości instrumentu. O wiele bliżej im do siebie w grze na tenorze, chociaż mięsista barwa Vandermarka, głębia i jędrność jego brzmienia jest nie do podrobienia. Holenderski muzyk nie jest tak skrajnie odmienny jak Amerykanin gdy chwyta za saksofon - znów jest bardziej kolorystą, niż muzykiem prowadzącym melodyczną narrację. A już bardzo daleko mu, gdy porównamy z Vandermarkiem motorykę ich improwizacji.

Obaj muzycy zresztą różnicują instrumentarium - gdy jeden z nich chwyta za klarnet, to za chwilkę odezwie się odmienny instrument partnera. I tak na przemian - sporadycznie tylko obaj pojawią się w tych samych "instrumentalnych wcieleniach". Znakomicie ułatwia to rozpoznanie poszczególnych partii i dodatkowo wzmacnia kontrast brzmienia.

To płyta nie tak przebojowa jak popisy Paala i Kenem, mniej rockowa i bardziej zróżnicowa, zniuasowana właśnie poprzez obecność Aba Baarsa. Nie tak mocna i "odjechana" jak inne nagranie z podobnym składzie i z udziałem norweskiego perkusisty - "The Fat Is Gone" z Peterem Brötzmannem i Matsem Gustafssonem. "Cement" jest nagraniem bardziej lirycznym i zamyślonym, ale cały czas - nie tylko gdy Vandermark chwyta za tenor - pulsującym podskórną i głęboką energią.
autor: Marcin Jachnik


Double Tandem
:
Ab Baars: tenor saxophone, b-flat clarinet, shakuhachi
Ken Vandermark: tenor saxophone, b-flat clarinet
Paal Nilssen-Love: drums, percussion


1. Marl 12:54
2. Skarn 4:39
3. Shale 30:25




Double Tandem: Ab Baars, Ken Vandermark & Paal Nilssen-Love


płyta do kupienia na multikutli.com

piątek, 23 marca 2012

Peter Brötzmann / Adam Melbye / Håkon Berre "A Tale of Three Cities", Barefoot Records 2007, BFREC008

Peter Brötzmann / Adam Melbye / Håkon Berre "A Tale of Three Cities", Barefoot Records 2007, BFREC008.
 
Dwóch młodych Skandynawów wspiera w tym nagraniu legendę europejskich scen jazzowych Petera Brötzmanna - tak można by rozpocząć tą recenzję. Ale nie oddawałaby ona w pełni zawartości płyty. Zarówno bowiem Adam Melbye, jak i Håkon Berre są dla Brotzmanna nie uzupełnieniem czy dodatkiem, ale równorzędnymi partnerami i on sam w tym nagraniu tak ich postrzega i za takowych uznaje.

W dorobku Brötzmanna to nie nowość - przez całą karierę wiązał się on bowiem z młodymi muzycznymi scenami, które postrzegał jako twórcze i kreatywne, wzbogacał je, pokazywał, ale i sam czerpał z ich młodzieńczego entuzjazmu, nowych idei i pomysłów. Tak było z Laswellem i Zornem, z japońską sceną awangardową, czy też w dziewięćdziesiątych latach ubiegłego wieku (i pozostaje po dziś dzień) ze sceną tzn. "młodego Chicago".

Tym razem niemiecki nestor sięga po muzyków z Danii i Norwegii, ale o pokolenie czy nawet dwa młodszych niż jego doświadczeni i ograni partnerzy - Nilssen-Love, Ole Jorgensen, Friis-Nielsen. Obaj nie są nowymi twarzami (no, może dla polskich odbiorców są) na scenach europejskich - współtworzą kolektyw Barefoot Records oraz kilka wydających tam grup - The Mighty Mouse, Esther Orkester, Maria Faust Group. Współpracowali z uznanymi muzykami sceny free, ale i bardziej mainstreamowego jazzu - Jesperem Zeuthenem, Sture Ericsonem, Simonem Toldamem, Markiem Sandersem, Paulem Brosseau, Wu Wei, Marciem Bernsteinem, Bobem Rockwellem, Jonasem Westergaardem. Gdy jednak w 2007 roku zaprosili do wspólnego grania Petera Brötzmanna niewiele jednak takich doświadczeń mieli za sobą. I doświadczony niemiecki muzyk zrobił z nich kolektyw w ciągu chwili.

