poniedziałek, 29 czerwca 2015

Peter Kowald / Kent Kessler / Fred Lonberg-Holm "Flats Fixed", Corbett vs. Dempsey 2015, CVSDCD016

Peter Kowald / Kent Kessler / Fred Lonberg-Holm "Flats Fixed", Corbett vs. Dempsey 2015, CVSDCD016
W roku 1998, w studiu WNUR Radio w Evanston, legendarny niemiecki basista, długoletni partner Petera Brotzmanna, Peter Kowald zarejestrował wraz z dwójką chicagowskich muzyków - kontrabasistą Kentem Kesslerem oraz wiolonczelistą Fredem Lonberg-Holmem materiał na triową płytę.

Od początku założeniem było, iż cały materiał ma być improwizacją na trzy instrumenty smyczkowe. Centrum tego nagrania jest sześć miniatur (każda około minuty długości), powstałe według pomysłu Petera Kowalda. Jak napisał w liner notes John Corbett - pierwotnie miały one być szkieletem i kontrapunktem dla mających bardziej konwersacyjny charakter, dłuższych improwizacji. Ponieważ jednak Peter Kowald nie zdążył juz ukończyć pracy nad tym materiałem (chociaż cała trójka muzyków była bardzo zadowolona z zarejestrowanej muzyki), zdecydowano się na odmienny układ płyty. Cztery dłuższe, triowe improwizacje wypełniły pierwszą jej część, potem znajduje się sześć miniatur, a w charakterze kody ostatnia, piąta, trwająca piętnaście minut improwizacja. Jest i postscriptum - to niedługie, duetowe improwizacje muzyków zarejestrowane podczas tej samej sesji (cztery duety Kowalda z Lonberg-Holmem i jeden Kowald-Kessler na dwa kontrabasy).

Co zaskakujące, poprzez takie zestawienie nagrań, wcale nie obcujemy z materiałem o przypadkowym czy też czysto dokumentalnym charakterze. To nagranie ma fantastyczną energię, która w krótkich, przemyślanych, minutowych zwarciach osiąga swoją kulminację i stopniowo wycisz się poprzez trio i duety. Muzyka - co jest specyfiką nagrań na trzy strunowe instrumenty z użyciem smyczków - bliska jest trzecionurtowemu podejściu do improwizowanej muzyki w jego ściśle współczesnym rozumieniu. Jednak od hipnotycznych fraz trójki muzyków naprawdę trudno się oderwać i jeśli tylko uda się słuchaczowi do tej muzyki podejść w ciszy i z należnym skupieniem - odkryje wtedy niezwykłe piękno i intensywność tego spotkania. Polecam bardzo!
autor: Marek Zając

Peter Kowald: bass
Kent Kessler: bass
Fred Lonberg-Holm: cello

1. FF 1 7:10
2. FF 2 5:58
3. FF 3 3:23
4. FF 4 17:23
5. Miniature 1 0:55
6. Miniature 2 1:02
7. Miniature 3 1:09
8. Miniature 4 1:00
9. Miniature 5 1:17
10. Miniature 6 2:19
11. FF 6 15:10
12. b & c 1 4:29
13. b & b 3:23
14. b & c 2 5:42
15. b & c 3 3:48
16. b & c 4 2:51

płyta do nabycia na multikulti.com

czwartek, 25 czerwca 2015

Joe McPhee "Glasses" Corbett vs. Dempsey 2012, CVSDCD006

Joe McPhee "Glasses" Corbett vs. Dempsey 2012, CVSDCD006
Pisanie o koncertach solowych czy też nagraniach solowych dokonywanych przez Joe McPhee wydaje mi się szalenie trudne - bo wszystko to, co robił i robi samotnie jest po brzegi nasycone swoistą, zaczerpniętą od Coltrane'a i Colemana, głęboką i autentyczną duchowością. Trudno jest mi znaleźć słowa, które oddają moje odczucia, gdy słucham jego solowej muzyki, ale ponieważ ją szczerze uwielbiam, cóż, zatem spróbujmy.

Album "Glasses" zarejestrowany został w październiku 1977 roku w bardzo ważnym dla dokonań artysty okresie. Nagrał on wtedy w krótkim czasie cztery albumy solowe, które stanowiły przełom w postrzeganiu go tak przez krytykę, jak i publiczność zainteresowaną awangardowym jazzem po obu stronach Atlantyku. Z tych czterech albumów tylko "Tenor" został wydany ponownie na CD - teraz oto dzięki działalności prowadzonej przez Johna Corbetta możemy ponownie cieszyć się płytą "Glasses".

Tytułowy utwór rozpoczyna się od rytmu, jaki McPhee wystukuje na nie do końca pełnym kieliszku wina. Potem podejmuje go na saksofonie, generując z instrumentu same szmery, by finalnie rozwinąć w tym rytmie piękną, uduchowioną improwizację będące jednocześnie progresywną muzyką wykorzystującą rozmaite techniki gry na instrumencie (przedęcia i zgrzyty, traktowanie saksofonu, jako czysto perkusyjnego instrumentu), jak i ukazujące liryczną, zakochaną w melodyjnych frazach twarz Joe McPhee. Bowiem od samego początku udowadniał on, że pozostawanie awangardowym muzykiem nie musi oznaczać wcale rezygnacji z melodyki - tak w kompozycjach, jak i improwizacjach.

Joe McPhee, photo by Ziga Koritnik. Dzisiaj, a nie 1977 roku
Wspaniałą ilustracją takiego podejścia jest kolejny utwór na płycie - zagrana solo kompozycja Coltrane'a napisana dla pierwszej jego żony - "Naima". Rozpoczęta w balladowej konwencji, wolniej chyba niż grał to Coltrane, przechodzi w czwartej minucie metamorfozę, nabiera mocy i drapieżności, by jednak do melodii i niespiesznego charakteru powrócić. I w tym duchu, nie unikając pomyłek (nie wiem czy celowych czy przypadkowych), zwolnień rytmu i łamania tym samym ciągłości frazy, wybrzmiewa ku radości publiczności zgromadzonej na koncercie. Bowiem te dwa utworu zarejestrowane zostały podczas występu artysty na żywo.

Przynajmniej w tym względzie podobnie rzecz się ma z ostatnim na płycie utworem "New Potatoes" - także został on zarejestrowany podczas koncertu. Ale więcej go jednak odróżnia - nie został on zarejestrowany solo, a w duecie ze szwajcarskim perkusistą Reto Weberem, Joe McPhee całą pierwszą jego część gra na trąbce, a nie jak w dwóch pierwszych kompozycjach tylko i wyłącznie na saksofonie. Obecność partnera wymusza na McPhee zmianę konwencji - muzyka nie jest już swobodną podróżą, ale raczej zwarciem, wymianą ciosów pomiędzy muzykami, dokonywaną oczywiście w czysto dźwiękowy sposób. Dopiero, gdy w połowie McPhee zmienia instrument na saksofon, stopniowo zaczyna ona przybierać bardziej zwarty i spójny charakter, odchodząc od filozofii ciągłego zwarcia na rzecz wspólnotowości grania. I w tym właśnie duchu znajduje swoje spełnienie w pięknej, melodyjnej frazie sakofonu.

Nie bardzo wiem dlaczego przez tyle lat album ten był niedostępny dla słuchaczy, bowiem całość jest nadzwyczaj skupioną, w części solową, liryczną podróżą p[rzez intymny i głęboki świat dźwięków. To piękne nagrania ukazujące w artystę o w pełni wykrystalizowanej muzycznej wizji. I będące wspaniałym spotkaniem - tak z człowiekiem, jak i sztuką.
autor: Marcin Jachnik

Joe McPhee: tenor saxophone, flugelhorn, percussion
Reto Weber: percussion (only on track 3)

1. Glasses 18:30
2. Naima 8:10
3. New Potatoes 15:25



płyta do nabycia na multikulti.com

Anthony Braxton with Wadada Leo Smith / Richard Teitelbaum / Dave Holland "Trio and Duet" Sackville Records 2014, Sackville3007

Anthony Braxton with Wadada Leo Smith / Richard Teitelbaum / Dave Holland "Trio and Duet" Sackville Records 2014, Sackville3007
Tak naprawdę do roku 1974 Anthony Braxton nie był szeroko znanym muzykiem jazzowym. był cenionym instrumentalistą, jednym z założycieli AACM-u, który jednak dosyć szybko zaczął dystansować się od idei tego ruchu. Nikt jeszcze nie widział w artysty mającego stworzyć swój własny, intelektualny system muzyczny.

Dopiero podpisanie kontraktu z Aristą na nagranie sześciu kolejnych albumów sprawiło, iż stał się on znany szerokiej publiczności, a i krytycy zaczęli szerzej pisać i doceniać jego twórczość, chociaż po dziś dzień trwa zresztą spór, na ile jego artystyczny dorobek może być uznawany za część jazzowej tradycji. W tymże roku 74, na krótko przed sygnowaniem kontraktu z nowym wydawcą, ukazała się w niezależnej wytwórni Sackville skromna płyta, która jakby systetyzowała dotychczasowy dorobek muzyczny Braxtona. Mowa tu o niedawno wznowionym nagraniu "Trio and duet".