Zebrane na płycie nagrania zarejestrowane zostały podczas trzech różnych koncertów (z trzech różnych miastach – stąd też tytuł płyty) w maju 2007 roku. Mamy tu zupełnie swobodną i nieskrępowana improwizację, ale Peter czasami wplata w nią komponowane tematy. Tak jest chociażby na zakończenie drugiego na płycie utworu BakSkuld, gdzie pojawia się fragment znany z innych jego nagrań - "Be Music, Night" Tentetu czy "Guts" kwartetu Brötzmann / McPhee / Kessler / Zerang. To zresztą było charakterystyczne dla tamtego okresu jego twórczości - nieco bardziej wyciszonego i pełnego niemal lirycznych odniesień - podobne metody stosował on wówczas w dużych formacjach, ale kameralnych składach jak Sonore czy choćby duet z Michaelem Zerangiem. Brötzmann improwizuje zresztą w swoim stałym stylu - gra dźwiękiem długim, mocnym, rozwibrowanym, jakby wydobywanym z trzewi i przeszywającym do szpiku kości. Ale na podobnym poziomie prezentują się tu jego partnerzy - Melbye gry gra smyczkiem potrafi być równie kreatywny i mocny jak Brötzmann, a jego timing arco może swingować, ale i rozsadzać skumulowaną energią. Berre na bębnach potrafi stworzyć fakturę równie gęstą jak Nilssen-Love, chociaż nie ma jeszcze jego mocy i drive'u. Czas jest jednak niezwykle czujny reagując na każdą zmianę brzmienia partnerów.

Świetna płyta trzech równorzędnych improwizatorów, a w dorobku Brötzmanna jedno z bardziej spokojnych nagrań.
autor: Marcin Jachnik



Peter Brötzmann: reeds
Adam Melbye: bass
Håkon Berre: drums, percussion

1. BahnHof 20:11
2. BakSkuld 11:54
3. Bebo Blues 33:38



tym razem w duecie - sekcja rytmiczna w 2009 roku


płyta do kupienia na multikutli.com

środa, 7 marca 2012

El Rego "El Rego", Daptone Records 2011, DAP023


El Rego "El Rego", Daptone Records 2011, DAP023
Soul & Funk z Afryki Zachodniej a dokładnie z Beninu, państwa nad Zatoką Gwinejską. Theophile Do Rego (aka El Rego) w latach 60. i 70. wystepując w Senegalu, Nigrze, Burkina Faso i oczywiście Beninie zdobył ogromną popularność. Oczywiście w tych czasach król był jeden, był nim Fela Kuti, który kiedys powiedział "James Brown ukradł moja muzykę". Choć daty obalają tą tezę to jednak eksplozję Soul & Funk w USA w latach 50. i później z powodzeniem można przyrównać do eksplozji w Afryce Soul & Funk, które tutaj zostały nazwane afrobeatem.
W Afryce często afrobeat był także nośnikiem idei wolnościowych, tak też było z El Rego, choć ten wątek nie dominuje w jego twórczości tak jak chociażby w muzyce Fela Kutiego. Do ojczystego Beninu powrócił dopiero po odzyskaniu niepodległości w 1971 roku.
W muzyce Theophile Do Rego zbiegają się tradycyjne rytmy Zachodniej Afryki, afro-latin, afro-funk i charaktrestystyczny dla tego regionu melancholijny blues.
Płytę zachwyca ostrym, wypełniającym każdy centymetr ciała transowym graniem i głębokim męskim głosem lidera w towarzyszeniu kapitalnych chórków. Fascynujący okres afrykańskiej kultury.
autor: Piotr Szukała


El Rego et Ses Commandos:
Roger Coffi: guitar
Paul Alapini: vocals
Marcelin Kpohonon: tumba 
Théophile Do-Rego a.k.a. El Rego: vocals
Christian Agueh: vocals
Michel Diogo: saxophone 
Oscar De Souza: guitar
Emmanuel Ganssounou: trumpet 
Paul Hounnou: bass, band leader 
Baboni Oudou: saxophone, flute

All songs by Théophile Do-Rego
A&R: Frank Gossner

 