Wydana pierwotnie na winylowym krążku płyta posiadała dwie estetycznie odmienne strony. Na stronę A weszła kompozycja Braxtona (później otrzymała ona numer 36) zarejestrowana w trio z Wadadą Leo Smithem na trąbce, flugelhormie i rozmaitych małych instrumentach oraz Richardem Teitelbaumem obsługującym Moog'a. Drugą stronę wypełniły natomiast trzy standardy zarejestrowane w duecie z kontrabasistą Davem Hollandem, który na kilka lat stał się stałym partnerem Braxtona.

Pierwsza strona jest syntetycznym ujęciem kompozytorskiego stylu amerykańskiego saksofonisty, ze szczególnym uwzględnieniem raczkującej dopiero w muzyce jazzowej analogowej elektroniki. Druga - to kwintesencja w pełni wykształconego u Braxtona stylu improwizacji w oparciu o jazzowe standardy, ich dekonstrukcji i powracania do pierwotnej kompozycji wciąż na nowo, któremu to procederowi oddaje się on z uwielbieniem (co jakiś czas) po dzień dzisiejszy. Co kilka lat bowiem, mamy szczęście cieszyć się standardami nagrywany w daleki od kanonu sposób przez tego niebywałego mistrza saksofonu. Lekkość z jaką Baxton improwizuje, jego brawura i odwaga interpretacyjna, sprawiają, iż słuchając drugiej strony tego nagrania po raz kolejny brakuje mi słów by w pełni wyrazić mój zachwyt. Świetnie wypada tu Holland, stając się dla partii saksofonu prawdziwą opoką, prowadząc swój płynny, regularny timing z niebywałą wprost precyzją i miękkością.

W ostatnim wznowieniu wzbogaconą to nagranie o dwie dodatkowe, wcześniej niepublikowane nagrania duetu - są to "On Green Dolphin Street" oraz "I Remember You". Także to sprawia, iż płytę tą polecam gorąco.
autor: Józef Paprocki

Anthony Braxton: reeds
Wadada Leo Smith: trumpet, flugelhorn
Richard Teitelbaum: moog synthesizer
Dave Holland: bass

1. Composition No. 36
2. The Song Is You
3. Embraceable You
4. You Go to My Head
5. On Green Dolphin Street
6. I Remember You



płyta do nabycia na multikulti.com

Pedro Sousa / Johan Berthling / Gabriel Ferrandini "Casa Futuro" Clean Feed 2015, CF334

Pedro Sousa / Johan Berthling / Gabriel Ferrandini "Casa Futuro" Clean Feed 2015, CF334
Gabriel Ferrandini's hand & cymbals
Nie tak dawno miałem okazję pisać o wspólnej płycie Pedro Sousy, Gabriela Ferrandiniego oraz Thurstona Moore'a. Teraz oto dwójka Portugalczyków powraca zaprosiwszy do wspólnego projektu innego giganta kreatywnej muzyki, szwedzkiego basistę Fire!, Johana Berthlinga.


Johan Berthling
Muzycznie jednak płyta "Casa Futuro" od transowej, motorycznej muzyki Fire! Matsa Gustafsson jest bardzo odległa. Obcujemy tu bowiem z muzyką, którą moglibyśmy nazwać post-jazzem, hałaśliwym obszarze, gdzie w mocnej energetycznej formule dochodzi do zwarć, kłótni i spięć pomiędzy trzema partnerami. Nie ma tu stabilnej pulsacji czy liniowego prowadzenia melodyki - liczy się tylko jednorazowa, mocna, wyrwana gdzieś z głębi duszy interakcja. Zwarcie, cios i odskok. To muzyka ciągłej, gwałtownej metamorfozy, zawsze grana z olbrzymim zaangażowaniem, pełna nerwowości i niepokoju, napastliwa, a równocześnie wszechogarniająca i niedająca się zapomnieć.

Pedro Sousa
Przy tym muzyka zdaje się z każdą chwilą mocniej obezwładniać słuchaczy - jakbyśmy wraz z nią stępowali oraz głębiej i głębiej w groźne i porwane światy tworzone z krótkich, urwanych, syntetycznych dźwięków. To muzyka która chyba nie znajdzie wielu fanów i admiratorów, ale na pewno znajdzie małą grupę gorliwych wyznawców. Mocne, bardzo mocne.
autor: Marcin Jachnik

Pedro Sousa: tenor saxophone, baritone saxophone
Johan Berthling: double bass
Gabriel Ferrandini: drums



1. Durability
2. Utility
3. Beauty




płyta do nabycia na multikulti.com

wtorek, 23 czerwca 2015

Baloni [Joachim Badenhorst / Frantz Loriot / Pascal Niggenkemper] "Ripples" [Vinyl 1LP], Clean Feed 2015, CF321LP

Baloni [Joachim Badenhorst / Frantz Loriot / Pascal Niggenkemper] "Ripples" [Vinyl 1LP], Clean Feed 2015, CF321LP
Po dwóch - znakomitych - płytach wydanych w portugalskiej oficynie trio Baloni okrzepło i nie bardzo juz można pisać o nich, jako o młodym zespole będącym nadzieją i przyszłością europejskiego jazzu. Fakt, członkowie zespołu to wciąż stosunkowo młodzi muzycy, ale zespół wydający swoją trzecią płytę powinien mieć już ugruntowana pozycję tak wśród krytyków jak i publiczności. Najnowsza płyta sprawia zresztą, że nie ma takiej potrzeby - znakomity album broni się sam, a Joachim Badenhorst, Frantz Loriot oraz Pascal Niggenkemper, do rozpoznawalnego stylu wciąż wprowadzają nowe elementy, z roku na roku i z płyty na płyty ewoluując wraz ze swoją muzyką.

Baloni Trio
Podobnie jak na pierwszych dwóch albumach fascynuje ich penetrowanie granic między kompozycją a improwizacją, a sami muzycy z niezwykłą uwagą podchodzą do procesu twórczego starannie słuchając siebie nawzajem. I to wydaje mi się najistotniejsze i zupełnie wyjątkowe w ich podejściu do muzyki - istniejące szkice kompozycji, tematy, mają znaczenie, ale - w ścisłym sensie tego sformułowania - są tylko punktem wyjścia. Zdarza się im porzucić kompozycję tylko dlatego, że partner zaproponuje coś ciekawego, albo też - jak wspominał któryś z nich - w skutek pomyłki muzyka, co zrodziło zupełnie nowe, nieoczekiwane napięcie wewnątrz zaprojektowanej części utworu. W tym sensie granica między kompozycją improwizacją jest płynna - szkielet istnieje a nic nie stoi na przeszkodzie by go modyfikować lub też zbudować zupełnie nowy.

Baloni Trio
Całość jednak muzyki jest jakby zabarwiona melancholią, a i muzycy mają niejaką skłonność do tworzenia lirycznych melodii - często zupełnie z czapki. Sprawia to, że piękno ich bywa nieoczywiste i poszczególne tematy, ich liryzm i kunszt, odkrywamy nie od pierwszego spotkania z muzyką tria. Muzyka, chociaż prowadzana w ciemnych i kontemplacyjnych barwach, bardzo często ma niepokojący charakter wyrastając gdzieś z nie-jazzowej. Improwizatorzy sięgają bowiem do tradycji komponowanej muzyki awangardowej dwudziestego wieku - do dokonań Scciarino, Scelsiego, Nono czy Berio, czasem wzbogacając ją jednak zdecydowanym groovem. Odpowiada za to basista Pascal Niggenkemper - jeden z najciekawszych muzyków młodego pokolenia. Takie podejście do muzyki owocuje także dużą zwartością formy, co sprawia, że do muzyki Baloni można powracać naprawdę wiele, wiele razy. Polecam gorąco!
autor: Marek Zając

Joachim Badenhorst: bass clarinet, clarinet, tenor saxophone
Frantz Loriot: viola
Pascal Niggenkemper: double bass

1. Hamon
2. Grüne Welle
3. Ondulations
4. De rimpelingen des levens




płyta do nabycia na multikulti.com

poniedziałek, 22 czerwca 2015

Joe Hertenstein / Pascal Niggenkemper / Thomas Heberer "HNH" Clean Feed 2015, CF332

Joe Hertenstein / Pascal Niggenkemper / Thomas Heberer "HNH" Clean Feed 2015, CF332
Dużo słyszałem wcześniej o tym trio - HNH - i kiedy miałem okazję zapoznać się z ich debiutanckim albumem z 2010 roku, byłem nim oczarowany. Teraz dostajemy oto do rąk drugie ich oficjalne nagranie. Jak sami muzycy mówią jest to dla nich album specjalny i nowa muzyka zupełnie inny od debiutanckiej płyty.

HNH
Nazwa HNH pochodzi od nazwisk muzyków tworzących zespół: Joe Hertenstein, Pascal Niggenkemper i Thomas Heberer. Muzyka którą tu wspólnie prezentują jest to intuicyjna improwizacja oparta jednak na przemyślanej i przegadanej przez nich wcześniej strukturze. Przy tym to muzyka bardzo silnie osadzona w jazzowej tradycji, cały czas pulsująca swingiem, a Thomas Haberer ani na chwilę nie zapomina, że jest trębaczem rozkochanym w klasycznym jazzie i tylko chwilowo - i jakby przez przypadek - umiejscowionym w awangardowym kontekście. Operuje przy tym bardzo szerokim spectrum odcieni i barw, a wszystko to czyni po prostu grając na trąbce.

Nieco odmiennie postępują jego sceniczni partnerzy - Niggenkemper preparuje swój kontrabas na najrówniejsze sposoby - wyobrażenie sobie sposobów w jaki wydobywa niektóre z dźwięków jest naprawdę przednią zabawą. Przy tym, dodać należy, płyta powstała bez korzystania z dogrywek i overdubów, a cała muzyka tria zarejestrowana jest w czasie rzeczywistym. Czasami słuchając go naprawdę trudno w to uwierzyć. Joe Hertenstein natomiast sięga po przeróżne małe perkusjonalia, co pozwala mu znacząco rozszerzyć paletę brzmień i nadaje nagraniu oraz muzyce nieco bardziej "korzenny" charakter.

Użyta struktura w niczym nie ogranicza interakcji muzyków - jest ona szalenie intensywna i mocno oddziaływuje na emocje słuchaczy. Czasami miałem wrażenie, że to nie nagranie, ale muzycy grają tuż obok na wyciągnięcie ręki. I nie jest to zasługa sprzętu, bo akurat wtedy korzystałem z ipoda. W moim odczuciu to najbardziej żywe, pulsujące energią i groovem nagranie muzyki improwizowanej z jakim w tym miałem okazję w tym roku się zetknąć. Koniecznie!
autor: Marek Zając

Joe Hertenstein: drums
Pascal Niggenkemper: double bass 
Thomas Heberer: cornet

1. Würste & Sozialsysteme 4:21
2. Threefold Collision 1 1:49
3. Pitch 3:58
4. Backwards 6:13
5. Glutamat & Menschenrechte 3:54
6. Centerpeace 5:55
7. Threefold Collision 2 2:21
8. Let’s Flee 5:24
9. Nine E 3:43
10. Man On Wire 7:10
11. Loose Ends 6:53



płyta do nabycia na multikulti.com

środa, 17 czerwca 2015

Pipeline [Mats Gustafsson / Ken Vandermark / Fredrik Ljungkvist / Guillermo Gregorio / Jeb Bishop / Per-Äke Holmlander / Joe Morris / David Stackenäs / Sten Sandell / Jim Baker / Fred Lonberg-Holm and others] "Pipeline" Corbett vs. Dempsey 2014, CVSDCD010

Pipeline [Mats Gustafsson / Ken Vandermark / Fredrik Ljungkvist / Guillermo Gregorio / Jeb Bishop / Per-Äke Holmlander / Joe Morris / David Stackenäs / Sten Sandell / Jim Baker / Fred Lonberg-Holm and others] "Pipeline" Corbett vs. Dempsey 2013, CVSDCD010
Czasami zdarza się nam w życiu możliwość zrobienie czegoś wartościowego. Jest to możliwe jednak tyle w ściśle określonym miejscu i czasie, dzięki splotom tysięcy drobnych powodów i okoliczności. I jeszcze bardzo często jest tak, że później już nie ma do tego powrotu.

To, że po kilkunastu latach możemy w końcu zapoznać się z częścią większego materiału zarejestrowanego w 2000 roku w Airwave Studio w Chicago jest wynikiem takiego właśnie splotu historii. Tego, że w ostatniej dekadzie ubiegłego stulecia pojawiła się w Chicago grupa kreatywnych, młodych, otwartych muzyków; długoletniej działalności w Chicago Johna Corbetta jako promotora i animatora muzycznego, ale również na polu sztuk plastycznych; zaproszeniu Petera Brotzmanna (przez Marsa Williama i Kena Vandermarka) do wspólnych koncertów i nagrań z czego powstał jego słynny chicagowski Tentem; i, będącej tego efektem, współpracy z Matsem Gustafssonem oraz innymi skandynawskimi muzykami. Ale sam zespół i te nagrania nigdy by nie powstały gdyby nie działalność szwedzkiego Universalu, który pod koniec ubiegłego wieku powołał do życia - niestety na bardzo krótko - sublabel mający wydawać muzykę awangardową ze szczególnym uwzględnieniem avant jazzu - Crazy Wisdom. Dyrektorem artystycznym tego przedsięwzięcia został Mats Gustafsson.
Mats Gustafsson

W ciągu kilku lat wydawniczej działalności, nakładem Crazy Wisdom ukazało sie bodaj 7 tytułów - dwie pierwsze płyty The Thing, Diskaholics Anonymous Trio, AALY Trio wraz z Kenem Vandermarkiem, tria Gul 3 (Henrik Olsson, Johan Arrias, Leo Svensson) oraz LSB (Ljungkvist / Strid / Berthling). Pieniądze na nagrania i promocje dawał szwedzki Uniwersal, nie ingerując w proces twórczy i w pierwszym okresie nie poddając płyt rynkowej (merkantylnej) weryfikacji. Na rok 2000 Mats Gustafsson zaproponował wytwórni stworzeniu kolektywu z amerykańskich i skandynawskich młodych muzyków, którzy razem mieli w Chicago zarejestrować wspólnie materiał na jedną lub kilka płyt, a następnie odbyć trasę po klubach Szwecji. Komponować - w założeniu - mieli wszyscy i wszyscy także mieli uczestniczyć w tym zespole na równych prawach. Universal się na to zgodził, zatwierdził projekt i wyasygnował na nie całkiem sporą sumę pieniędzy celem opłacenia przelotów, pobytu i kosztów studia. Tak oto narodził się zespół Pipeline.

Kolektyw stworzyło szesnastu muzyków: Mats Gustafsson. Ken Vandermark, Fredrik Ljungkvist, Guilermo Gregorio, Jeb Bishop, Per-Äke Holmlander, Joe Morris, David Stackenäs, Sten Sandell, Jim Baker, Fred Lonberg-Holm, Kent Kessler, Johan Berthling, Michael Zerang, Raymond Strid oraz Kjell Nordesson. W tym składzie nigdy razem nie grali i dobrą sprawę większość z nich poznała się dopiero przy okazji tego projektu, ale możliwości brzmieniowe (podobnie jak i koszty realizacji) były tu naprawdę przeogromne. I właśnie koszty tego projektu zaważyły na tym, że cały projekt Crazy Wisdom został zawieszony, a potem zakończony. A dwie wydane nakładem oficyny Johna Corbetta kompozycje to ledwie ułamek tego co Pipeline zarejestrowało podczas czterodniowej sesji w Chicago we wrześniu 2000 roku.

Na płytę Pipeline wybrano dwie bardzo długie kompozycje autorstwa Kena Vandermarka (Codeine Picasso) oraz Frederika Ljungkvista (In This Very Room). Pokomplikowane formalnie, elektroakustyczne kompozycje stworzone są z komponowanych bloków łączonych partiami improwizowanymi - tak solowymi, jak i granymi tutti. Czasami podczas solówek muzycy mają nabudować napięcie do określonego poziomu, gdy wejdą kolejne instrumenty i wprowadzą następny komponowany blok, czasami - wprost przeciwnie (jak Mats Gustafsson w kompozycji Ljungkvista) wyciszą ją niemal do zera. Czasami prowadzą improwizację do określonego motywu, czasami mogą dokonać wyboru z kilku melodycznych czy rytmicznych linii. Możliwości jest tu bardzo wiele stąd też każde późniejszych z koncertowych wykonań w bardzo znaczący sposób różniło się od studyjnej rejestracji. Wszyscy korzystają tu ze swoich przeogromnych doświadczeń - wszak wielu spośród muzyków tu zebranych tworzyło już choćby Tentet Brotzmanna czy też New Orchestrę Barry'ego Guya. A zebrany tu ludzki potencjał dawał wprost nieograniczone możliwości.