1. Feeling You Got 3:45
2. Zon Dede 3:24
3. E Nan Mian Nuku 4:32
4. Djobime 2:34
5. Dis-Moi Oui 3:02
6. Hessa 2:59
7. Kpon Fi La 3:56
8. Do Do Baya 3:30
9. Vive Le Renouveau 4:39
10. Achuta 2:23
11. Cholera 2:49
12. Ke Amon-Gbetchea 3:26





płyta do kupienia na multikutli.com

piątek, 2 marca 2012

Wild Chamber Trio [Gianni Mimmo / Elisabeth Harnik / Clementine Gasser] "10.000 Leaves", NotTwo 2012, MW8802


Wild Chamber Trio [Gianni Mimmo / Elisabeth Harnik / Clementine Gasser] "10.000 Leaves", NotTwo 2012, MW8802
Płyta Wild Chamber Trio - jak sama nazwa zespołu wskazuje - powinna oferować muzykę dziką, ale o kameralnej formie. Ten drugi aspekt wydaje mi się spełniony, natomiast nieco inaczej wygląda sprawa z "dzikością".

To pojęcia w odniesieniu do muzyki w drugiej połowie poprzedniego stulecia nieco się zdewalułowało. Co jeszcze uznać za "dzikie" po dokonaniach Petera Brötzmanna, Masayuki Takayanagi, Kaoru Abe, Evana Parkera (by wymienić tylko tych muzyków poruszających się obszarze free jazzu) czy też twórcach noise'u z Masami Akitą czy Lasse Marhaugiem na czele (znów wymieniam tylko tych którzy na obszary free jazzowe się zapuszczali)? Zresztą czy wciąż doczynienia jeszcze mamy z free jazzem? Brötzmann w jednym z wywiadów mówił, że niezbyt chętnie przystaje na to pojęcie w odniesieniu do jego własnej twórczości - raczej powinno się mówić o "przekraczaniu granic". Stylistyka Wild Chamber Trio wydaje się być od tego więc pojęcia (free jazz) równie odległa, co twórczość słynnego niemieckiego saksofonisty, a może nawet dzieli je dystans jeszcze większy. Bo niektóre tematy "rzeźnika z Wuppertalu" wyrastają wszak na gruncie swingu, niektóre płyty mają bardzo "jazzową" formułę (by przywołać tu chociażby dorobek nagraniowy jego chicagowskiego tentetu). Tutaj, na tym nagraniu, takich odniesień ja nie znajduję.

Gatunkowo płyta przynależy chyba do free improv, ale nie tego bardzo radykalnego. Nie ma tu kontemplacji szmerów i brzdąknięć, a dźwięki muzycy wydobywają z instrumentów w raczej tradycyjny sposób. Nie ma stylistycznych granic muzyki, jest natomiast intensywność, która wszak na miano dzikiej - mając w perspektywie twórczość wyżej wymienionych - w moim odczuciu nie zasługuje. Z kameralistyki Mimmo, Harnik i Gasser wzięli dbałość o formę poszczególnych utworów i malutki skład, jak również odniesienia do komponowanej muzyki dwudziestowiecznej awangardy. Lecz na eksperymenty miejsca wiele tu nie zostaje. Tak, świetnie się oni rozumieją, doskonale ze sobą współpracują i potrafią siebie nawzajem inspirować, więc płyty znakomicie się słucha. Zachwyca zwłaszcza Clementine Gasser - znana w Polsce ze współpracy z Mikołajem Trzaską. Paletę barw i różnorodność emocji kreowanych przez instrumentalistkę trudno doprawdy ogarnąć. Ale jeśli ktoś szuka czegoś autentycznie "dzikiego" - powinien szukać gdzie indziej.
autor: Marek Zając


Wild Chamber Trio: 
Gianni Mimmo: soprano saxophone 
Elisabeth Harnik: piano 
Clementine Gasser: 5-string cello


1. Atomic Heart 7:28
2. Shade Multiplication 3:07
3. Fire Code 8:02
4. Radiance 4:10
5. 10.000 Leaves 9:43
6. Kitty Hawk 9:53
7. Remaining Words 9:30



Clementine Gasser w duecie z Mikołajem Trzaską
Lublin Jazz Festival 2011, 16.04.2011, Lublin


płyta do kupienia na multikutli.com