To, co najbardziej mi imponuje gdy słucham tego nagrania, to klarowność i logika. I tempo oraz dyscyplina. Bo utrzymanie go, zgranie tak wielu grających kompozycję i improwizujących równocześnie muzyków jest chyba kluczowym problemem w tego typu składach. Imponuje zgranie, zrozumienie, ale i podporządkowanie własnego ego brzmieniu, spójności zespołu, o które - co dowodzi historia wielu kolektywów - wcale nie jest łatwo. To muzyka fomalnie trudna, ale tak pełna energii i radości kreacji, jak tylko jest to możliwe. I zarażająca nią słuchacza w iście zakaźny sposób. Polecam koniecznie i to wcale nie tylko miłośnikom awangardowych bigbandów!
autor: Marcin Jachnik

Mats Gustafsson: tenor saxophone
Ken Vandermark: clarinet, tenor saxophone
Fredrik Ljungkvist: clarinet, tenor and baritone saxophone
Guillermo Gregorio: clarinet, alto saxophone
Jeb Bishop: trombone
Per-Äke Holmlander: tuba
Joe Morris: guitar
David Stackenäs: guitar
Sten Sandell: piano
Jim Baker: ARP synthesizer, piano
Fred Lonberg-Holm: cello
Kent Kessler: bass
Johan Berthling: bass
Michael Zerang: drums, percussion
Raymond Strid: drums, percussion
Kjell Nordeson: drums, vibes, percussion

1. Codeine Picasso 33:53
2. In This Very Room 29:50



płyta do nabycia na multikulti.com

wtorek, 16 czerwca 2015

Tomasz Dąbrowski Free4Arts [Tomasz Dąbrowski / Sven Dam Meinild / Jacob Anderskov / Kasper Tom Christiansen] "Six Months and Ten Drops" Barefoot Records 2015, BFREC041CD

Tomasz Dąbrowski Free4Arts [Tomasz Dąbrowski / Sven Dam Meinild / Jacob Anderskov / Kasper Tom Christiansen] "Six Months and Ten Drops" Barefoot Records 2015, BFREC041CD

Tomasz Dąbrowski, wykształcony w Danii trębacz i kornecista, to jeden z najważniejszych dziś polskich muzyków młodego pokolenia. Przy tym niezwykle aktywny tak koncertowo (dopiero co zakończył cykl trzydziestu solowych koncertów na dwoje trzydzieste urodziny), jak i nagraniowo ( w tym roku ukazały się już jego albumy z Tom Trio, kwartetu Ocean Fanfare z Tyshawnem Sorey'em oraz duetowe nagranie "Chapters" z Bartkiem Olesiem). A już światło dzienne ujrzała jego najnowsza płyta sygnowana przez Free4Arts.
Tomasz Dąbrowski Free4Arts
 
Pod tą nazwą ukrywa się kwartet - oprócz Dąbrowskiego, lidera i kompozytora całości materiału, grają tu jeszcze tylko duńscy muzycy: perkusista Kaspar Tom, saksofonista Sven Dam Meinild oraz - w moim odczuciu postać tutaj najważniejsza - pianista Jacob Anderskov. To właśnie przez jego osobę, charyzmę i kreatywność ta płyta ma tak niezwykły smak i charakter.

Ale zacznijmy od początku - jak mówi Tomek Dąbrowski - inspiracją dla tego nagrania były tybetańskie pieśni, europejską muzyka Trzeciego Nurtu oraz skandynawskim podejściem do przestrzeni i emocji. Kompozycje napisane specjalnie z myślą o konkretnych muzykach w zespole, gdzie myślą przewodnią było uwypuklenie ich oryginalności i stworzenie grupy, w której głos jednego traci znaczenie, kiedy wyrwany jest z kontekstu. I w dużej mierze to mu się udaje - stworzył bowiem projekt bardzo spójny i bardzo melancholijny, lokujący się gdzieś pomiędzy spokojnym niemal balladą improwizacją, a skandynawskimi klimatami zabarwionymi tak charakterystyczną dla niemieckiego ECM-u melancholią i nostalgią. O ile jednak Kasper Tom oraz Sven Dam Meinild grają świetnie, ale i chyba dosyć przewidywalnie to - także za sprawą harmonii i podejścia do niej, zdecydowanie imponuje Jacob Anderskov. Ale znów - słuchać tego materiału na płycie nie potrafię do końca powiedzieć czy jest to wyłączna zasługa Anderskova czy też (i na ile) stoi za tym kompozytor i lider tego projektu.

Sam Dąbrowski gra tu zaskakująco mało, podchodzi do partii instrumentalnych jakby z nieśmiałością i dystansem. I wcale to nie jest zarzut. Zespół zachowuje dzięki temu równowagę, stając się pełnowymiarowym, twórczym kolektywem, a nie popisem jednego aktora. I to także jest zasługą - chyba nawet największą - młodego trębacza. Bo o niezwykłości zespołu decyduje to czy jest on tylko prostą sumą umiejętności i wizji poszczególnych jego członków, czy też powstaje w wyniku ich spotkania jakaś wartość dodana. Tutaj, w moim odczuciu, zdecydowanie to drugie.
autor: Marek Zając


Tomasz Dąbrowski: trumpet, balkan-horn
Sven Dam Meinild: baritone saxophone
Jacob Anderskov: piano
Kasper Tom Christiansen: drums

1. Six Months
2. Dan
3. Ten Drops
4. I Made It To Oradea
5. Flip And Reverse
6. Heavy Ah
7. Five Weeks



płyta do nabycia na multikulti.com

niedziela, 14 czerwca 2015

Roscoe Mitchell Trio [Roscoe Mitchell / James Fei / William Winant] "Angel City" Rogue ART 2014, ROG0061

Roscoe Mitchell Trio [Roscoe Mitchell / James Fei / William Winant] "Angel City" Rogue ART 2014, ROG0061
Roscoe Mitchell
Muzyczny świat Roscoe Mitchella od lat jest czymś niezwykle fascynującym dla śledzących jego artystyczną drogę. Współzałożyciel AACM-u i współlider Art Ensemble of Chicago przyznaje się bowiem do wielu muzycznych fascynacji. I wiele rozmaitych wpływów odnaleźć można w jego muzyce. Czegóż tam nie znajdziemy? Great Black Music, muzyka współczesna, improwizowana, dalekowschodni folk, ale i barokowy kontrapunkt, i dorobek w tej dziedzinie tak Jana Sebastiana Bacha jak i angielskich madrygalistów epoki elżbietańskiej. Wszystkie je usłyszeć można na jego najnowszym nagraniu "Angel City" zarejestrowanym wraz z saksofonistą Jamesem Fei'em oraz perkusistą Williamem Winantem. Nic oczywiście wprost, a wszystko zdekonstruowane i poskładane na nowo. No i wyimprowizowane – więc nie do powtórzenia.

Wszyscy muzycy korzystają tu z bardzo rozbudowanego instrumentarium: saksofoniści zmieniają instrumenty, wykorzystują flety, drobne perkusjonalia i analogową elektronikę, Winant natomiast nie tylko siedzi za perkusyjnym zestawem, ale gra na marimbie, timpani, gongach, dzwonkach, i niezliczonych perkusjonaliach. Nie ma tu przy tym nakładania na siebie ścieżek - wszystko zostało nagrane w trio, a dźwiękowa gęstwina uzyskana została poprzez maksymalne wykorzystanie instrumentarium.

Sama muzyka wymyka się klasyfikacjom - śmiało można przypisać ją tak do jazzowej awangardy, jak i wolnej improwizacji czy muzyki współczesnej. Cóż z tego? To tylko łatki i wcale nieważne gdy obcuje się z czystą esencją, poodzieraną z błyskotek melodyki i nie związaną rytmem, będącą fascynującą podróżą przez świat dźwięków nie tylko dwudziestego wieku. Lektura obowiązkowa dla każdego fana dźwiękowej awangardy!
autor: Józef Paprocki


Roscoe Mitchell Trio [James Fei, Roscoe Mitchell & William Winant]

Roscoe Mitchell: sopranino saxophone, basse saxophone, baroque flute, bass recorder, percussion
James Fei: sopranino saxophone, alto saxophone, bariton saxophone, bass clarinet, contrebass clarinet, analoge electronics 
William Winant: orchestra bells, tubular bells, marimba, timpani, bass tom, cymbals, cow bells, triangles, woodblocks, gongs, percussions

1. Angel City (55:12)

płyta do nabycia na multikulti.com

sobota, 13 czerwca 2015

Joelle Leandre / Nicole Mitchell "Sisters Where", Rogue ART 2014, ROG0055

Joelle Leandre / Nicole Mitchell "Sisters Where", Rogue ART 2014, ROG0055
To bardzo misterne nagranie. Chociaż gdy myślimy o muzyce improwizowanej słowa takie jest "misterny" czy "przemyślany" rzadko przychodzą nam do głowy. Często zamiast nich mówimy o "przypadkowości", "intuicji" czy "podświadomości". Bo tak muzyka ta brzmi na pierwszy rzut nieobeznanego z nią ucha. Gdy jednak wsłuchać się w nią uważnie, gdy sięgnąć po płytę nie jeden, ale trzy lub więcej razy, dopiero wtedy zauważamy jaką delikatną tkankę potrafią stworzyć improwizatorzy. Oczywiście nie jest to regułą, nie każdy to potrafi, nie zawsze i nie z każdym się uda nawet temu, który potrafi. Tu jednak, dwie niezwykłe kobiety - Joelle Leandre i Nicole Mitchell - taką właśnie misterną muzyką obdarzają słuchaczy.

Joelle Leandre i Nicole Mitchell
Wywodzą się z odmiennych światów muzycznych, zazębiających się gdzieś na krawędziach. Joelle Leandre, francuska kontrabasistka, improwizatorka i kompozytorka, od lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku aktywna jest na polu muzyki współczesnej (współpracowała m.in. z Johnem Cagem, Pierrem Boulez, ale i tancerzem i choreografem Mercem Cunninghamem) i improwizowanej - współpracowała (koncertując i nagrywając) z Marilyn Crispell, Ursem Leimgruberem, Fritzem Hauserem, Derekiem Bailey'em, Barre Phillipsem, Evanem Parkerem, Irene Schweizer, Stevem Lacy'm, Maggie Nicols, Fredem Frithem, Carlosem Zingaro, Johnem Zornem, Susie Ibarrą, J. D. Parranem, Kevinem Nortonem, Eric'iem Watsonem, Ernsten Reijsegerem, Sylvie Courvoisier, ale także muzykami wywodzącymi się AACM-u: Anthonym Braxtonem, Georgem Lewisem czy Roscoe Mitchellem. I to właśnie trzy ostatnie nazwiska łączą ją z Nicole Mitchell - chicagowską flecistką, improwizatorką, kompozytorką i animatorką muzycznej sceny (była w przeszłości m.in. prezesem AACM-u) Wietrznego Miasta. Nicole Mitchell częściej zresztą kojarzona jest z tradycją AACM-u i Great Black Music niż stricte wolną improwizacją, ale właśnie śladem trzech wspomnianych mistrzów koncertuje i nagrywa właściwie z każdym muzykiem liczącym się w świecie awangardy.

Jak należało by się spodziewać, nie ma na tej płycie melodii czy hymnicznych utworów wywodzących się z Great Black Music. Nie ma obłędnych solówek rodem z freejazzowej tradycji. Są za to próby zrozumienia natury pojedynczych dźwięków, sonorystyczne poszukiwania i poszerzanie brzmieniowych możliwości instrumentów. Ale wszystko to ma służyć - i służy - muzyce. Budowana ze szmerów, szeptów, pojedynczych zgrzytów, czasem dźwięków, momentami rozrastających się do krótkich, urywanych fraz muzyka, jest niezwykłym doświadczeniem muzykalności i wrażliwości każdej z improwizatorek, tworzących z tych ułomków nierozerwalną muzyczną tkankę, która zdaje się być z jednej strony czymś organicznym i naturalnym, z drugiej zaś - przemyślanym aktem kreacji.

Piękna muzyka w której wszystko - także i cisza - ma swoje miejsce.
autor: Józef Paprocki

Joëlle Léandre: double bass
Nicole Mitchell: flute, alto flute
1. Sisters on Venus (6:51)
2. Sisters on Uranus (9:22)
3. Sisters on Mercury (8:39)
4. Sisters on Mars (6:13)
5. Sisters on Saturn (8:18)
6. Back on Earth (3:07)

płyta do nabycia na multikulti.com

piątek, 12 czerwca 2015

Lage Lund / Ben Street / Bill Stewart "Idlewild" Criss Cross Jazz 2015, CCJ1376

Lage Lund / Ben Street / Bill Stewart "Idlewild" Criss Cross Jazz 2015, CCJ1376

Wraz z dwoma innymi muzykami nagrywającymi dla holenderskiej oficyny Criss Cross - Mikiem Moreno oraz Adamem Rogersem - jest Lage Lund uznawany za jednego z najlepszych jazzowych gitarzystów współcześnie. Oczywiście tych, dla których post-bop jest orientacyjnym punktem na mapie jazzowej tradycji. Jego poprzednie zdawały się potwierdzać tę opinie, ale nie sprawiły jednak że jest on postrzegany jako wszechstronny muzyk o ukształtowanej muzycznej wizji, posługujący się własnym muzycznym językiem.

Lage Lund Trio
Teraz jednak, za sprawą swojej najnowszej płyty - nagranej w trio wraz z basistą Benem Streetem i perkusistą Billem Stewartem ma szansę je zmienić. Co nowego przynosi jego najnowsza produkcja? Repertuar wybrany został podobnie jak na poprzednie albumy - oprócz kilku - dodajmy znakomitych - kompozycji lidera znajdują się tu jazzowe standardy i kilka znakomitych kompozycji muzyków wciąż jeszcze aktywnych na jazzowej scenie (Bobby Hutcherson), albo też zmarłych całkiem niedawno (Kenny Kirkland). Co ważne jednak - wszystkie one układają się w spójną, zwartą i nieprzegadaną całość. Nie znaczy to jednak, że muzycy nie mają przestrzeni by po prostu sobie pograć. I tu dochodzimy do sedna zmiany w muzyce Lunda - wcześniejsze albumy nagrywany były w kwartecie z fortepianem, a całość najczęściej oparta była na dialogu dwóch instrumentów harmonicznych. Teraz, gdy tego nie ma, możemy w końcu zobaczyć kunszt i maestrię Lunda w pełnym świetle. I sprawdza się to znakomicie, niczym Jim Hall w najlepszych latach grania. Znakomity album, po który trzeba sięgnąć koniecznie!
autor: Józef Paprocki

Lage Lund: guitar
Ben Street: bass
Bill Stewart: drums

1. Rumspringa (L. Lund) 7.28
2. Intro To Rain (L. Lund) 1.48
3. Come Rain Or Come Shine (H. Arlen) 7.17
4. So In Love (C. Porter) 6.50
5. Isn’t This My Sound Around Me? (B. Hutcherson) 5.48
6. Mirrors (J. Chambers) 5.18
7. Just One Of Those Things (C. Porter) 5.27
8. Intro To Chance (L. Lund) 1.36
9 Chance (K Kirkland) 5.36
10. Good Morning Heartache (Higginbottam-Drake-Fischer) 3.45
11. Straight Street(J. Coltrane) 4.05
12. Idlewild (L. Lund) 8.03



płyta do nabycia na multikulti.com

czwartek, 11 czerwca 2015

Deux Maisons [Luís Vicente / Marco Franco / Théo Ceccaldi / Valentin Ceccaldi] "For Sale" Clean Feed 2015, CF320

Deux Maisons [Luís Vicente / Marco Franco / Théo Ceccaldi / Valentin Ceccaldi] "For Sale" Clean Feed 2015, CF320
Scena muzyki improwizowanej jest bardzo żywa we współczesnej Europie. Jednym z jej centrów jest Francja - aczkolwiek w Polsce wciąż jeszcze tamtejsza scena jest bardzo, bardzo słabo znana. Deux Masisons nie jest jednak projektem czysto francuskim - dwóch tamtejszym muzyków, braci - Théo i Valentin Ceccaldi - wsparło bowiem dwóch Portugalczyków - trębacz Luís Vicente oraz perkusista Marco Franco. Stąd też pochodzi sama nazwa projektu - od dwóch odmiennych ojczyzn, ale i nieco innej muzycznej praktyki w obu tych krajach.

Obaj Francuzi grają na instrumentach smyczkowych - Théo na skrzypcach oraz altówce, Valentin - na wiolonczeli. Obaj także wyszli spod skrzydeł Joelle Léandre, pod której kierunkiem studiowali teorię i praktykę improwizacji, i - jak zapewniają - ona "pokazała im improwizację, jako fascynujący i niezwykły muzyczny proces". W tym nagraniu zresztą wyraźnie słychać to, że wywodzą się z "jej szkoły" - traktują każde dźwiękowe zdarzenie, jako integralną część procesu improwizacji, stąd tez mnóstwo w tym nagraniu porwanych i z pozoru poza muzycznych dźwięków. Sami jednak nie zapominają również, iż wyrastają z bogatej tradycji wykorzystania w jazzie instrumentów smyczkowych - Stéphane Grapelli, Jean-Luc Ponty i Dominique Pifarely, Vincent Courtois, Pascal Contet czy Mederic Collignon - to właśnie ich spadkobiercami są bracia Ceccaldi. Spojrzenie na ich muzykę z tej perspektywy unaocznia, jak bardzo zmieniła się teoria i praktyka muzyczna w jazzie i improwizacji w ciągu ostatnich trzydziestu lat. Pełne goryczy i smutku brzmienie cechuje natomiast grę portugalskiego trębacza Luís Vicente. Jednak w połączeniu z nadzwyczaj czujnym i kreatywnym muzykiem, jakim jest perkusista Marco Franco daje to nadzwyczaj ciekawy i zaskakujący wynik.

Sama muzyka nie ma jednak charakteru "podwójnego duetu", kwartet nie rozpada się na dwa, odmienne pod względem brzmieniowym i rywalizujące ze sobą duety. Nic z tych rzeczy. Efektem starań całej czwórki jest nadzwyczaj gęsta i pełna napięcia muzyka, w dużej części zbudowana z sonorystycznych brzmień i rozmaitych sposób penetracji dźwiękowej przestrzeni. Wszystko to sprawia, że "For Sale" zadziwiająco bliska jest współczesnej komponowanej muzyce kameralnej. I jak tu nie wierzyć, że efektem finalnym improwizacji jest kompozycja, chociaż nigdy niezapisana na papierze? Bardzo ciekawe nagranie!
autor: Józef Paprocki

Luís Vicente: trumpet
Théo Ceccaldi: violin, viola
Valentin Ceccaldi: cello
Marco Franco: drums

1. Two Balconies
2. No Dogs
3. Two Living Rooms
4. No Bedroom
5. Three Clean Bathrooms
6. Two Kitchens



płyta do nabycia na multikulti.com

wtorek, 9 czerwca 2015

Gard Nilssen's Acoustic Unity [André Roligheten / Petter Eldh / Gard Nilssen] "Firehouse: Clean Feed 2015, CF329

Gard Nilssen's Acoustic Unity [André Roligheten / Petter Eldh / Gard Nilssen] "Firehouse: Clean Feed 2015, CF329
Gdy szukacie najbardziej znanych i cenionych w Norwegii perkusistów muzyki improwizowanej to gwarantuję wam, że obok Paala Nilssen-Love'a znajdziecie na tej liście także Garda Nilssena. I to znajdziecie wysoko, bo ten młody muzyk jest niezwykle rozchwytywanym sidemanem. Obok projektów które współtworzy (Bushman’s Revenge, Puma, sPacemoNkey czy Astro Sonic) jest i cała masa grup, w których występuje jako sideman (Team Hegdal, Cortex, Lord Kelvin, Zanussi 5, ale też i prowadzony przez Macieja Obarę Obara International). Czasami gra w stricte jazzowych, maistreamowych składach, czasami w tych odwołujących jest do tradycji free czy współczesnej awangardy; czasami też bada pogranicza jazzu, rocka i muzyki elektronicznej.

Jednak bodaj po raz pierwszy prezentuje on własny, autorski projekt, zarejestrowany przez trio sygnowane jego nazwiskiem. Album "Firehouse" nie prezentuje jednak całego spektrum jego zainteresowań, ale jest bardzo stylistycznie jednorodnym projektem. Trio sięga tu bowiem po własne kompozycje, które stają się podstawą improwizacji odwołującej się w znacznej mierze do free jazzowej tradycji. Tak naprawdę powinno się o zebranej tu muzyce pisać, jako o współczesnym mainstreamie, a nie muzyce awangardowej, bo nie wybiega ona poza to, co na swoich płytach pięćdziesiąt lat nagrywał choćby Ornette Coleman. Problem w tym, że tradycja free i cały bagaż awangardy lat sześćdziesiątych tak naprawdę nigdy nie stała się częścią jazzu. Więc tak też dziś pisze się o tej muzyce.

Gard Nilssen
Nilssen zaprosił do swojego tria muzyków tego samego pokolenia i poruszających się w podobnych stylistykach. André Roligheten, saksofonista, ma za sobą współpracę z Axelem Dörnerem, Johnem Edwardsem i Paalem Nilssen-Lovem, ale także uczestniczy w projektach typowo jazzowych, jak choćby Trondheim Jazz Orchestra. Podobnie jak Nilssen zdarza mu się współpracować także z rockowymi zespołami - dał się poznać, jako jeden z instrumentalistów kolektywu Motorpsycho. Mocno osadzano w jazzowej tradycji jest również pochodzący z Berlina niemiecki basista Petter Eldh, którego zainteresowania oscylują gdzieś pomiędzy amerykańskim rapem, jazzową tradycją spod znaku Charlie Parkera i awangardowymi dokonaniami Petera Brotzmanna - ma za sobą współpracę tak z gwiazdami muzyki popularnej jak i Django Batesem czy bardziej awangardowymi Christianem Lillingerem, Peterem Evansem czy Tobiasem Deliusem.

Muzyka Garda Nilssen, André Rolighetena i Petera Eldha nie jest bardzo formalnie pokomplikowana. Wielkim za to jej atutem jest znakomite zgranie zespołu, naturalna, niewymuszona muzykalność każdego z muzyków, jak i lekkość, z jaką potrafią improwizować. Wszystko to sprawie, że zarówno w mocniejszych, motorycznych, opartych na wyraźnym groovie, jak i niemal balladowych i lirycznych kompozycjach wypadają nie tylko przekonywująco, ale wręcz znakomicie. Wspomniana lekkość grania i płynąca z tego radość udziela się każdemu słuchaczowi płyty, stąd też to album, po który chce się sięgać wciąż i wciąż. Świetny debiut tria, o którym - śmiem napisać - jeszcze nie raz usłyszymy.
autor: Józef Paprocki

André Roligheten: saxophones
Petter Eldh: double bass
Gard Nilssen: drums

1. When pigs fly (Roligheten)
2. Roundtrip (Nilssen)
3. Adam´s Ale (Roligheten)
4. Salad days (Roligheten)
5. Mojo (Nilssen)
6. The Resistance (Eldh)
7. Turtlehead (Roligheten)
8. Life, somewhere before the exit signs (Nilssen, Roligheten, Eldh)

płyta do nabycia na multikulti.com

poniedziałek, 8 czerwca 2015

Marc Bernstein’s Out Of The Blue feat. Marc Ducret "Out of the Blue", Multikulti Project 2015, MPI032

Marc Bernstein’s Out Of The Blue feat. Marc Ducret "Out of the Blue", Multikulti Project 2015, MPI032
Marc Bernstein, amerykański saksofonista i klarnecista, kompozytor i improwizator chyba bardziej znany i ceniony jest w Europie niż w rodzinnym kraju. I nie bez powodu - od lat bowiem mieszka i tworzy w Dani (dokąd zresztą podążył za głosem serca). A że w dodatku jest aktywny głównie na scenach skandynawskich koncertując i nagrywając przeważnie z europejskimi muzykami - nic więc dziwnego, że w Stanach nie tak o nim pamięta. Za to w Skandynawii jest niezwykle ceniony, a w Danii cieszy się - zresztą nie bez powodu - wielkim szacunkiem.

Marc Ducret / Marc Bernstein
Ten pięćdziesięciopięcioletni dziś muzyk pod własnym nazwiskiem wydał do tej pory bodaj dziesięć płyt. Teraz mamy okazję cieszyć się jego pierwszym albumem wydanym w Polsce - za sprawą oficyny Multikulti Project. I radość ta nie wynika tylko z tego, że to właśnie w polskim labelu ukazał się ten album; nie - chodzi przede wszystkim o to, co na tej płycie się znajduje. A ja osobiście - nie mogłem się od tego albumu oderwać.

Bernstein zaprosił do nagrania tego materiału nie byle kogo. Na gitarze gra tu Marc Ducret, francuski gitarzysta - kompletny samouk! - którego brzmienia i techniki nie da się przez to z niczym porównywać. Dał się on poznać szerokiej publiczność, jako długoletni partner muzycznych poszukiwań Tima Berne'a w jego najbardziej chyba niezwykłych projektach - Caos Totale, Bloodcount i Big Satan, gdzie bardzo często jego instrument i gra determinowały brzmienie całego kolektywu. Dla Berne'a był przez lata mniej więcej tym, kim Marc Ribot stał się dla innego nowojorczyka - Johna Zorna. Autorskich projektów wydał zresztą nie mało - od wydawanych dla Screwgun, Winter & Winter oraz Aylera solowych projektów, przez duety, tria, kwartet, na własnym Tentecie kończąc. I chociaż od lat jego nazwisko kojarzone jest silniej z awangardową sceną, sam nigdy nie porzucił grania mieszczącego się w jazzowym mainstreamie. Ale zawsze odciska na granym materiale własne - autorskie i unikatowe - brzmienie.

Marc Ducret
Wszystkie kompozycje Marca Bernsteina mieszczą się w dosyć szeroko pojętym jazzowym mainstreamie, o mroczno-balladowym, płynącym zabarwieniu. I wydaje mi się, że sam autor nie ma ambicji grania jakiejś wielce awangardowej muzyki. Potrafi on jednak wykorzystać właściwie talent i wizjonerskie spojrzenie Ducreta i właściwie wykorzystać je, wpasować jego indywidualność, w autorską muzyczną wizję. To, co się tyczy Marca Ducret, w równym stopniu dotyczy także basisty Nilsa Davidsena. Ten bardzo rozchwytywany duński sideman korzysta tu (obok akustycznego basu) z instrumentu elektrycznego, stworzonego przez jednego wizjonerskich lutników i konstruktorów basowych gitar - Adolpha Rickenbachera. I brzmi on zaiste unikatowo. Świetnie słychać to choćby w króciutkiej kompozycji "Our Strokes" gdzie wysuniętemu na pierwszy plan Bernsteinowi na zmianę podgrywają podkład Ducret i Davidsen. Takie też - cudownie mroczne - jest intro w "Kibrick" gdzie cichym trąceniom strun Ducret'a towarzyszy równie cicho funkujący bas Davidsena. A wszystko to gdzieś w tle niemal mistycznie brzmiącego tu basowego klarnetu Bernsteina. Mistycznie - bowiem amerykański muzyk zdaje się odwoływać czasami do muzyki żydowskiej, ale zawsze czyni to nie wprost, delikatnie, na marginesie; nigdy, ani przez chwilę nie determinuje ona poczynań tak jego, jak i jego partnerów. Ale jest obecna w namacalny, wyczuwalny sposób. "Kibrick" w dalszej części jest popisem Ducreta, który w końcu odrzuca kompozycyjny gorset i ma nieco dłuższe, warczące solo do zagrania, które samo w sobie okazuje się być prawdziwą perełką.

Sam Bernstein, jako instrumentalista wypada ciekawie, niezwykle i głęboko - gdy gra na basowym klarnecie, nieco bezbarwnie na alcie, ale akurat w tym przypadku ("Down On The Carrefour"), gdy gra razem z Ducretem w najwyższej formie, trzeba go rozgrzeszyć. Bardzo natomiast podoba mi się jego brzmienie, gdy sięga po baryton. I większej jego obecności na tym instrumencie nieco mi tutaj zabrakło.

Najbardziej sztampowo wypada Peter Bruun. I to wcale nie dlatego, że jest słabym perkusistą czy też brak mu indywidualnej inwencji - po prostu nieco brakuje tu dla niego przestrzeni. Nie jest to jednak wadą tej płyty, bo dzięki takiemu a nie innemu balansowi pomiędzy poszczególnymi instrumentalistami brzmi ona tak niezwykle. Bo efekt - płyta - jest naprawdę znakomita. Z jednej strony osadzona w jazzowej tradycji, z drugiej, głównie dzięki grze Ducreta i Davidsena - otwarta na awangardę. Zwarta i spójna, nie przegadana. A gdy kończy się - trzeba koniecznie włączyć ją raz jeszcze by w pełni nacieszyć się muzyką.
autor: Marcin Jachnik

Marc Bernstein: bass clarinet, saxophones
Marc Ducret: guitar
Peter Bruun: drums
Nils Davidsen: acoustic bass, Rickenbacher bass

1. Down To The Carrefour
2. Good People
3. Kibrick
4. Mlezker
5. News From The Front
6. Our Reprise
7. Our Strokes
8. Out Of The Blue




płyta do nabycia na multikulti.com

niedziela, 7 czerwca 2015

Thomas Clausen / Tomas Franck / Jesper Lundgaard / Billy Hart "Blue Rain" Stunt Records 2015, STUCD15012
Thomas Clausen, Tomas Franck, Jesper Lundgaard czy Billy Hart to dzisiaj jazzowe gwiazdy - niezależnie od tego, w jakim stopniu rozpoznawani są przez jazzfanów w naszym kraju. Ich album powstał, jako efekt nie tylko długiej trasy koncertowej, którą muzycy odbyli w 2014 oraz dwudniowej studyjnej sesji. I znakomicie słychać to na tym albumie. 

Po pierwsze jest tu wielka energia. Całość materiału została zarejestrowana w studio, ale muzycy jakby skupili w sobie energię koncertowej trasy - i raczej całej trasy niż pojedynczego koncertu. Świetne kompozycje Clausena (i jeden standard - "Prelude to A Kiss" Ellingtona), chociaż nie wykraczają poza ramy jazzowego mainstreamu, brzmią jakby powstały w latach sześćdziesiątych ubiegłego wieku. To przepracowanie, ogranie materiału słychać też w porozumieniu wewnątrz kwartetu. Poszczególne wejście i unisona zespół gra niczym jeden organizm, tak, że wymarzyć lepiej sobie naprawdę nie można. No i do tego inwencja, wyczucie formy, kreatywność i opanowanie emocji, ale i instrumentarium. Z każdego dźwięku wyziera tu rutyna, tysiące godzin przegranych w klubach, i setki wciąż na nowo, z coraz to nowymi partnerami ogrywanych standardów. Tak jakby jazz był ich życiem a nie fascynacją czy tylko pracą... Wszystko to przywodzi na mi płyty Komedy z najlepszego okresu, gdy grywał - nome omen - właśnie ze skandynawskimi muzykami.

Niezwykłe jest także zakończenie albumu - kompozycja "Spring Is A Promise of Fall" to kompozycja Cecilii Heick, duńskiej wokalistki, która dołączyła w tym utworze do muzyków w studiu. Łamie to nieco konwencję płyty i wprowadza nieco melancholii do energetycznej muzyki kwartetu i jest cudownie lirycznym domknięciem znakomitego albumu. Polecam, bo to najlepszy album tzw. "środka jazzu”, jakim miałem okazję się cieszyć od długiego, długiego czasu!
autor: Marcin Zając

Thomas Clausen: piano
Tomas Franck: tenor saxophone
Jesper Lundgaard: bass
Billy Hart: drums
Cecilia Heick: vocal (only on track 7)

1. Leaves
2. Blue Rain
3. Punk Monk
4. Prelude To A Kiss
5. Prism
6. Things You Are
7. Spring Is A Promise Of Fall



płyta do nabycia na multikulti.com

sobota, 6 czerwca 2015

Kris Davis Infrasound [Ben Goldberg / Oscar Noriega / Joachim Badenhorst / Andrew Bishop / Nate Radley / Gary Versace / Jim Black / Kris Davis] "Save Your Breath", Clean Feed 2015, CF322

Kris Davis Infrasound [Ben Goldberg / Oscar Noriega / Joachim Badenhorst / Andrew Bishop / Nate Radley / Gary Versace / Jim Black / Kris Davis] "Save Your Breath", Clean Feed 2015, CF322
Kanadyjska Kris Davis zaczyna robić furorę w świecie kreatywnego jazzu. I to nie tylko jako pianistka, ale i kompozytorka. Znakomicie przyjęto jej ubiegłoroczne nagrania w trio z Johnem Hebertem i Tomem Raineyem a teraz oto dostajemy do rąk jej najnowszy album, zrealizowany w dużym, oktetowym składzie "Save Your Breath".

Kris Davis
Niezwykły i znakomity to skład - aż czterech wybitnych klarnecistów: Ben Goldberg, Oscar Noriega, Joachim Badenhorst oraz Andrew Bishop, znajduje tu uzupełnienie w postaci gitary (Nate Radley), organów (Gary Versace), bębnów (Jim Black) oraz fortepianu (sama Kris Davis). Funkcje poszczególnych instrumentów - może poza perkusją, jednak konsekwentnie obsadzaną w roli rytmicznej - są niesłychanie płynne. Czasami gęsto robi się od klarnetowej faktury brzmieniowej, czasami któryś z dęciaków dubluje z gitarą linię melodyczną. Ale podobnie mogą czynić organy, gdy klarneciści grają właściwa harmonię. Dosyć oszczędna jest funkcja fortepianu, najczęściej jest przeciwstawiony instrumentom dętych, kontrapunktuje je lub też im akompaniuje. Czasami jak w „Union Forever” zestawiony jest z gitarą, ale zdarzają się też połączenia z organami.

Muzyka ma niesłychanie skomplikowaną strukturę - przejścia i podziały poszczególnych kompozycji są bardzo różnorodne, a poszczególne ich części zdecydowanie różnią się od siebie. Niektóre czerpią inspirację z muzyki popularnej, inne z elektroniki. Czasami się mocniej odwołuje się do jazzowej tradycji, czasami jej muzyka ucieka gdzieś w trzecionurtowe zawiłości. Ale całe nagranie zbudowane na nastrojach i emocjach, a nie na indywidualnej instrumentalnej wirtuozerii. Indywidualne partie podporządkowane są brzmieniu zespołu, a to ostatnie ma odwoływać się do emocji.

Octet, jako zespół spełnia się w tym zadaniu znakomicie. I tak tez brzmi. Jest to na pewno zasługa liderki i kompozytorki ale także perkusisty Jima Blacka. To, że konsekwentnie pełni on funkcje rytmiczne nie jest dziełem przypadku. Bo strukturę trzeba na czymś oprzeć - jeżeli nie ma ścisłego podziału na harmonie i solistów, jeżeli wszystko wzajemnie się przeplata, to muzyka zaczyna się rozpadać. To właśnie dzięki grze perkusisty ma ona tak zwarty, czytelny i klarowny charakter. Nie znaczy to jednak, że nie ma on partii solowych - zdarza się, że jest wysunięty na plan pierwszy i może dać popis ukazując pełnię swoich umiejętności.

"Save Yopur Breath" to cudowna, różnorodna płyta, której kolejne przesłuchania są fascynującą przygodą. A gdy poczyta się trochę uwag Kris Davis o jej muzyce i tym nagraniu - przygoda przestaje być tylko emocjonalną, ale nabiera także intelektualnego charakteru. Ile można odkryć w tej muzyce... Polecam bardzo!
autor: Józef Paprocki

Ben Goldberg: bass clarinet, contra alto clarinet, clarinet
Oscar Noriega: bass clarinet, clarinet
Joachim Badenhorst: bass clarinet, clarinet
Andrew Bishop: contrabass clarinet, clarinet
Nate Radley: guitar
Gary Versace: organ
Jim Black: drums
Kris Davis: piano

1. Union Forever 9:27
2. Jumping Over Your Shadow 10:37
3. Always Leave Them (Wanting More) 10:01
4. Whirly Swirly 11:53
5. The Ghost Of Your Previous Fuckup 9:41
6. Save Your Breath 14:50



płyta do nabycia na multikulti.com

czwartek, 4 czerwca 2015

Thurston Moore / Gabriel Ferrandini / Pedro Sousa "Live at ZDB", Shhpuma Records 2015, SHH010LP

Thurston Moore / Gabriel Ferrandini / Pedro Sousa "Live at ZDB", Shhpuma Records 2015, SHH010LP

Thurston Moore
Fascynującą rzeczą jest słuchać jak krzyżują się free rock i free jazz. Obie te tradycje wywodzą się z bluesa, nic więc dziwnego, że muzycy w tych estetykach się poruszający potrafią je kreatywnie przetwarzać i twórczo "się spotykać". Dwóch młodych muzyków z Portugalii - saksofonista Pedro Sousa oraz perkusista Gabriel Ferrandini zaprosiło do wspólnego grania prawdziwą ikonę rocka i jednego z pionierów wolności w tej muzyce, gitarzystę Thurstona Moore'a, założyciela słynnego zespołu Sonic Youth.

Pedro Sousa
Ten materiał zarejestrowano na żywo w Lizbonie i ma on w sobie to wszystko co decyduje o niezwykłości koncertów - ogień grania przed żywą publicznością i dynamizm pierwszego spotkania. Jak wieść niesie, tuż przed występem, Thurston, Pedro i Gabriel postanowili zagrać miękko i spokojnie, koncentrując się na szczegółach. Cóż, zaczynają właśnie tak, rzeczywiście, ale pokusa była silniejsza niż oni sami: muzyka szybko staje się drapieżna, faktury gęste, ciężkie i mocne. Sousa gra kilka naprawdę dziwnych brudnych fraz których niepowstydziłby się sam Mats Gustafsson; Ferrandini wydaje się mieć cztery ręce i cztery nogi, jakby się zastąpili go w duecie Paal Nilssen-Love oraz Roger Turner, a Moore przebywa prawie cały czas w świecie sprzężeń i zniekształceń. Czysta, żywa, drapieżna energia. Koniecznie!!!
autor: Marcin Jachnik

Thurston Moore: electric guitar
Gabriel Ferrandini: drums, percussion
Pedro Sousa: tenor and baritone saxophones, electronics

Side A
1. A1

Side B
1. B1
2. B2



płyta do nabycia na multikulti.com

środa, 3 czerwca 2015

Lama + Joachim Badenhorst "The Elephant´s Journey" Clean Feed 2015, CF331

Lama + Joachim Badenhorst "The Elephant´s Journey" Clean Feed 2015, CF331
O portugalsko-kanadyjskim triu Lama pisali jako o prawdziwym objawieniu progresywnego jazzu - elektroakustycznej muzyki gdzie "live eletronics" jest równorzędnym partnerem dla instrumentów akustycznych. Dzisiaj Lama jest jednym z najbardziej intrygujących grup europejskich. Europejskich, bo grupa narodziła się Amsterdamie gdzie trębaczka Susanna Santos Silva oraz basista i kompozytor Gonçalo Almeida studiowali w Królewskim Konserwatorium, a kanadyjski perkusista Greg Smith pracował. Ich muzyka może być poetycka i łagodna, bez utraty gęstości faktury i intensywności wywiedzionej z free jazzowej tradycji, a i przy tym pełna jest żarliwości tak charakterystycznej dla jazzu południa Europy. I chociaż formalnie muzyka ta nie jest odległa od głównego nurtu, to jednak kreatywne użycie elektroniki oraz intensywność emocjonalna osadza muzykę tria wśród tuzów jazzowej awangardy.


Na najnowszej płycie brzmią może jeszcze bardziej jazzowo niż poprzednio - dołącza bowiem do nich lider innego europejskiego tria (niemniej wcale cenionego), a mianowicie belgijski klarnecista Joachim Badenhorst z Baloni trio. Ale jego udział sprawia, że muzyka staje także bardziej abstrakcyjna i mroczna zarazem. Czasami, jak choćby w pierwszej kompozycji "Razor´s Edge", faktura stopniowo się zagęszcza i narasta napięcie, co zbliża nieco brzmienie zespołu do tego znanego choćby z nagrań Fire! Matsa Gustafssona.

Lama trio
Tutaj jednak elektroniczne preparacje mogą także czerpać z tradycji choćby hip-hopu i R&B, co wszakże nie oznacza, że muzyka w jakimkolwiek momencie nabiera tanecznego charakteru. Płyta, jako całość jest niezmiernie wciągająca i zaskakująca zarazem, a przeniesienie muzyki na bardziej abstrakcyjny poziom sprawia, że potrzeba nieco więcej uwagi i nacieszyć się nią w pełni. Polecam gorąco!
autor: Marek Zając

Joachim Badenhorst: clarinet, bass clarinet
Susana Santos Silva: trumpet, flugelhorn
Gonçalo Almeida: double bass, effects, loops
Greg Smith: drums, electronics

1. Razor´s Edge
2. The Process
3. A Hunger Artist
4. Crime & Punishment
5. Murakami
6. The Spy
7. The Elephant´s Journey
8. Don Quixote


płyta do nabycia na multikulti.com

wtorek, 2 czerwca 2015

Universal Indians / Joe McPhee "Skullduggery" Clean Feed 2015, CF328

Universal Indians / Joe McPhee "Skullduggery" Clean Feed 2015, CF328
John Dikeman, Jon Rune Strom oraz Tollef Ostvang postanowili nazwać swoje trio Universal Indians od tytułu jednej z kompozycji Alberta Aylera. I słuchając ich najnowszej płyty nagranej wraz z Joe McPhee nie mogę oprzeć się wrażeniu jak trafna była to decyzja.

Sami tłumaczą, że sięgnęli po tę nazwę ze względu na jej podwójną symbolikę - chcieli pokazać w czytelny sposób korzenie swojej muzyki, swoje własne inspiracje świadome odwołania - czerpią bowiem z muzyki Johna Coltrane'a, Ornette'a Colemana, Cecila Taylora i, rzecz jasna, samego Aylera. Drugi symbol to odwołanie się w muzyce free jazzzowej, nie komponowanej, lecz w pełni improwizowanej, do pewnej rytualności, która była udziałem z jednej strony muzyków formatu Coltrane'a i Aylera, a której odnowicielami w końcu dwudziestego wieku są choćby McPhee czy Peter Brotzmann. Universal Indians to wszak uniwersalizm, ale i dzikość, pierwotność, brud i chropowatość niewygładzona cywilizacją. I tacy właśnie są w swojej muzyce Holender i dwaj Norwegowie wsparci jeszcze legendą amerykańskiej sceny.

Zaczyna się od powolnego intro, z głosami i recytacją gdzieś poprzez instrumenty. Dużo tu szmerów, brudu i nim rozlegną się pierwsze klasycznie zagrane dźwięki jesteśmy juz gdzieś w środku pradawnego rytuału. To właśnie nadaje mistyczny, podniosły, metafizyczny charakter temu przedsięwzięciu, które z braku lepszego określenia nazywamy koncertem. Teraz rolę wprowadzenia przejmują bębny, a po chwili dołącza się i kontrabas jękliwie prowadzony smyczkiem. Zaraz też Dikeman podejmuje na saksofonie frazę basu z tą samą, smyczkową jękliwością. To tylko wstęp do podniosłych fraz rodem z Aylera, pełnych pierwotnej siły, dzikości i brudu. Siły, czerpiącej energię z trzewi i duszy muzyka; mocy, angażującej cały organizm i wycieńczających muzyków niczym kiedyś Taniec Słońca zabierał siły Indianom Wielkich Równin.

Ale nie bójcie się, Joe McPhee i jego europejscy przyjaciele wcale nie chcą odtwarzać indiańskich obrzędów - raczej odwołują się do zaangażowania uczestników takich pierwotnych obrzędów. Tyle. Ich religią jest muzyka czerpiąca siły z tradycji, muzyka wolna i niezależna, której swoim graniem oddają cześć. Ale są niezwykle świadomi jej kształtu i formy i ten ich podniosły obrzęd to nie jest jazda bez trzymanki. Z niezwykłym wyczuleniem potrafią zwolnić narrację, by zrobić miejsce, ot, choćby dla znakomitej solówki basu. A że McPhee potrafi i lubi piękne, liryczne frazy i umie tworzyć melodię z kilku nut, więc i takich fragmentów na tej płycie nie brakuje. I nie potrzeba do tego nowej kompozycji by zagrać balladową interludę, chociaż i taką perełkę znaleźć tu można („Dewey´s do”).

Jako wstęp do odnowionej tradycji free jazzu polecam bardzo wszystkim miłośnikom jazzu. A i fanów Aylera pragnę zapewnić, że jego muzyka ma się świetnie i po to nagranie trzeba po prostu sięgnąć. Jak dla mnie - póki co - najważniejsza płyta tego roku.
autor: Marcin Jachnik

John Dikeman: saxophones
Jon Rune Strom: double bass
Tollef Ostvang: drums
Joe McPhee: pocket trumpet, alto saxophone

1. Yeah, and?
2. Dewey´s do (for Dewey Redman)
3. Skullduggery (with a tribute to Niklaus “Knox” Troxler)
4. Wanted




płyta do nabycia na multikulti.com